Nieważne gdzie, ważne z kim!!!

Kategoria: Korona Bieszczadów

Rabia Skała 1191 m n.pm.: Wielki finał Korony Bieszczadów podczas motomajówki

Długo oczekiwany moment wreszcie nadszedł! 1 maja 2025 roku sfinalizowaliśmy nasz bieszczadzki projekt – na naszym celowniku stanął ostatni brakujący szczyt do Korony Bieszczadów: Rabia Skała (1199 m n.p.m.). Cała wyprawa odbyła się w ramach naszej „motomajówki”, co tylko dodało jej pikanterii. Sylwii, mimo ogromnego obłożenia w regionie, udało się rzutem na taśmę znaleźć świetną bazę wypadową w Wetlinie (Noclegi u Rumcajsa tel. 692208777 kwota 55 zł/os./dobę).

Dzień zaczęliśmy typowo po „harpaganiarsku” – do południa zwiedzaliśmy bieszczadzkie trasy na motocyklach, a po solidnym obiedzie i krótkiej regeneracji, punkt 16:00, ruszyliśmy prosto z kwatery na szlak. Początkowo asfaltowa droga prowadziła nas zielonym szlakiem w stronę granicy Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Przy wejściu do parku, mimo braku obsługi w budce, sprawnie kupiliśmy bilety przez internet, korzystając z kodu QR – technologia w służbie turystyki!

Choć wiele osób w internecie straszyło nas „morderczym” podejściem, dla nas trasa okazała się jedynie solidnym treningiem. Szliśmy „na lekko”, bez plecaków, co pozwoliło nam utrzymać świetne tempo. Kluczowym momentem był Jawornik, gdzie zmieniliśmy kolor szlaku na żółty. To tutaj zaczęła się najbardziej malownicza część wędrówki.

Prawdziwy spektakl zaczął się na odcinku od Paportnej. Dzięki genialnej przejrzystości powietrza podziwialiśmy Połoninę Wetlińską z górującym nad nią Smerkiem. Coś niesamowitego – wzrok sięgał aż po Hyrlatą, Wołosań, a nawet odległą Lackową w Beskidzie Niskim i Radziejową w Beskidzie Sądeckim! Takie dni w Bieszczadach to rzadkość.

Na szczycie Rabiej Skały zameldowaliśmy się po zaledwie 2 godzinach, bijąc tabliczkowy czas o ponad godzinę. Szybkie fotki, pamiątkowy film i łyk wody – czas nas gonił, bo choć mieliśmy czołówki, chcieliśmy zejść przed zmrokiem. Powrót był równie ekspresowy. Całe 15 km i ponad 800 metrów przewyższenia zamknęliśmy w 3 godziny. Satysfakcja z domknięcia Korony Bieszczadów? Bezcenna. W końcu nie ma dla nas rzeczy niemożliwych – jesteśmy Harpagany!


Informacje o trasie

  • Szczyt: Rabia Skała (1199 m n.p.m.).
  • Trasa: Wetlina -> Jawornik (szlak zielony) -> Paportna -> Rabia Skała (szlak żółty) -> powrót tą samą drogą.
  • Dystans: ok. 15 km (w obie strony).
  • Czas przejścia: 3 godziny (nasz czas) / ok. 5 godzin (czas standardowy).
  • Suma podejść: powyżej 800 m.

Porady i Informacje praktyczne

Nocleg w Wetlinie:

  • Gorąco polecamy Noclegi u Rumcajsa (tel. 692-208-777). Sylwia znalazła to miejsce w samym szczycie majówki. Cena bardzo przystępna: 55 zł za osobę/dobę. To świetna baza, z której możecie ruszyć na szlak prosto z progu kwatery.

Bilety do BPN:

  • Jeśli budka przy wejściu na szlak jest zamknięta, nie rezygnujcie z zakupu biletu. Przy wejściach znajdują się tabliczki z kodami QR – wystarczy smartfon i minuta, by legalnie wejść na teren parku.

Późne wyjście w góry:

  • Wychodząc o 16:00, nawet przy szybkim tempie, zawsze miejcie w kieszeni latarkę czołową. Majowe wieczory w lesie potrafią być bardzo ciemne, a bezpieczeństwo na szlaku to podstawa, nawet dla Harpaganów.

Ciekawostki przyrodnicze i turystyczne:

  • Skalny klif: Rabia Skała słynie z urwiska skalnego na południowym zboczu (po stronie słowackiej). To jedno z nielicznych miejsc w Bieszczadach o takim charakterze skalnym.
  • Punkt widokowy Paportna: Nie spieszcie się na tym odcinku! To właśnie stąd rozpościera się jedna z najpiękniejszych panoram na Pasmo Graniczne oraz Połoniny. Przy dobrej pogodzie można stąd dostrzec nawet Tatry!
  • Korona Bieszczadów: Rabia Skała to jeden z trudniej dostępnych szczytów tej odznaki ze względu na sporą odległość od głównych dróg, co sprawia, że szlak jest mniej zatłoczony nawet w majówkę.

Hyrlata 1103 m n.p.m.: Bieszczadzka walka o każdy oddech i „partyzantka” na szlaku

10 listopada 2024 roku, tuż przed Narodowym Świętem Niepodległości, postawiliśmy na Hyrlatę (1103 m n.p.m.). Parking przy szlaku powitał nas kilkoma autami, co zwiastowało, że nie będziemy sami, ale prawdziwa przygoda zaczęła się już po kilku metrach. Ruszyliśmy z Roztok Górnych zielonym szlakiem prosto w błotnisty teren, by po chwili zmierzyć się z przeszkodą wodną. Przeprawa po poziomo położonych słupach energetycznych nad bystrym potokiem była jak balansowanie na linie – niby most, a jednak adrenalina skoczyła! Druga przeprawa po kamieniach i w końcu „poważny” szlak: utwardzona droga gruntowa i początek morderczego podejścia.

Miłosz tego dnia był po prostu nie do zdarcia. Zasuwał przodem, rzucając nam wyzwanie, i tylko co jakiś czas łaskawie na nas czekał. Sylwia, ambitnie depcząc mu po piętach, również rwała do przodu, choć co jakiś czas litowała się nad resztą ekipy. Ja i Janek? Cóż, my uprawialiśmy styl „kroczek za kroczkiem”, walcząc o każdy haust bieszczadzkiego powietrza. W pewnym momencie nawet piękne widoki przestały nas cieszyć – liczyło się tylko to, by iść dalej.

Przy ostatnim podejściu zmęczenie osiągnęło zenit. Wtedy zapadła strategiczna decyzja: „partyzantka”! Schowaliśmy nasze plecaki w krzakach pod grubą warstwą liści, by ostatnie metry pod szczyt pokonać na lekko. To był strzał w dziesiątkę! Bez balastu na plecach daliśmy radę zameldować się na wierzchołku. Szybkie, pamiątkowe foto i odwrót – góra dała nam tak popalić, że chłopcy stracili zapał do jakichkolwiek planów na jutro.

Powrót, choć teoretycznie lżejszy, wymagał ogromnej koncentracji. Strome zejścia pokryte grubą warstwą jesiennych liści były zdradliwe i śliskie. Do auta dotarliśmy po 3,5 godziny, mając w nogach 9 kilometrów i 550 metrów przewyższenia. Finał dnia był trudny – Cisna oblężona, brak szans na szybkie jedzenie, a na kwaterze dopadły mnie dreszcze. Na szczęście Sylwia, nasza nadworna aptekarka, szybko zareagowała i lekarstwa przeciwgrypowe postawiły mnie na nogi.


Informacje o trasie

  • Szczyt: Hyrlata (1103 m n.p.m.) – masyw w Bieszczadach Zachodnich.
  • Dystans: ok. 9 km (powrót tą samą drogą).
  • Czas przejścia: ok. 3 godziny 30 minut.
  • Suma podejść: ok. 550 m.
  • Szlak: Zielony (z Roztok Górnych).

Porady i Informacje praktyczne

Parking i start:

  • Auto najlepiej zostawić na parkingu w Majdanie (niedaleko stacji kolejki leśnej) lub w okolicach Lisznej. Zielony szlak jest stosunkowo nowy (otwarty kilka lat temu) i prowadzi przez teren, który dawniej był dostępny tylko dla nielicznych.

Uważaj na „śliskie dywany”:

  • Listopad w Bieszczadach to nie tylko błoto, ale przede wszystkim gruba warstwa liści na stromych zejściach. Pod liśćmi często kryją się mokre korzenie i luźne kamienie. Kijki trekkingowe na tej trasie to absolutna konieczność, zwłaszcza przy schodzeniu z Hyrlatej.

Strategia z plecakami:

  • Nasz patent z ukryciem plecaków przed finałowym podejściem uratował nam wyprawę. Jeśli czujecie, że „odcina Wam prąd”, nie wstydźcie się odciążyć kręgosłupa – byle tylko zapamiętać charakterystyczne drzewo lub krzak!

Ciekawostka turystyczna:

  • Hyrlata długo pozostawała „dziką górą”, ponieważ nie prowadził na nią żaden znakowany szlak PTTK. Dopiero niedawno udostępniono ją turystom. Dzięki temu lasy na zboczach zachowały swój pierwotny, karpacki charakter. Sam szczyt jest częściowo zalesiony, ale oferuje ciekawe wglądy w stronę pasma granicznego i na słowacką stronę.

Jedzenie w Cisnej:

  • W długie weekendy i święta Cisna bywa „zakorkowana” turystycznie. Jeśli planujecie posiłek po trasie, warto mieć w aucie „żelazną porcję” jedzenia (np. kabanosy, czekoladę) lub rezerwować stolik wcześniej, jeśli to możliwe.

Zdrowie na szlaku:

  • Jesienne Bieszczady potrafią zdradzić – podczas wysiłku jest ciepło, ale na postojach organizm błyskawicznie się wychładza. Dreszcze po powrocie to sygnał ostrzegawczy. Zawsze miejcie w aucie suchą koszulkę na zmianę, by przebrać się natychmiast po zejściu ze szlaku.

Stryb 1011 m n.p.m.: Grzbietem granicznym ku słowackim panoramom

Niedziela, 10 listopada 2024 roku. Pobudka o 7:00, szybka kawa, śniadanie i już o 8:00 siedzieliśmy w samochodzie. Wiedzieliśmy, że przed nami ambitny plan – dwa konkretne szczyty jednego dnia. Ruszyliśmy w stronę Cisnej, mijając miejsca, które przywołały falę wspomnień z naszej przejścia Głównego Szlaku Beskidzkiego (GSB). Po dotarciu w okolice Przełęczy nad Roztokami (801 m n.p.m.) ruszyliśmy zielonym szlakiem.

Początkowy kilometr asfaltem był tylko rozgrzewką. Przy wieży widokowej na przełęczy skręciliśmy w las, wchodząc na wspólny odcinek szlaku czerwonego i niebieskiego. Góry od razu nas sprawdziły – strome, ponadkilometrowe podejście na Rypi Wierch (1003 m n.p.m.) wycisnęło z nas pierwsze poty. Jednak to, co zaczęło się później, wynagrodziło każdą kroplę wysiłku.

Dalsza droga grzbietem przez Sinkową i Manewą to kwintesencja Bieszczadów. Szlak prowadzi otwartymi przestrzeniami, a widoki na stronę słowacką dosłownie zapierają dech. Ciepły, jesienny wiatr niósł ze sobą charakterystyczny, słodkawo-cierpki zapach wyschniętych liści bukowych – dla takich chwil się tu wraca.

Na szczycie Stryb (1011 m n.p.m.) zameldowaliśmy się w doskonałych humorach. Czas na tradycyjny, harpaganiarski popas! Sylwia zaserwowała mistrzowskie kanapeczki z konserwą turystyczną i soczystą żółtą papryką, a ja odpaliłem kuchenkę. Nic nie smakuje lepiej na tysiącu metrów niż gorąca, owocowa herbata parzona wprost na szlaku.

Droga powrotna, choć tą samą trasą, była znacznie lżejsza. Korzystając z zapasu czasu, weszliśmy jeszcze na wieżę widokową na Przełęczy nad Roztokami, by raz jeszcze ogarnąć wzrokiem okolicę. Szybki powrót do auta, 2 kilometry podjazdu na kolejny parking i… zaczęła się druga odsłona dnia, czyli Hyrlata, która – jak już wiecie – miała nas jeszcze solidnie przetestować.


Informacje o trasie

  • Szczyty: Stryb (1011 m n.p.m.), Rypi Wierch (1003 m n.p.m.).
  • Dystans: ok. 12 km (w obie strony).
  • Czas przejścia: ok. 4 godziny (z przerwą na herbatę).
  • Suma podejść: ok. 590 m.
  • Szlak: Zielony (do przełęczy) -> Czerwony/Niebieski (graniczny).

Porady i Informacje praktyczne

Dojazd i parking:

  • Najlepiej zaparkować na Przełęczy nad Roztokami (801 m n.p.m.). Dojazd z Cisnej prowadzi przez Majdan i Roztoki Górne. Droga jest asfaltowa, choć miejscami wąska i kręta.

Wieża widokowa na przełęczy:

  • To konstrukcja drewniana. Warto na nią wejść, bo oferuje świetny wgląd w Dolinę Roztok oraz na stronę słowacką (obszar Chronionego Krajobrazu „Vychodne Karpaty”).

Charakterystyka szlaku:

  • Szlak niebieski na tym odcinku to szlak graniczny. Idąc na Stryb, poruszacie się dokładnie po linii granicy państwowej. Pamiętajcie o dokumentach tożsamości, choć w strefie Schengen granica jest otwarta.
  • Podejście na Rypi Wierch jest kondycyjne – warto mieć kijki, zwłaszcza jeśli na szlaku leżą mokre liście, które potrafią być bardzo śliskie.

Ciekawostka turystyczna:

  • Nazwa Stryb ma pochodzenie wołoskie i prawdopodobnie odnosi się do stromego zbocza. Cały ten odcinek grzbietowy jest częścią Międzynarodowego Rezerwatu Biosfery „Karpaty Wschodnie”. To jedno z najlepszych miejsc w Bieszczadach, by uciec od tłumów panujących na Tarnicy czy Połoninach.

Logistyka „dwupaku”:

Jeśli planujecie Stryb i Hyrlatę jednego dnia (tak jak my), zacznijcie od Stryba. Jest nieco łatwiejszy technicznie, co pozwala na dobrą rozgrzewkę przed morderczym podejściem na Hyrlatą.

Magura Stuposiańska 1016 m n.p.m.: Sentymentalny powrót i morze mgieł nad Ustrzykami

Tuż po zdobyciu Dwernika Kamienia, o godzinie 11:30, wskoczyliśmy do auta, by ruszyć na kolejny cel – Magurę Stuposiańską (1016 m n.p.m.). Przejazd w stronę Ustrzyk Górnych był czystą przyjemnością dla oczu. Po lewej stronie dumnie prężyła się Połonina Caryńska, a po prawej ku niebu biły Mała i Wielka Rawka. Widząc parking pod Bacówką pod Małą Rawką pękający w szwach, tylko utwierdziliśmy się w przekonaniu, że wybór mniej obleganej Magury to strzał w dziesiątkę.

Przejazd przez Ustrzyki Górne obudził w nas mnóstwo wspomnień. To tutaj, półtora roku temu, kończyliśmy lub zaczynali etapy naszej wielkiej przygody z GSB. Sklepiki, pole namiotowe, restauracje – każde z tych miejsc ma swoją historię. Samochód zostawiliśmy 5 km za centrum, w miejscu, gdzie niebieski szlak przecina drogę. O 11:52 byliśmy już na trasie.

Początek szlaku przywitał nas bieszczadzką klasyką: krzaki i podmokły teren, ale szybko weszliśmy w głąb pięknego bukowego lasu. Pogoda była identyczna jak rano – słonecznie, a w dolinach wciąż zalegało malownicze morze mgieł. Droga prowadziła nas niemal cały czas pod górę, a pod nogami szeleścił gruby, złocisty dywan liści. To jeden z tych dźwięków, które najbardziej kojarzą się z jesienią w Bieszczadach.

Pokonanie 550 metrów przewyższenia wymagało trochę wysiłku, ale liczne wypłaszczenia pozwalały na złapanie oddechu. Na szczycie zrobiliśmy dłuższą przerwę na pamiątkowe fotki i celebrację kolejnego zdobytego wierzchołka.

Cała pętla o długości blisko 10 km zajęła nam 3,5 godziny. Po zejściu do auta zafundowaliśmy sobie jeszcze sesję rozciągania na mostku nad rzeczką Wołosaty. Znalezienie obiadu po sezonie okazało się wyzwaniem, ale reklama „Pizzerii w Górach” w Wołosatem uratowała nam dzień. Fasolka po bretońsku na przystawkę i solidna pizza przywróciły nam siły. Dzień zakończyliśmy zakupami w Wetlinie – od oscypków po nowe kurtki 4F dla chłopców, ładując baterie przed jutrzejszym, prawdziwym wyzwaniem.


Informacje o trasie

  • Szczyt: Magura Stuposiańska (1016 m n.p.m.).
  • Szlak: Niebieski (odcinek z Ustrzyk Górnych w stronę Widełek).
  • Dystans: ok. 9,6 km (w obie strony).
  • Czas przejścia: 3 godziny 35 minut (z przerwami).
  • Suma podejść: ok. 550 m.

Porady i Informacje praktyczne

Parking i dojazd:

  • Szlak niebieski przecina drogę wojewódzką nr 897 około 5 km za Ustrzykami Górnymi w stronę Wołosatego/Widełek. Można tam znaleźć miejsce na poboczu lub nieduży parking leśny. Jest to świetna alternatywa dla zatłoczonych parkingów pod połoninami.

Charakterystyka podejścia:

  • Magura Stuposiańska słynie z „bieszczadzkiej buczyny”. Podejście jest dość stałe i może dać w kość, szczególnie gdy pod liśćmi ukryte jest błoto. Kijki trekkingowe bardzo pomagają na zejściu, chroniąc kolana przed poślizgiem na „liściastym dywanie”.

Jedzenie poza sezonem:

  • Listopad w Bieszczadach to czas, kiedy wiele kultowych knajp się zamyka. Jeśli szukacie pewnego miejsca na obiad, Wołosate i tamtejsza „Pizzeria w Górach” to sprawdzony adres, który działa nawet wtedy, gdy w Ustrzykach hula tylko wiatr. Ich fasolka po bretońsku to idealny „rozgrzewacz”.

Ciekawostka turystyczna:

  • Magura Stuposiańska jest szczytem zwornikowym – rozchodzą się z niej grzbiety w kilku kierunkach. Choć sam szczyt jest zalesiony, po drodze (szczególnie jesienią, gdy liście opadną) można liczyć na ciekawe prześwity na gniazdo Tarnicy i Halicza.

Sentyment GSB:

Dla tych, którzy przeszli Główny Szlak Beskidzki, Ustrzyki Górne są miejscem kultowym. Warto na chwilę zatrzymać się na mostku nad Wołosatym – to właśnie tam wielu piechurów kończy swoją 500-kilometrową przygodę.

Dwernik Kamień 1004 m n.p.m.

Wstajemy o 7:30, szybkie ogarnięcie się najlepsze jakie może być w warunkach schroniskowych (śpimy w Przystanek Smerek) i już o 8:00 siadamy z chłopcami do śniadania. Na śniadanie kanepczki do wyboru do koloru, jak kto lubi, jedne z serem inne z wędliną, a jeszcze inne z nutellą, wszystkie przygotowane przez Sylwię. My do śniadania zapijamy się świeżutko zmieloną i zaparzoną kawką przygotowaną przeze mnie, a chłopcy herbatą. O 8:30 siedzimy już w aucie i ruszamy w kierunku Ustrzyk Górnych. Droga jak przystało na Bieszczady kręta ale i bardzo malownicza, uroku dodaje słońce wydobywające resztki kolorów z tych liści na drzewie, które jeszcze nie zdążyły spaść. Po lewej naszej stronie majestatycznie góruje nad całą okolicą Połonina Wetlińska z widoczną wyraźnie przy dzisiejszej pięknej, słonecznej pogodzie Chatką Puchatka (Schroniskiem/Schronem turystyczny). Natomiast niższe partie i dolinki niemal zalane są morzem tajemniczej mgły, która jak się później okazuje, utrzymuje się przez cały dzień. Zjawisko to jest bardzo ciekawe zwłaszcza, że będąc w zasięgu mgły, temperatura powietrza bardzo spada, nawet poniżej zera, a podczas zdobywania wysokości powietrze jest coraz cieplejsze. My mijając kolejne widoki skręcamy w miejscowości Brzegi Górne, która przecina szlak czerwony  pomiędzy Połoniną Wetlińska a Połoniną Caryńska i po około 5 kilometrach zatrzymujemy się na małym parkingu. Z niego to właśnie ruszamy na nasz pierwszy dzisiejszy szczyt. Na parkingu znajduje się już kilka aut w tym jedno przy wiatce, w której pali się już ognisko a przy którym grzeje się gość, który jak się okazuje spał w aucie. Od razu przypominają się nam nasze niezapomniane czelendże sprzed czterech lat. Na szczyt Dwernika Kamień ruszamy szlakiem czerwonym, który od razu z wyjścia z parkingu zaczyna powoli piąć się do góry, niezbyt ostro ale równo, cały czas przez lasy Bukowe aby finalnie osiągnąć ponad 400 metrów przewyższeń.  Ścieżka prowadząca na szczyt, jest na całym odcinku zalana brązowymi liśćmi, których szeleszczenie towarzyszy nam do samej góry. Ostatnie 200m przed szczytem dostarcza nam zapierających w piersiach widoków, gdyż szlak tutaj przebiega po grzbiecie szczytu, gdzie z jednej strony znajduje się stroma przepaść otwierająca przed nami piękne widoki na Połoninę Wetlińską, tym razem od drugiej strony. Tutaj również znajdujemy tablice pamiątkowe umieszczone przez przyjaciół z sentencjami poświęconymi ludziom wiązanymi z tymi górami. Dla Miłosza sam szczyt niesie również wartość naukową, zgodną z jego kierunkiem kształcenia, gdyż na samym szczycie znajduje się punkt poziomej osnowy geodezyjnej, określającej dokładną lokalizację szczytu góry Dwernik Kamień. Robimy sobie kilka pamiątkowych zdjęć, zasiadamy do drugiego śniadania i tak pozytywnie naładowani ruszamy do auta. Droga powrotna już dużo łatwiejsza, bo w dół ale i tak trzeba uważać bo pod grubym dywanem liści potrafią zaskoczyć luźne kamienie, tak więc kijki okazują się nieodzownym pomocnikiem. Sylwia niestety nie ma swoich kijków bo ich nie uznaje, ale na szczęście Miłosz przychodzi jej z pomocą i odstępuje jej jeden ze swoich. Jestem z niego niezmiernie dumny, gdyż robi to sam z siebie. Przy aucie jesteśmy o 11:23, gdzie robimy jeszcze ostatnie fotki i ruszamy dalej.

Tarnica 1346 m n.p.m.

wejście I – 9 sierpnia 2019
wejście II – 18 października 2020
wejście III – 3 sierpnia 2021

Piękne jak zwykle Bieszczady ale niestety wakacje robią swoje i jako najwyższy szczyt tych gór z niewymagającym podejściem ściąga tłumy i na szlaku trzeba niemal się łokciami rozpychać. Za to widokami zielonych połonin można nacieszyć oczy i strudzoną duszę wędrowca. Jesteśmy tu kolejny raz i na pewno wrócimy, mam tylko nadzieję, że tą okazją będzie GSB.

Tarnica (1346 m n.p.m.): Bieszczadzka Królowa w uścisku chmur

wejście I – 9 sierpnia 2019
wejście II – 18 października 2020
wejście III – 3 sierpnia 2021

Bieszczady to kraina, gdzie historia miesza się z legendą, a jesień w ciągu godziny potrafi ustąpić miejsca surowej zimie. Ruszyliśmy na najwyższy szczyt regionu, by sprawdzić, czy legendarne Biesy i Czady będą nam dzisiaj przychylne. To była wyprawa przez dwa światy – od złotych liści w Wołosatem po lodowy pancerz na szczycie Tarnicy.

Bieszczady, zielone Bieszczady… miejsce, o którym mówią, że zamieszkują je Biesy i ich pomocnicy Czady. Legenda głosi, że te drugie są bardziej przychylne ludziom i chyba faktycznie tak było – nie tylko nie przeszkadzały nam w marszu, ale napełniały nasze dusze tym specyficznym, magicznym klimatem. Choć Tarnica to najwyższa góra w regionie, to jednak przede wszystkim dzięki „bieszczadzkim zielonym aniołom” udało nam się ją zdobyć sprawnie a przede wszystkim bezpiecznie.

Naszą wędrówkę zaczęliśmy w Wołosatem. To miejsce symboliczne – dla jednych tutaj kończy się, a dla innych zaczyna legendarny Główny Szlak Beskidzki (GSB). Zostawiliśmy auto na parkingu i ruszyliśmy kawałek asfaltem za niebieskimi znakami. Po około pół kilometra szlak niebieski odbija od czerwonego GSB. Kupiliśmy bilety wstępu do Bieszczadzkiego Parku Narodowego i weszliśmy w głąb dziczy.

Trasa prowadziła nas przez malownicze łąki i bieszczadzkie lasy. Ludzi było zaskakująco mało, co pewnie wynikało z pochmurnej, mglistej aury. Im wyżej się wspinaliśmy, tym bardziej jesień ustępowała pola zimie. Temperatura spadła poniżej zera, a wiatr zaczął smagać nas lodowatym tchem. Na szczęście dodatkowe warstwy ubrań uratowały sytuację. Po około 2,5 godziny stanęliśmy na wierzchołku Królowej Bieszczadów.

Niestety, Tarnica tym razem schowała swoją panoramę za niskim pułapem chmur. Zamiast widoków na ukraińską stronę, dostaliśmy surowy, niemal polarny klimat. Metalowy krzyż na szczycie majaczył we mgle, tworząc niesamowite tło do pamiątkowych zdjęć. Szybkie pieczątki do książeczek i ucieczka w dół przed mrozem.

Co ciekawe, droga powrotna dostarczyła nam sporo śmiechu. Schodziliśmy cali oblepieni śniegiem (częściowo dzięki naszym wygłupom na górze), co budziło niemałe przerażenie u turystów, których mijaliśmy niżej. Ich pytające spojrzenia mówiły wszystko – obawiali się, że na górze trwa właśnie regularna śnieżyca. Nie wyprowadzaliśmy ich z błędu! Na koniec, tuż przy wejściu do parku, odwiedziliśmy jeszcze stare cerkwisko i cmentarz – miejsce pełne ciszy i bieszczadzkiej zadumy.

Informacje o trasie

Nasza trasa na Tarnicę prowadziła z miejscowości Wołosate niebieskim szlakiem. Całość wędrówki (w górę i w dół) zamknęła się w około 11,5 kilometrach, a suma podejść wyniosła 654 metry. Czas wejścia na szczyt przy trudnych, zimowych warunkach na górze wyniósł około 2,5 godziny cała trasa w obu kierunkach trochę powyżej 4 godzin. Parking w Wołosatem jest płatny, podobnie jak wstęp na teren Bieszczadzkiego Parku Narodowego (bilety można kupić w kasie przy szlaku).

Porady i Ciekawostki

  • Skąd się wzięły Bieszczady? Według ludowych podań (autorstwa Mariana Hessa), nazwa pochodzi od dwóch demonów: Biesa i Czada. Bies był zły i potężny, Czad mały i psotny, ale pomocny ludziom. Ich wieczna walka miała ukształtować ten górzysty krajobraz. Inna, bardziej naukowa wersja mówi, że nazwa wywodzi się od słowa „Beskid”, które dawniej oznaczało pasmo górskie.
  • Tarnica, czyli „Siodło”: Nazwa najwyższego szczytu pochodzi z języka rumuńskiego (słowo tarniță) i oznacza siodło lub przełęcz. Jeśli spojrzycie na Tarnicę z daleka, jej charakterystyczny kształt z wyraźnym wcięciem (Przełęczą pod Tarnicą) faktycznie przypomina pasterskie siodło.
  • Historia Metalowego Krzyża: Ten, przy którym zrobiliśmy zdjęcie, stoi na szczycie od 2000 roku. Ma 8,5 metra wysokości i upamiętnia nie tylko wizytę Karola Wojtyły (przyszłego papieża Jana Pawła II) w Bieszczadach w 1953 roku, ale jest też symbolem przetrwania i wiary tutejszych mieszkańców.
  • Wołosate – wieś, której nie ma: Zanim wejdziecie na szlak, warto poświęcić chwilę na wspomniane przez nas cerkwisko. Wołosate było niegdyś dużą wsią bojkowską, która niemal przestała istnieć po 1947 roku w wyniku akcji „Wisła”. Stare fundamenty cerkwi pw. św. Dymitra i nieliczne nagrobki to jedyne, co pozostało po dawnych mieszkańcach.
  • Pogodowy Rollcoaster: Tarnica uczy pokory. Nawet jeśli w Wołosatem świeci słońce, na szczycie może panować huraganowy wiatr i mróz. Zawsze miejcie w plecaku czapkę i rękawiczki, nawet jeśli wydaje Wam się, że jest ciepło!

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén