Nieważne gdzie, ważne z kim!!!

Kategoria: Zdobywca Polskich Gór Strona 1 z 2

Śnieżnik w zimowej odsłonie – królestwo śniegu i nowa wieża widokowa

Wstaliśmy o 8:30. Nie powiem, ciężko było wygrzebać się z pościeli, ale szybka kawa i świąteczne śniadanie postawiły nas na nogi. O 9:40 ruszyliśmy naszą trójką w stronę Kletna. Pogoda zapowiadała się całkiem przyjemnie: lekkie słońce i temperatura w okolicach -2 stopni. Punktualnie o 11:00 zostawiliśmy auto na dalszym parkingu (koszt 13 zł za dzień) i ruszyliśmy na nasz dzisiejszy cel – Śnieżnik.
Pierwsze dwa kilometry trasy to łagodne podejście żółtym szlakiem, który prowadzi szeroką, utwardzoną drogą w stronę schroniska i przebiega obok Jaskini Niedźwiedzia. To idealny moment na rozgrzewkę i nacieszenie się zimowym lasem (zwłaszcza, że ku naszemu zdziwieniu spotkaliśmy znajomego z Koronowa).

Wkrótce jednak droga skręciła, a my weszliśmy w gęstszy las. Tutaj zaczęło się prawdziwe podejście – bardziej strome i wymagające, głównie przez zalegający śnieg i wystające kamienie. Ten leśny odcinek składa się z dwóch etapów, przy czym ten drugi potrafi już solidnie wycisnąć pot na czole. Dopiero około czwartego kilometra szlak ponownie wyprowadził nas na otwartą przestrzeń drogi dojazdowej do samego schroniska.

W Schronisku PTTK „Na Śnieżniku” zrobiliśmy chwilę przerwy. To miejsce ma niesamowity klimat, zwłaszcza zimą, gdy z komina unosi się dym, a turyści otrzepują buty ze śniegu. Podbiliśmy pieczątki w naszych książeczkach, złapaliśmy oddech i bez zbędnej zwłoki ruszyliśmy dalej.

Przed nami był ostatni odcinek – zielony szlak prowadzący bezpośrednio na szczyt. Czekało nas tu wielkie zaskoczenie. Pamiętaliśmy ten fragment jako wymagające podejście po wielkich głazach, tymczasem obecnie to łatwa, szeroka i bardzo wygodna ścieżka. Zanim jednak weszliśmy na otwartą halę podszczytową, musieliśmy się dodatkowo docieplić – wiatr w tym miejscu zaczął dąć z ogromną siłą. Na szczęście piękna panorama dodawała nam energii i żaru, rekompensując trud podejścia i zimny wiatr.

Po pokonaniu całego podejścia naszym oczom ukazała się ona – wspaniała, lśniąca w słońcu wieża widokowa. Oddano ją do użytku dwa lata wcześniej, więc widzieliśmy ją na żywo po raz pierwszy. Jej nowoczesna konstrukcja niesamowicie kontrastuje z dzikością Śnieżnika. Oczywiście wejście na górę było obowiązkowe.

Widoki z góry dosłownie zapierają dech. Dziś przejrzystość powietrza była bajeczna – panorama Sudetów rozciągała się aż po horyzont. Na samym szczycie, który jest całkowicie odsłonięty, było jednak niebotycznie zimno. Silny wiatr i niska temperatura sprawiły, że szybko zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia przy tablicach szczytowych.
Zeszliśmy z powrotem do schroniska, żeby się ogrzać. Gorąca zupa na rozgrzewkę przed dalszą drogą była najlepszą decyzją tego dnia. Czas jednak nieubłaganie uciekał, a my nie mieliśmy dużego zapasu przed zachodem słońca. Szybko się zebraliśmy, założyliśmy raczki (nieocenione na wyślizganym szlaku!) i ruszyliśmy tą samą drogą w dół.
Dzięki raczkom i kijkom udało nam się sprawnie i, co najważniejsze, bezpiecznie zejść do samochodu. Śnieżnik po raz kolejny pokazał nam, jak piękne (i mroźne!) potrafią być polskie góry zimą.

Informacje o trasie:

  • Dystans: ok. 13,5 km (w obie strony z Kletna).
  • Czas przejścia: ok. 5,5 h (w zależności od warunków i czasu spędzonego w schronisku).
  • Suma podejść: ok. 750 m.
  • Szlak: Żółty (z Kletna do Schroniska), Zielony (ze Schroniska na Szczyt).
  • Punkt startu: Parking w Kletnie (dalszy 13 zł, bliższy 18 zł).

Porady i wskazówki:

  • Raczki i kijki: Zimą to absolutny must-have. Nawet jeśli na parkingu nie ma śniegu, leśne podejścia pod Śnieżnikiem bywają wyślizgane przez setki turystów i bez raczków zejście może być niebezpieczne.
  • Pogoda na szczycie: Śnieżnik jest znany z bardzo silnych wiatrów. Nawet przy słonecznej pogodzie na dole, na szczycie zawsze miej pod ręką kominiarkę, gogle lub okulary i dodatkową warstwę pod kurtkę.
  • Wieża widokowa: Wstęp na wieżę jest bezpłatny. Warto wejść, nawet jeśli wieje, bo oszklona platforma daje pewną osłonę przed wiatrem podczas podziwiania widoków.

Ciekawostki:

  • Wilhelmturm: Dzisiejsza wieża stoi niedaleko miejsca, gdzie dawniej znajdowała się kamienna wieża widokowa im. cesarza Wilhelma I. Została ona wysadzona w powietrze w 1973 roku ze względu na zły stan techniczny.
  • Słoń ze Śnieżnika: Symbolem szczytu i schroniska jest rzeźba słonia, która znajduje się nieopodal fundamentów dawnego schroniska (po stronie czeskiej). Została postawiona w 1932 roku przez grupę artystów.
  • Specyficzny mikroklimat: Śnieżnik to jedyne miejsce w Sudetach Wschodnich, gdzie występuje piętro alpejskie. Śnieg potrafi tu zalegać nawet przez 200 dni w roku, stąd też wzięła się nazwa góry.

Biskupia Kopa #2: Zachód słońca nad chmurami i smaki pogranicza

Nie tracąc ani minuty po zejściu ze Złotego Chlumu, przejechaliśmy na parking Petrovy Boudy znajdujący się również po czeskiej stronie. Wesoła atmosfera i dobre humory nie opuszczały naszej czwórki (Elżbieta, Ania, Sylwia i Patryk), choć słońce zaczynało już powoli chylić się ku zachodowi.

Ruszyliśmy zielonym szlakiem, który początkowo prowadził nas szeroką, kamienistą drogą przez otwarty teren, by z czasem zagłębić się w gęsty las.

To, co zobaczyliśmy po drodze, dosłownie odebrało nam mowę. Zamglone pasma górskie, skąpane w pomarańczowym blasku zachodzącego słońca przedzierającego się przez chmury, stworzyły bajkową scenerię.

Mimo zmęczenia poprzednią trasą, te dwa kilometry podejścia pokonaliśmy w 45 minut, napędzani widokami, które zmieniały się z każdą minutą.

Na szczycie (890 m n.p.m.) tradycyjnie przybiliśmy pieczątki i zrobili wspólne zdjęcie pod wieżą. Wtedy zapadła spontaniczna decyzja: schodzimy na polską stronę do Górskiego Domu Turysty „Pod Biskupią Kopą”.

Zapach regionalnych specjałów przyciągnął nas jak magnes. Zupa czosnkowa i placki po zbójnicku smakowały tam wybitnie, dając nam siły na powrót.

Wiedzieliśmy jednak, że czas ucieka. Aby nie wracać ponownie pod górę na szczyt, wybraliśmy żółty szlak, który tworzył idealną pętlę prowadzącą prosto na parking Petrovy Boudy. Ostatnie kilometry pokonaliśmy już po ciemku. Na szczęście każdy z nas miał w pogotowiu latarkę, więc bezpiecznie, choć w nieco tajemniczej aurze, dotarliśmy do samochodu.

Informacje o trasie

  • Szczyt: Biskupia Kopa (890 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Gór Opawskich.
  • Start: Parking Petrovy Boudy (Czechy).
  • Dystans: ok. 5,7 km (pętla).
  • Czas przejścia: ok. 2 godziny (z biesiadą w schronisku).
  • Suma podejść: ok. 291 m.
  • Kolory szlaków: Zielony (podejście z Czech) -> Żółty (powrót pętlą do parkingu).

Porady i Informacje praktyczne

Parking i dojazd:

  • Wybór parkingu Petrovy Boudy po czeskiej stronie to świetny sposób na skrócenie podejścia i uniknięcie największych tłumów, które zazwyczaj ciągną od strony Jarnołtówka. Parking jest darmowy.

Wieża widokowa:

  • Na szczycie znajduje się charakterystyczna biała wieża (Josefs-Warte). To najstarsza wieża widokowa w Jesionikach (z 1898 r.). Jeśli dotrzecie tam przed zachodem słońca, panorama na Pradziada i polskie niziny jest bezkonkurencyjna.

Górski Dom Turysty:

  • Pamiętajcie, że schronisko leży nieco poniżej szczytu po polskiej stronie. To jedyne schronisko w Górach Opawskich. Ich zupa czosnkowa to już legenda – idealnie rozgrzewa po zimowej wędrówce.

Bezpieczeństwo po zmroku:

  • Nasza przygoda pokazuje, że w grudniu czołówka to wyposażenie obowiązkowe, nawet na krótkich trasach. Słońce chowa się za horyzont błyskawicznie, a kamienisty żółty szlak w drodze powrotnej wymaga dobrego oświetlenia pod stopami.

Ciekawostka historyczna:

  • Biskupia Kopa od wieków była górą graniczną. Kiedyś dzieliła biskupstwo wrocławskie od ołomunieckiego (stąd nazwa), a dziś stanowi granicę państwową między Polską a Czechami.

Babia Góra w zimowej odsłonie na Święto Niepodległości

11 listopada to data symboliczna. Jedni świętują na marszach, inni biegną w zawodach, a my? My po przedwczorajszym biegu postanowiliśmy sprawdzić, czy Królowa Beskidów przyjmie nas łaskawie w ten jesienno-zimowy dzień.
Tym razem poranek był wyjątkowo leniwy. Wstawaliśmy niespiesznie, z lekką nutą niepewności co do składu ekipy. Mama szybko rozwiała wątpliwości, stwierdzając, że to nie jest jej dzień na górskie wyrypy. Szanujemy to – góry mają sprawiać radość, a nie być obowiązkiem. Ruszamy więc we dwoje: szybka kawka, śniadanie, pakowanie plecaków i w drogę.

Start: Przełęcz Krowiarki (1012 m n.p.m.)
Na szlak ruszamy chwilę przed 11:00. Sam dojazd z naszej bazy zajął nam zaledwie 20 minut. Auto zostawiamy na popularnym (i niestety drogim – 30 zł za dzień) parkingu na Przełęczy Krowiarki. Chcieliśmy zajrzeć do sklepiku po pamiątki, ale ceny skutecznie ostudziły nasz zapał. Z pustymi rękami, ale pełni energii, wbijamy pieczątki do książeczek i ruszamy czerwonym szlakiem (Główny Szlak Beskidzki) w stronę szczytu.

Etap 1: Przez las na Sokolicę (1367 m n.p.m.)
Droga nie daje taryfy ulgowej – od razu zaczyna się dość ostre, strome podejście. Pierwszy cel to Sokolica. Choć to dopiero 1/3 dystansu, to pokonujemy tu prawie połowę przewyższenia. Pogoda na dole nas rozpieszcza – typowa, przyjemna wczesna jesień. Jest na tyle ciepło, że szybko zrzucamy warstwy, żeby się nie przegrzać. Idziemy mądrze – robimy krótkie przerwy, by wyrównać oddech. Ten odcinek w osłonie lasu zajmuje nam 50 minut.

Etap 2: Kępa i zmiana krajobrazu (1521 m n.p.m.)
Kolejny przystanek to Kępa. Docieramy tu po 30 minutach od Sokolicy. Warunki wciąż są stabilne, zmęczenia brak. To właśnie tutaj zaczyna się magia Babiej Góry – wychodzimy z lasu w piętro kosodrzewiny. Drzewa karłowacieją, a widoki (teoretycznie) się otwierają.
To kluczowy moment naszej wyprawy: Strategiczny postój na przebranie. Zanim wyjdziemy na otwartą przestrzeń, zmieniamy przepoconą odzież na suchą i docieplamy się. To była najlepsza decyzja dnia! Dzięki temu dalszą, wietrzną zazwyczaj część trasy, pokonujemy w pełnym komforcie termicznym.

Etap 3: Gówniak i wejście w chmury (1617 m n.p.m.)
Po dwóch godzinach od startu meldujemy się na szczycie o uroczej nazwie Gówniak. Tutaj żarty się kończą – a zaczyna zima. Jak widać na naszych zdjęciach, słupek szczytowy pokryty jest już szadzią, a pod butami chrzęści śnieg. Wchodzimy w niskie chmury, które kradną nam widoki, ale w zamian dają niesamowity, tajemniczy klimat.
Ciekawostka: Zastanawialiście się kiedyś, skąd nazwa „Gówniak”? Nie ma ona nic wspólnego z dziećmi! Wywodzi się z czasów pasterskich, kiedy na tych wysokościach wypasano woły. „Wołowe Skałki” były miejscem, gdzie zwierzęta zostawiały po sobie… no właśnie, naturalny nawóz.

Szczyt: Diablak (1725 m n.p.m.) – Kapryśna Królowa łaskawa jak nigdy
Ostatnie 20 minut to marsz po gołych skałach i jedno bardziej strome podejście. W końcu jest! Diablak. To nasze piąte wejście na ten szczyt, ale pierwsze w tak specyficznych warunkach.
Jest biało, mroźnie i mgliście. Ale stał się cud – na Babiej Górze, znanej jako „Matka Niepogód”, jest całkowicie bezwietrznie. To ewenement! Zazwyczaj urywa tu głowę (jak przy poprzednich naszych wizytach), a my mogliśmy spokojnie nacieszyć się chwilą, zrobić zdjęcia przy oblodzonym słupku i zjeść zasłużony posiłek. W menu: banany i domowa suszona wołowina przygotowana przez Sylwię (sztos!).

Z pewnym żalem, ale i rozsądkiem, ruszamy w dół. Mimo że nasze wyjście było późne, czuliśmy się bezpiecznie, wiedząc, że zejdziemy przed zmrokiem. Po drodze mijaliśmy turystów dopiero idących na szczyt – czy byli przygotowani na nocne powroty? Mamy nadzieję, że tak, choć wyglądało to ryzykownie.

W dół lecimy jak na skrzydłach. Na Przełęczy Krowiarki meldujemy się z czasem 4 godziny i 2 minuty (całość trasy). To nasz życiowy rekord na tym odcinku, zrobiony zupełnie „przy okazji”, bez napinki.
Wnioski? Kondycja jest lepsza, niż sądziliśmy a Babia Góra, nawet bez widoków na Tatry, potrafi zachwycić mroźnym klimatem.

Informacje praktyczne – Szlak na Babią Górę
Trasa: Przełęcz Krowiarki – Sokolica – Kępa – Gówniak – Babia Góra (Diablak) – powrót tą samą drogą.
Kolor szlaku: Czerwony (Główny Szlak Beskidzki).
Dystans: ok. 9,5 km (w obie strony).
Suma podejść: ok. 720 m.
Parking: Przełęcz Krowiarki (płatny, ok. 30 zł/dzień). Warto być rano, w weekendy szybko się zapełnia.
Bilety wstępu: Babiogórski Park Narodowy (można kupić online lub w budce przy wejściu).
Wybierając się na Babią Górę jesienią i zimą, pamiętajcie o warstwach. Na dole może być ciepło (jak u nas), a na górze panować zima. Zawsze miejcie w plecaku suchą koszulkę na zmianę, czapkę, rękawiczki i kurtkę przeciwwiatrową. Szlak powyżej granicy lasu jest bardzo eksponowany!

Wiedzieliście, że…? Choć Babia Góra jest znana jako „Matka Niepogód” i słynie z wichur, nasz 11 listopada był wyjątkowo spokojny. Mieliśmy szczęście! A sam szczyt, na którym staliśmy, to tak naprawdę Diablak, najwyższy punkt w całych Beskidach Zachodnich natomiast nazwa Babia Góra odnosi się do całego masywu. Szczyt Diablaka leży dokładnie na granicy polsko-słowackiej. Cały masyw jest objęty ochroną i stanowi Babiogórski Park Narodowy, który ze względu na unikalne piętra roślinne (od lasów po piętro kosodrzewiny i murawy alpejskie) został wpisany na listę Światowych Rezerwatów Biosfery UNESCO. Według jednej z legend Diablak to resztki zamku, który budował diabeł dla babki-czarownicy. Gdy słońce wzeszło, budowla runęła, tworząc stertę kamieni – dzisiejszy szczyt.
Z kolei charakterystyczny, duży kamienny mur na szczycie (za którym i my nie raz się chowaliśmy), to pozostałość po historycznej funkcji – służył jako schronienie przeciwwiatrowe. Znajduje się tam również kamienny ołtarz poświęcony Janowi Pawłowi II oraz pamiątkowa tablica upamiętniająca pomiary geodezyjne i historyczne wydarzenia.

Czupel – jesienna wyprawa na najwyższy szczyt Beskidu Małego

Rankiem, po śniadaniu i filiżance kawy, ruszyliśmy w stronę szczytu Czupel – 930 m n.p.m., zaliczanego do Korony Gór Polski i będącego najwyższym punktem Beskidu Małego. Samochód zostawiliśmy w centrum Międzybrodzia Bialskiego, na parkingu przy sklepie Lewiatan, gdzie wygodnie mogliśmy się przepakować i przygotować kijki oraz ciepłą odzież na chłodny, jesienny dzień.​

Szlak czerwony prowadzi od samego początku równomiernie pod górę, przez bukowo-świerkowy las, którego ściółka pokryta była wilgotnymi liśćmi po wcześniejszych opadach. Pomimo kapryśnej pogody – lekkiego deszczu i 7 stopni C – warunki były idealne do spokojnej, jesiennej wędrówki.

Regularne odpoczynki pozwalały na uniknięcie przegrzania, choć rozbieranie się z kolejnych warstw było konieczne już od pierwszego podejścia.​ Tempo marszu wyznaczała Sylwia, a mama, idąc własnym rytmem, pokazała, że nie zwalnia grupy. Na trasie spotykaliśmy pojedynczych turystów, cieszących się urokami jesieni w Beskidzie Małym.

Ostatnie metry przed szczytem to przełęcz Pod Czuplem (872 m), gdzie czerwony szlak skręca w prawo i łączy się z niebieskim, stanowiącym finalny odcinek na wierzchołek. Droga była kamienista, śliska i pokryta wilgotnymi liśćmi, wymagając od nas szczególnej ostrożności. Na szczycie powitał nas tłum turystów i charakterystyczna tabliczka – choć miejsce nie słynie z panoramicznych widoków, cieszy się dużą popularnością ze względu na przynależność do Korony Gór Polski.​

Na wierzchołku przybiliśmy pieczątki do książeczek – z wyjątkiem mamy, która nie zabrała książeczki KGP w ferworze pakowania na wyjazd. To pretekst do powrotu na tę trasę w przyszłości!

Droga powrotna, po przebraniu się w suche i ciepłe ubrania, okazała się wymagająca – zwłaszcza ze względu na wilgotne liście i mało stabilne podłoże. Jednak czas szybko minął, a trasę o łącznej długości 7 km i przewyższeniu 600 m pokonaliśmy w trzy godziny.​

Informacje praktyczne:
Wybierz dzień o chłodnej pogodzie – unikniesz przegrzania podczas podejścia.
Dobierz odpowiednie buty – szlak jesienią jest śliski, wymaga stabilnego obuwia z bieżnikiem.
Zabierz kijki – pomogą przy stromym i śliskim zejściu.
Sprawdź wyposażenie przed trasą – nie tylko pieczątka, ale też ciepłe ubrania i przekąski (my zabraliśmy suszą wołowinę i jabłka przygotowane przez Sylwię jeszcze przed wyjazdem, hmmm, mniam … mniam).
Na szczycie może być tłoczno – dla pamiątkowego zdjęcia przygotuj się na chwilę oczekiwania.

Podsumowanie:
Czupel to idealny cel na jesienną lub wiosenną wycieczkę – nie tylko dla kolekcjonerów szczytów Korony Gór Polski, lecz także dla miłośników beskidzkiej natury i relaksu w lesie. Umiarkowana trudność, malownicze bukowe lasy i przyjemna atmosfera na szlaku sprawiają, że trasę warto powtórzyć – choćby po pieczątkę do książeczki KGP!

Śnieżka w pełnym słońcu: Wielkanocna wyprawa na dach Karkonoszy

Wielkanocna niedziela, 20 kwietnia 2025 roku. Po emocjach na Wysokiej Kopie, nadszedł czas na główne danie wyjazdu. Meldujemy się w Karpaczu, gdzie zostawiamy auto na parkingu nieopodal stacji paliw Orlen. Początkowo ruszamy czerwonym szlakiem, by przy Orlinku odbić na czarny, prowadzący nas w stronę dolnej stacji kolejki na Kopę. Po drodze obowiązkowy przystanek przy kasie Karkonoskiego Parku Narodowego – bilety kupione, możemy ruszać w górę!

Podejście czarnym szlakiem (tzw. Śląską Drogą) to mozolna wędrówka po kamieniach. Choć nachylenie nie jest ekstremalne, temperatura i palące słońce dały nam się we znaki. Robimy częste postoje – nie tylko dla złapania oddechu, ale przede wszystkim dla widoków. Przejrzystość powietrza tego dnia była fenomenalna, co widać na każdym kroku. Sytuacja zmienia się na wysokości Białego Jaru – teren się wypłaszcza, a od górnej stacji wyciągu aż do Domu Śląskiego idzie się już niemal zupełnie po płaskim.

W Domu Śląskim planowaliśmy dłuższą przerwę na pieczątki i zimne piwo, ale kolejki skutecznie nas zniechęciły. Postanowiliśmy zdobyć szczyt „na raz”. Zamiast pchać się ostro w górę czerwonymi zakosami, wybraliśmy niebieski szlak (Drogę Jubileuszową). Jest nieco dłuższa, ale łagodniejsza i oferuje zupełnie inną perspektywę na karkonoskie kotły. Na szczycie – tłumy! Czesi mają tu swoją kolejkę linową, co sprawia, że Śnieżka tętni życiem jak deptak. W czeskiej knajpce znów przegraliśmy walkę z kolejką po złocisty napój, więc po pamiątkowych zdjęciach pod Obserwatorium (słynnymi „Talerzami”), ruszyliśmy w dół.

Zmęczenie słońcem było już spore, ale chęć poznania nowych ścieżek zwyciężyła. Zamiast wracać tą samą drogą, od Domu Śląskiego ruszyliśmy niebieskim szlakiem w stronę Strzechy Akademickiej. To był strzał w dziesiątkę! Szeroka, wyłożona kamieniami droga (służąca również ratownikom GOPR) pozwoliła nam szybko wytracić wysokość. W Strzesze Akademickiej w końcu dopięliśmy swego – chłopcy dostali solidne porcje frytek, a dorośli mogli odpocząć przy piwie z sokiem imbirowym.

Zejście żółtym szlakiem do dolnej stacji kolejki minęło błyskawicznie. To urokliwy i łatwy odcinek, idealny na zakończenie dnia. Zanim wsiedliśmy do auta, zahaczyliśmy jeszcze o Żabkę na „obowiązkowe” lody – zasłużona nagroda za 1603 metry przewyższenia (w nogach!).

Informacje o trasie

  • Szczyt: Śnieżka (1603 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Karkonoszy i Sudetów.
  • Przebieg trasy: Karpacz (Orlen) -> szlak czerwony -> szlak czarny (Orlinek) -> Dom Śląski -> szlak niebieski (Droga Jubileuszowa) -> Śnieżka -> powrót do Domu Śląskiego -> szlak niebieski do Strzechy Akademickiej -> szlak żółty -> Karpacz.
  • Podejście: Mozolne, kamieniste odcinki na szlaku czarnym.
  • Charakterystyka: Trasa widokowa, bardzo eksponowana na słońce, technicznie łatwa, ale wymagająca kondycyjnie ze względu na długość.

Porady i Informacje praktyczne

Parking i koszty:

  • Zaparkowaliśmy przy ul. Konstytucji 3 Maja (obok Orlenu). Cena to 40 zł za cały dzień. To dobra baza wypadowa, jeśli planujecie pętlę kończącą się w okolicach Białego Jaru.
  • Bilety do KPN: Pamiętajcie, że wejście do Karkonoskiego Parku Narodowego jest płatne. Budka kasowa znajduje się przy dolnej stacji kolejki. Można też kupić bilety online (eparki.pl), co pozwala uniknąć kolejki przy wejściu.

Wybór wariantu na szczyt:

  • Jeśli idziecie z dziećmi lub po prostu chcecie oszczędzać kolana, wybierzcie szlak niebieski (Drogę Jubileuszową) zamiast czerwonych zakosów. Jest znacznie łagodniejszy, choć droga się wydłuża. Widoki na Kocioł Łomniczki są tego warte!

Schroniska i pieczątki:

  • Dom Śląski to najbardziej oblężone miejsce. Jeśli chcecie tylko pieczątkę, szukajcie jej przy wejściu lub w okolicach bufetu. Na jedzenie i napoje w weekendy warto mieć zapas cierpliwości lub … własny prowiant.
  • Strzecha Akademicka: Zdecydowanie polecamy to schronisko na odpoczynek. Ma niesamowity klimat (to jedno z najstarszych schronisk w Karkonoszach) i zazwyczaj jest tam nieco luźniej niż w Domu Śląskim.

Ciekawostka historyczna i przyrodnicza:

  • Budowle na szczycie: Polska strona Śnieżki to słynne „spodki” z lat 70., natomiast czeska to najstarsza w Czechach rotunda św. Wawrzyńca (z XVII wieku) oraz nowoczesny budynek poczty (Anežka).
  • Pogoda: Śnieżka to jedno z najbardziej wietrznych miejsc w Polsce. Nawet jeśli w Karpaczu jest upalnie (jak podczas naszej wyprawy), na szczycie warto mieć w plecaku coś od wiatru – warunki potrafią zmienić się w 15 minut.

Nawigacja powrotna:

  • Zejście żółtym szlakiem od Strzechy Akademickiej do Białego Jaru to bardzo wygodna opcja. Droga jest szeroka, utwardzona granitowymi blokami – to właśnie tędy często przemykają samochody terenowe GOPR-u.

Wysoka Kopa # 2: Świąteczna przygoda w krainie cietrzewia i kwarcu

Tuż po zejściu ze Skalnika, nie tracąc ani chwili, ruszyliśmy w stronę najwyższego pasma Gór Izerskich. Wielkanocna sobota 2025 roku rozpieszczała nas pogodą, ale i uczyła pokory – czasochłonne pierwsze podejście tego dnia zmusiło nas do modyfikacji planów. Postawiliśmy na wariant z Rozdroża Izerskiego, licząc na sprawne zdobycie kolejnego szczytu do Korony Gór Polski przed zmrokiem.

Ruszyliśmy zielonym szlakiem, który przywitał nas typowym dla Izerów terenem – miejscami bagnistym, z wystającymi korzeniami i sporą ilością błota po wiosennych roztopach.

Po drodze mijaliśmy imponującą Kopalnię Kwarcu Stanisław. To miejsce o księżycowym krajobrazie zrobiło na chłopcach ogromne wrażenie. Trudno się dziwić – to najwyżej położony kamieniołom w Polsce (1050 m n.p.m.). Choć dziś panuje tu cisza, kiedyś tętniło tu życie przemysłowe, a wydobywany kwarc trafiał do hut szkła w całym kraju. Chłopcy musieli oczywiście „zaliczyć” każdą większą skałę w okolicy Izerskich Garbów.

Podejście pod samą Wysoką Kopę to marsz przez teren objęty ochroną. Od naszej ostatniej wizyty rejon szczytu został całkowicie zamknięty dla turystów – to teraz rezerwat Cietrzewia. Te niezwykle rzadkie ptaki potrzebują spokoju do tokowania, dlatego szanując przyrodę, nie wchodziliśmy na sam wierzchołek. Oficjalna tablica „Wysoka Kopa” czekała na nas przy szlaku. To tam, w pełnym składzie, świętowaliśmy zdobycie szczytu.

W drodze powrotnej, walcząc z uciekającym czasem, zdecydowaliśmy się na skrót łączący szlak czerwony z żółtym. I tu zaczęła się nasza mała rodzinna komedia. Podczas gdy my parliśmy do przodu, mama z ciocią Anią tak mocno zaangażowały się w rozmowę, że kompletnie przegapiły moment skrętu. Na szczęście, dzięki instrukcjom („cały czas w dół!”), spotkaliśmy się wszyscy cali i zdrowi na szlaku żółtym, tuż przed finałowym dojściem do parkingu.

Informacje o trasie

  • Szczyt: Wysoka Kopa (1126 m n.p.m.) – najwyższy punkt Gór Izerskich.
  • Dystans: 9,4 km (pętla).
  • Czas przejścia: 3 godziny 38 minut.
  • Suma podejść: 391 m.
  • Najwyższy punkt: 1106 m n.p.m. (zgodnie z pomiarem przy tablicy).

Porady i Informacje praktyczne

Parking i dojazd:

  • Startowaliśmy z Rozdroża Izerskiego (parking przy drodze 358). Miejsce jest popularne, ale dość pojemne. W święta i weekendy warto być tu przed południem.

Pieczątka do książeczki KGP:

  • Drewniana skrzynka z pieczątką znajduje się na słupku pod tablicą „Wysoka Kopa”. Warto mieć ze sobą własny tusz – ten na miejscu bywa wyschnięty.

Trudności na szlaku:

  • Szlak jest technicznie łatwy, ale Izery słyną z błota. Solidne, nieprzemakalne buty to podstawa, co widać na naszych zdjęciach z podejścia.

Ciekawostki historyczne i turystyczne:

  • Kopalnia Stanisław: Legenda głosi, że kwarc wydobywano tu już w XIII wieku. Surowe warunki sprawiają, że zima trwa tu rekordowo długo.
  • Ochrona Cietrzewia: Pamiętajcie, że wchodzenie na sam szczyt (poza wyznaczony szlak) jest zabronione. Cietrzewie to jedne z najbardziej płochliwych ptaków w Polsce – każda płosząca je osoba może przyczynić się do ich zniknięcia z tych gór.
  • Widoki: Przy dobrej widoczności z okolic Kopalni Stanisław widać nie tylko Karkonosze ze Śnieżką, ale nawet odległe o wiele kilometrów elektrownie w Turowie.

Zasada „cały czas w dół”:

  • Nasza przygoda z mamą i ciocią pokazuje, że w Izerach łatwo o dekoncentrację. Jeśli zgubicie orientację na skrótach, trzymanie się kierunku spadku terenu zazwyczaj doprowadzi Was do Drogi Sudeckiej, ale zawsze warto mieć mapę w telefonie (polecamy mapa-turystyczna.pl lub mapy.cz).

Skalnik # 2 – Wielkanocne zdobywanie najwyższego szczytu Rudaw Janowickich

Pierwszy ze szczytów wytypowanych podczas naszego rodzinnego, wielkanocnego wyjazdu w góry, padł łupem 19 kwietnia 2025 roku (w wyprawie brali udział: Elżbieta, Ania, Sylwia, Patryk, Miłosz oraz Janek). Postanowiliśmy nie zmieniać nic w planie z naszego pierwszego podejścia – planowaliśmy zostawić samochód na parkingu przy niebieskim szlaku podejściowym w Czarnowie. Rzeczywistość szybko jednak zweryfikowała nasze zamiary. Parking był całkowicie oblężony, co zmusiło nas do szukania miejsca nieco dalej. Na szczęście udało nam się uniknąć płatnego parkingu – stanęliśmy przy drodze w pobliżu szlaku żółtego.
Wędrówkę zaczęliśmy od odcinka asfaltowego, który doprowadził nas do skrętu w las. To właśnie tam zaczęła się właściwa zabawa i podejście, na którym trzeba było w końcu zacząć „łapać wysokość”.

Po drodze mijaliśmy punkt „Pod Ostrą Małą”, gdzie łączą i rozgałęziają się szlaki. Szlak na szczyt od tej pory wiedzie po niemal płaskim terenie, co po wcześniejszym podejściu było miłą odmianą.

Sam szczyt Skalnika (944 m n.p.m.) jest całkowicie zalesiony i pozbawiony szerokiej panoramy, ale dla zdobywców Korony Gór Polski jest punktem obowiązkowym. Znaleźliśmy tablicę z nazwą szczytu, zrobiliśmy pamiątkowe fotki i przystąpiliśmy do rytuału przybijania pieczątek w naszych książeczkach. Miłosz i Janek bardzo poważnie podeszli do tego zadania!

W drodze powrotnej nie mogliśmy odmówić sobie wejścia na wyeksponowaną Ostrą Małą. To platforma widokowa wykuta w skale, z której rozpościera się bajeczna panorama na Karkonosze, Kotlinę Jeleniogórską i pozostałe szczyty Rudaw Janowickich. To właśnie tutaj góry pokazały nam swoje najpiękniejsze oblicze. Chłopcy byli zachwyceni – na skałkach pod szczytem domagali się kolejnych zdjęć, które miały uwiecznić ich odwagę i sprawność we wspinaczce po głazach.

Po zejściu do samochodu nie traciliśmy czasu. Szybkie pakowanie, chwila na uzupełnienie płynów i ruszyliśmy w stronę kolejnego wyzwania zaplanowanego na ten dzień – Wysokiej Kopy w Górach Izerskich. Wielkanocny maraton trwał w najlepsze!

Informacje o trasie:

  • Dystans: ok. 6 km (w obie strony).
  • Czas przejścia: ok. 2 h (spokojnym, rodzinnym tempem).
  • Suma podejść: ok. 240 m.
  • Szlak: Żółty (dojście), Niebieski i Zielony (rejon szczytu).
  • Punkt startu: Czarnów (okolice dawnego schroniska Czartak / szlak żółty).

Porady i wskazówki:

  • Parking: Jeśli planujecie wycieczkę w weekend lub święta, parking w Czarnowie przy szlaku niebieskim zapełnia się błyskawicznie. Warto przyjechać bardzo wcześnie lub szukać miejsca przy drodze niżej, tak jak zrobiliśmy to my.
  • Punkt widokowy: Nie pomijajcie Ostrej Małej! Sam szczyt Skalnika jest w lesie i nie oferuje widoków, natomiast platforma na Ostrej Małej to jeden z najlepszych punktów widokowych w całych Sudetach. Na skały prowadzą wygodne kamienne schodki.
  • Pieczątka: Pieczątka zazwyczaj znajduje się w skrzynce na szczycie Skalnika. Warto mieć własny tusz, bo ten w skrzynkach często wysycha.

Ciekawostki:

  • Dwa wierzchołki: Skalnik ma dwa wierzchołki. Wyższy (944 m) jest zalesiony, natomiast niższy (935 m) to właśnie Ostra Mała z jej słynnymi formacjami skalnymi – Koniem Apokalipsy i Skalnym Mostem w pobliżu.
  • Friesensteine: Przed wojną skały na Ostrej Małej nazywano Friesensteine. Już wtedy były popularnym celem wycieczek, a schody na platformę widokową wykuto w 1886 roku.
  • Rudawy Janowickie: Choć Skalnik jest najwyższym szczytem tego pasma, Rudawy często są pomijane na rzecz Karkonoszy. To błąd – są tu jedne z najbardziej fantazyjnych formacji skalnych z piaskowca i granitu w Polsce.

Rysy #2

Wstaliśmy już o 5:00, szybkie umycie się i wskakujemy do auta. Chłopcy w aucie śpią dalej. Na szlaku meldujemy się o 6:50 i jest to dobry czas. Pozostawienie samochodu przy drodze na początku szlaku jest płatne 15 Euro (w internecie ludzie pisali, że będzie kosztować 10 Euro a więc podrożało). Tym razem mała zmiana planów i nie ruszamy czerwonym szlakiem jak ostatnio tylko niebieskim, który łączy się z czerwonym przy schronisku Popradskie Pleso. Dalej szlak biegnie już bez zmian w stosunku do ostatniego naszego przejścia. Chłopcy są zmotywowali i nastawienie pozytywnie, a my jesteśmy w szczycie formy po ostatnich rozchodzeniach i dodatkowo jednodniowym odpoczynku. Pierwsza połowa trasy do Schroniska i połączenia z czerwonym szlakiem mija nam dosyć sprawnie oraz szybko bez większego zmęczenia. Jest jeszcze dość chłodno i nie męczymy się. Druga połowa w skałach jest równie lekka i oprócz sztucznych ułatwień w newralgicznych miejscach, gdzie największe problemy ma Miłosz mija ogólnie nam dosyć szybko. Miłosz pomimo lęków przy stromych ekspozycjach w dół, przezwycięża je przy naszym wsparciu i dalej do Schroniska pod Rysami docieramy już równie sprawnie. Po drodze mijamy słowackich Szerpów czyli Nosicieli, którzy wzbudzają w nas podziw. W Schronisku robimy dłuższy postój z jedzeniem i zakupem dla chłopców pamiątkowych odznak ze schroniska a dla nas dzwoneczków, które od razu przypinamy do plecaków. Dzięki temu idąc wydajemy miłe dźwięki niczym górskie owieczki. Atak szczytowy od Schroniska już idzie troszkę ciężej, głównie z uwagi na pojawiające się zmęczenie. Dodatkowo od strony Słowackiej nadciągają chmury, które przesłaniają nam widoki na tą stronę od podejścia. Ja odbieram to jako dobrą sytuację, gdyż Miłosz nie będzie widział przewyższeń podczas ostatnich metrów pod szczyt. Ludzi jest sporo i idąc za tłumem idziemy w złym kierunku czyli na trzeci wierzchołek Rysów. Na szczęście orientujemy się i szybko zawracamy na główne podejście. Ostatnie metry pod polskim szczytem od strony słowackiej są wymagające ale dajemy radę o po 6 godzinach czyli o 12:50 zasiadamy do pamiątkowego zdjęcia na szczycie najwyższego polskiego szczytu. Spędzamy chwilę próbując się napalać naszym zwycięstwem ale duża ilość ludzi i możliwość zmiany pogody, które zwiastują napływające chmury każe nam robić odwrót. Miłosz na szczycie zwraca z entuzjazmem uwagę, że widać Morskie Oko i Czarny Staw po polskiej stronie. Sylwia z Jaśkiem schodzą szybciej, a my z Miłoszem asekuracyjnie i bezpieczniej. Po pokonaniu stromego zejścia, idziemy już dalej do Schroniska wspólnie. W Schronisku zamawiamy zupy: kwaśnicę i czesnakową oraz piwo ale tylko dla dorosłej części (a co należy się nawadniać). Zejście już jest bardziej męczące głównie ze względu na utrzymującą się wysoką już temperaturę i słońce. Dłuży się nam i pomimo odpoczynków idzie się coraz gorzej. Do samochodu wsiadamy o 17:15 i chłopcy od razu zasypiają. Po dojechaniu do apartamentów, czyli po półtorej godzinie, zostawiamy ich dalej śpiących w pokojach, a my jedziemy jeszcze po zakupy do Biedronki do Zakopanego. Po powrocie chłopcy nadal śpią więc sami jemy rosołek.

Szczeliniec Wielki 919 m n.p.m. #2

wejście I – 5 listopada 2020 Sylwia i Patryk
wejście II – 20 stycznia 2024 Sylwia, Patryk, Miłosz, Jasiek

Szczeliniec to był ostatni szczyt w ramach naszego wyjazdu w ferie. Zaplanowaliśmy go jako ostani ze względu na to, iż nie był mocno wymagający, ale za to urokliwym spacerem w skalnym labiryncie. Uroku dodatkowo dodawała zimowa sceneria, która powodowała również utrudnienia na podejściach. Dodatkową atrakcją było kibicowanie zawodnikom 10. Zimowego Półmaratonu Gór Stołowych, gdyż ich trasa kończyła się przy Schronisku PTTK na Szczelińcu Wielkim, a to znaczy, że podejście do schroniska pokonywali razem z nami. Trasa podejściowa była niewymagająca pomimo zimowych warunków i pokonaliśmy ją dość sprawnie. Przejście labiryntu po płaskowyżu również nie było wymagające, ale bardzo zachwyciło chłopców przeciskanie się pomiędzy wąskimi szczelinami w skałach, a nas ponownie urzekły tym razem pokryte ścieżki i skały białym puchem. Przysłowiowe „schody” zarówno w przenośni jak i w rzeczywistości zaczęły się na zejściu, które w okresie zimowym są zamknięte, a pokonanie trasy jest wyłącznie na odpowiedzialność turystów. Na szczęście cała trudna część trasy jest wyposażona w barierki, co mocno ułatwia oraz poprawia bezpieczeństwo zejścia po zasypanych śniegiem schodach. Nasza wyprawa zakończyła się szczęśliwie bez żadnego uszczerbku na zdrowiu co uczciliśmy zakupami na straganach przy wejściu do Parku Narodowego Gór Stołowych. Sylwia i Miłosz wybrali sobie czapki, a Jasiu poduszkę Fortnite.

Waligóra 934 m n.p.m. #3

wejście I – 6 listopada 2020 Sylwia i Patryk
wejście II – 7 stycznia 2023 Sylwia i Patryk
wejście III – 16 stycznia 2024 Sylwia, Patryk, Miłosz, Jasiek

Trochę za późno dojechaliśmy z dwóch powodów, po pierwsze za późno wstaliśmy, a drugi to za dużo nam czasu zeszło na Wielkiej Sowie. Ale nie żałujemy ani pierwszego ani drugiego powodu 🙂 Nasze ograniczenia wynikały z końcówki dnia i zachodu słońca, do którego pozostało nam ok. pół godziny.

Pogoda troszkę nas wystraszyła, bo dużo śniegu i lekki mrozek, a podejście od Schroniska PTTK Andrzejówka bardzo strome. Auto zostawiliśmy na parkingu pod Schroniskiem i zabraliśmy plecaki z odpowiednim wyposażeniem, czyli na pierwszym miejscu raczki i rakiety śnieżne. Od schroniska na szczyt prowadzi żółty szlak, początkowo po drodze bez wzniesień, aby po chwili skręcić w lewo i do góry. Szlak był już przetarty, więc i my ruszyliśmy bez ociągania się. Daleko nie zaszliśmy i musieliśmy założyć raczki i rakiety śnieżne, gdyż za często zaliczaliśmy poślizgnięcia. Od tego momentu poszło już może nie szybciej, ale dużo bezpieczniej. Na szczęście na szczycie znaleźliśmy się cało i jeszcze za dnia. Kilka fotek pamiątkowych i bez zbędnej zwłoki ruszyliśmy w drogę powrotną do dołu. Sprawdziło się powiedzenie, że lepiej jest podchodzić niż schodzić. Powoli, asekurując się nawzajem udało nam się zejść na dół w ostatnich promieniach dnia. Wskoczyliśmy jeszcze po pieczątki do Schroniska PTTK i ruszyliśmy do Kudowy Zdrój.

Strona 1 z 2

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén