Nieważne gdzie, ważne z kim!!!

Miesiąc: grudzień 2025

Śnieżnik w zimowej odsłonie – królestwo śniegu i nowa wieża widokowa

Wstaliśmy o 8:30. Nie powiem, ciężko było wygrzebać się z pościeli, ale szybka kawa i świąteczne śniadanie postawiły nas na nogi. O 9:40 ruszyliśmy naszą trójką w stronę Kletna. Pogoda zapowiadała się całkiem przyjemnie: lekkie słońce i temperatura w okolicach -2 stopni. Punktualnie o 11:00 zostawiliśmy auto na dalszym parkingu (koszt 13 zł za dzień) i ruszyliśmy na nasz dzisiejszy cel – Śnieżnik.
Pierwsze dwa kilometry trasy to łagodne podejście żółtym szlakiem, który prowadzi szeroką, utwardzoną drogą w stronę schroniska i przebiega obok Jaskini Niedźwiedzia. To idealny moment na rozgrzewkę i nacieszenie się zimowym lasem (zwłaszcza, że ku naszemu zdziwieniu spotkaliśmy znajomego z Koronowa).

Wkrótce jednak droga skręciła, a my weszliśmy w gęstszy las. Tutaj zaczęło się prawdziwe podejście – bardziej strome i wymagające, głównie przez zalegający śnieg i wystające kamienie. Ten leśny odcinek składa się z dwóch etapów, przy czym ten drugi potrafi już solidnie wycisnąć pot na czole. Dopiero około czwartego kilometra szlak ponownie wyprowadził nas na otwartą przestrzeń drogi dojazdowej do samego schroniska.

W Schronisku PTTK „Na Śnieżniku” zrobiliśmy chwilę przerwy. To miejsce ma niesamowity klimat, zwłaszcza zimą, gdy z komina unosi się dym, a turyści otrzepują buty ze śniegu. Podbiliśmy pieczątki w naszych książeczkach, złapaliśmy oddech i bez zbędnej zwłoki ruszyliśmy dalej.

Przed nami był ostatni odcinek – zielony szlak prowadzący bezpośrednio na szczyt. Czekało nas tu wielkie zaskoczenie. Pamiętaliśmy ten fragment jako wymagające podejście po wielkich głazach, tymczasem obecnie to łatwa, szeroka i bardzo wygodna ścieżka. Zanim jednak weszliśmy na otwartą halę podszczytową, musieliśmy się dodatkowo docieplić – wiatr w tym miejscu zaczął dąć z ogromną siłą. Na szczęście piękna panorama dodawała nam energii i żaru, rekompensując trud podejścia i zimny wiatr.

Po pokonaniu całego podejścia naszym oczom ukazała się ona – wspaniała, lśniąca w słońcu wieża widokowa. Oddano ją do użytku dwa lata wcześniej, więc widzieliśmy ją na żywo po raz pierwszy. Jej nowoczesna konstrukcja niesamowicie kontrastuje z dzikością Śnieżnika. Oczywiście wejście na górę było obowiązkowe.

Widoki z góry dosłownie zapierają dech. Dziś przejrzystość powietrza była bajeczna – panorama Sudetów rozciągała się aż po horyzont. Na samym szczycie, który jest całkowicie odsłonięty, było jednak niebotycznie zimno. Silny wiatr i niska temperatura sprawiły, że szybko zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia przy tablicach szczytowych.
Zeszliśmy z powrotem do schroniska, żeby się ogrzać. Gorąca zupa na rozgrzewkę przed dalszą drogą była najlepszą decyzją tego dnia. Czas jednak nieubłaganie uciekał, a my nie mieliśmy dużego zapasu przed zachodem słońca. Szybko się zebraliśmy, założyliśmy raczki (nieocenione na wyślizganym szlaku!) i ruszyliśmy tą samą drogą w dół.
Dzięki raczkom i kijkom udało nam się sprawnie i, co najważniejsze, bezpiecznie zejść do samochodu. Śnieżnik po raz kolejny pokazał nam, jak piękne (i mroźne!) potrafią być polskie góry zimą.

Informacje o trasie:

  • Dystans: ok. 13,5 km (w obie strony z Kletna).
  • Czas przejścia: ok. 5,5 h (w zależności od warunków i czasu spędzonego w schronisku).
  • Suma podejść: ok. 750 m.
  • Szlak: Żółty (z Kletna do Schroniska), Zielony (ze Schroniska na Szczyt).
  • Punkt startu: Parking w Kletnie (dalszy 13 zł, bliższy 18 zł).

Porady i wskazówki:

  • Raczki i kijki: Zimą to absolutny must-have. Nawet jeśli na parkingu nie ma śniegu, leśne podejścia pod Śnieżnikiem bywają wyślizgane przez setki turystów i bez raczków zejście może być niebezpieczne.
  • Pogoda na szczycie: Śnieżnik jest znany z bardzo silnych wiatrów. Nawet przy słonecznej pogodzie na dole, na szczycie zawsze miej pod ręką kominiarkę, gogle lub okulary i dodatkową warstwę pod kurtkę.
  • Wieża widokowa: Wstęp na wieżę jest bezpłatny. Warto wejść, nawet jeśli wieje, bo oszklona platforma daje pewną osłonę przed wiatrem podczas podziwiania widoków.

Ciekawostki:

  • Wilhelmturm: Dzisiejsza wieża stoi niedaleko miejsca, gdzie dawniej znajdowała się kamienna wieża widokowa im. cesarza Wilhelma I. Została ona wysadzona w powietrze w 1973 roku ze względu na zły stan techniczny.
  • Słoń ze Śnieżnika: Symbolem szczytu i schroniska jest rzeźba słonia, która znajduje się nieopodal fundamentów dawnego schroniska (po stronie czeskiej). Została postawiona w 1932 roku przez grupę artystów.
  • Specyficzny mikroklimat: Śnieżnik to jedyne miejsce w Sudetach Wschodnich, gdzie występuje piętro alpejskie. Śnieg potrafi tu zalegać nawet przez 200 dni w roku, stąd też wzięła się nazwa góry.

Kowadło – skalny strażnik Gór Złotych i zimowy koniec świata w Bielicach

Prosto ze szczytu Rudawca, nie tracąc ani chwili i nie zaglądając nawet do samochodu, ruszyliśmy na podbój kolejnego celu – Kowadła (989 m n.p.m.). Było tuż przed godziną 15:00, słońce zaczęło już powoli zmieniać barwę na popołudniową, co w połączeniu ze śniegiem dawało niesamowity klimat. Z Bielic, które same w sobie są ciekawym miejscem (powstały w XVII wieku jako wieś drwali i szklarzy), prowadzi zielony szlak. Początkowo ścieżka pnie się dość zdecydowanie pod górę, ale to równy, miarowy wznios, który choć nie pozwala na sprint, to daje ogromną satysfakcję z każdego kroku. Już po chwili za naszymi plecami otworzyła się panorama na dolinę, z której przyszliśmy.

Przez pierwszy kilometr szliśmy szeroką, wygodną drogą leśną. Tutaj należy wspomnieć, że Kowadło to szczyt dość kontrowersyjny – choć zaliczany do Korony Gór Polski jako najwyższy punkt Gór Złotych, niektórzy geografowie wskazują na czeski Smrek, którego wierzchołek jest nieco wyższy, ale leży po stronie naszych sąsiadów. Po około kilometrze szlak odbił w prawo, zanurzając się w gęstszy las.

To tutaj, po przejściu kolejnych 300 metrów, nasza zielona ścieżka połączyła się z żółtym szlakiem. Od tego punktu wędrówka stała się jeszcze ciekawsza, bo ruszyliśmy wzdłuż charakterystycznych biało-czerwonych słupków granicznych, oddzielających Polskę od Czech.

Maszerowanie granicą zawsze ma w sobie coś z ducha przygody, zwłaszcza z takimi widokami jak powyżej. Po około 250 metrach, przed samym wierzchołkiem stanęliśmy przed wyborem. Szlaki rozdzieliły się: zielony łagodnie obchodził szczyt lasem (to właśnie nim wcześniej zdobywaliśmy szczyt), natomiast żółty obiecywał nieco więcej emocji. Wybraliśmy wariant żółty, który prowadzi stromym podejściem po blokach skalnych. To właśnie tym skałkom szczyt zawdzięcza swoją nazwę – ich kształt przy odrobinie wyobraźni przypomina kowadło. Wspinaczka po nich w zimowych warunkach wymagała skupienia, ale była najciekawszym elementem trasy.

Wreszcie, po pokonaniu 2 kilometrów i 45 minutach marszu, stanęliśmy na szczycie. Kowadło przywitało nas mroźnym powietrzem i poczuciem dobrze wykonanego planu. Choć sam wierzchołek jest mocno zalesiony, znajduje się tam sporo formacji skalnych, z których przy dobrej widoczności można dostrzec Góry Bialskie oraz czeską stronę Sudetów Wschodnich. Ciekawostką jest, że przed laty szczyt ten nazywano Kovadlina (po czesku), a polska nazwa jest bezpośrednim tłumaczeniem. Nie mogło się obejść bez celebracji – szybko wyciągnęliśmy nasze książeczki, by przybić upragnione pieczątki potwierdzające zdobycie kolejnego szczytu do kolekcji i to przedostatniego.

Nasyceni atmosferą sukcesu i zimowymi krajobrazami, zdecydowaliśmy się na powrót łagodniejszym, zielonym szlakiem. To była dobra decyzja – kolana mogły odpocząć, a my mogliśmy spokojnie podziwiać, jak las powoli przygotowuje się do wieczoru. Ta pętla to idealne domknięcie dnia w Górach Złotych.

Informacje Praktyczne:
Parking: W Bielicach znajduje się bezpłatny parking na końcu wsi, tuż przy wejściu na szlaki.
Wyposażenie: Zimą raczki to absolutna podstawa – podejścia bywają oblodzone.
Warianty podejścia: Jeśli idziecie z dziećmi lub w bardzo śliskich warunkach, wybierzcie szlak zielony w obie strony. Żółty wariant po skałkach jest efektowny, ale przy oblodzeniu może być zdradliwy bez raczków.
Dla zdobywców: Pieczątka KGP znajduje się na szczycie w drewnianej skrzynce. Jeśli skrzynka byłaby pusta, pieczątkę znajdziecie też w leśniczówce w Bielicach lub w pobliskiej Chacie Cyborga.

Góry Bialskie w zimowej szacie: Rudawiec (1106 m n.p.m.) z Bielic

Góry Bialskie, przez wielu nazywane „polskimi Bieszczadami” lub „najdzikszymi górami w Polsce”, przywitały nas w ten mroźny dzień iście bajkowym krajobrazem. 
Naszą przygodę zaczęliśmy w Kudowie, skąd o 9:30 wyruszyliśmy w półtoragodzinną trasę do Bielic. Ta urokliwa wieś, położona w dolinie Białej Lądeckiej, to idealny punkt startowy dla każdego, kto szuka spokoju i ucieczki od komercji. Bielice – dla jednych koniec świata, dla nas to początek naszej dzisiejszej przygody.
Termometr pokazał -7°C, co przy lekkim wietrze od razu zmotywowało nas do działania. Szybki serwis: plecaki na plecy, raczki na buty (niezbędne przy tym oblodzeniu!) i ruszamy całą naszą trójką na szlak (Sylwia, Elżbieta i Patryk).

Początkowe 1,5 km to przyjemny spacer „po płaskim” doliną rzeki szlakiem zielono-niebieskim. Tutaj jednak trzeba zachować czujność! Uważajcie na rozejście szlaków. Nasz zielony szlak w pewnym momencie ostro odbija w prawo, pnąc się pod górę, podczas gdy niebieski biegnie dalej dnem doliny.
Kolejny kilometr to konkretne podejście. Dzięki niemu szybko zyskaliśmy wysokość (całkowite przewyższenie na trasie to ok. 435 m). Dalej było już lżej – szlak prowadzi przez malownicze leśne tereny, które tego dnia wyglądały jak z „Krainy Lodu”.

Po przekroczeniu 4. kilometra szlak skręca w prawo i prowadzi nas wzdłuż granicy polsko-czeskiej. Po drodze mijamy szczyt Iwinka (1079 m n.p.m.): Choć to „tylko” przystanek w drodze na cel, widoki oszronionych drzew robiły na nas niesamowite wrażenie.

Równo na 5. kilometrze zameldowaliśmy się na Rudawcu (1106 m n.p.m.). To najwyższy punkt Gór Bialskich (według niektórych źródeł), a dla nas kolejny krok do zdobycia drugiej Korony Gór Polski. Formalności musiało stać się zadość – pieczątki wbite do książeczek, pamiątkowe fotki zrobione i… szybka ewakuacja, bo mroźny wiatr nie pozwalał na długie biesiadowanie.

Schodziliśmy sprawnie, utrzymując równe tempo. Po drodze zboczyliśmy nieco ze szlaku, by sprawdzić lokalny Schron Noclegowy oraz już na dole zwiedzamy pomnik Andrzeja Kranicica: Niezwykłe miejsce upamiętniające lokalnego przewodnika i miłośnika gór. Charakterystyczny rower i narty wkomponowane w pomnik zatrzymują na chwilę refleksji.

Cała pętla zamknęła się w 10 km i zajęła nam około 3,5 godziny. To była jednak dopiero pierwszy z dwóch naszych dzisiejszych szczytów. Mama została przy aucie na zasłużony odpoczynek, a my… od razu ruszyliśmy w stronę Kowadła!

Informacje Praktyczne:
Parking: W Bielicach znajduje się bezpłatny parking na końcu wsi, tuż przy wejściu na szlaki.
Wyposażenie: Zimą raczki to absolutna podstawa – podejścia bywają oblodzone.
Ciekawostka: Rudawiec znajduje się w pobliżu rezerwatu „Puszcza Śnieżnej Białki”, gdzie można podziwiać fragmenty pierwotnego lasu dolnośląskiego.
Dla zdobywców: Pieczątka KGP znajduje się na szczycie w metalowej skrzynce.

Tajemnica Skalnej Czaszki i tragiczna historia Narożnika – Zima w Górach Stołowych

Góry Stołowe nigdy nie przestają nas zaskakiwać. Choć sezon letni dawno za nami, te rejony o tej porze roku mają w sobie coś magicznego – mieszankę słońca, szronu i gęstej mgły, która dodaje skałom dramatyzmu. Tym razem naszym celem była legendarna Skalna Czaszka oraz czwarty co do wysokości szczyt tego pasma – Narożnik (851 m n.p.m.). Po spokojnym poranku i obowiązkowej „drugiej kawie”, o godzinie 11:00 ruszyliśmy w drogę. Po 15 minutach od wyjścia zameldowaliśmy się na bezpłatnym parkingu na Lisiej Przełęczy (790 m n.p.m.).

Dzień zaczęliśmy z przytupem, bo od geocachingu. Pierwszy kesz ukryty w wiatce parkingowej padł łupem Sylwii! To jej absolutny debiut w roli poszukiwacza skarbów, więc ekscytacja była ogromna. Szybki wpis do LogBooka i ruszamy za niebieskimi znakami szlaku, który początkowo prowadzi stromo pod górę kamiennymi stopniami.

Podejście na Narożnik z Lisiej Przełęczy nie jest długie, ale potrafi wycisnąć pot, zwłaszcza gdy pod nogami pojawia się pierwszy szron. W połowie drogi udało mi się odnalezyć drugiego kesza, więc humory dopisywały. Szlak prowadzi tutaj wzdłuż krawędzi piaskowcowych urwisk, skąd rozpościerają się pierwsze panoramy.

Jednak góry to nie tylko radość, ale i pamięć. Zatrzymaliśmy się przy miejscu tragicznej śmierci dwójki studentów z 1997 roku. Mała kapliczka i tablica pamiątkowa na skale przypominają o niewyjaśnionej do dziś zbrodni.

Na szczycie Narożnika próbowaliśmy namierzyć trzeciego kesza, ale bezskutecznie, więc dokonaliśmy jego reaktywacji. Kontynuowaliśmy wędrówkę szlakiem niebieskim w stronę Kopy Śmierci. Po drodze minęliśmy charakterystyczne formy skalne.

Aby dotrzeć do samej Skalnej Czaszki, musieliśmy odbić ze szlaku niebieskiego w oznakowaną ścieżkę prowadzącą po schodach w dół urwiska (około 15-20 minut za Narożnikiem). Dojście zajęło nam ok. 1,5 godziny od startu. Ta formacja robi niesamowite wrażenie – natura potrafi być genialnym rzeźbiarzem, a „oczodoły” czaszki są wystarczająco duże, by w nich usiąść.

Dalsza część naszej pętli prowadziła przez tzw. Ścieżkę nad Urwiskiem. Po drodze krajobraz stawał się coraz bardziej surowy, a drzewa pokrywał biały nalot szronu.

Schodząc niżej, weszliśmy w gęstszy las, gdzie skały przybierały coraz bardziej fantazyjne, pionowe formy.

Szlak w tym miejscu łagodnieje i przechodzi w szeroką drogę leśną, idealną na chwilę oddechu przed ostatnim podejściem.

Na koniec, w drodze powrotnej odwiedzamy Geoatrakcje Gór Stołowych. Pierwsze są Podmorskie Tarasy, które jednak na nas nie robią dużego wrażenia a dotarcie do nich wymaga pokonania kilkudziesięciu schodków.

Natomiast druga Geoatrakcją Gór Stołowych była Wisząca Skała do której dotarcie również wymagało ostrej wspinaczki po schodach.

Dalej ruszamy w kierunku Skał Puchacza, gdzie domykamy pętlę i przechodzimy na drugą stronę szosy (droga „Stu Zakrętów”). Wybieramy żółty szlak prowadzący do Fortu Karola. Wybudowany w 1790 roku jako pruska strażnica, dziś jest ruiną z jednym z najlepszych punktów widokowych w regionie. Niestety, pogoda zmieniła się całkowicie – słońce zniknęło, a gęsta mgła ograniczyła widoczność do kilku metrów. Co ciekawe, mimo wiosny w dolinach, tutaj wciąż zalegało mnóstwo śniegu.

Wracaliśmy do auta spełnieni, choć przemoczeni przez mgłę. Góry Stołowe zimą to zupełnie inna bajka niż w lecie – mniej ludzi, więcej ciszy i ta niepewność, co wyłoni się zza kolejnego obłoku pary.

Informacje techniczne:
Trasa: Lisia Przełęcz ➔ Narożnik ➔ Skalna Czaszka ➔ Podmorskie Kanały ➔ Wisząca Skała ➔ Fort Karola ➔ Lisia Przełęcz
Szlaki: Niebieski, zielony, niebieski, żółty oraz nieoznakowane dojścia do formacji skalnych
Dystans: ok. 9,1 km
Przewyższenia: ok. 262 m
Czas przejścia: ok. 4 godziny (uwzględniając eksplorację i geocaching)

Biskupia Kopa #2: Zachód słońca nad chmurami i smaki pogranicza

Nie tracąc ani minuty po zejściu ze Złotego Chlumu, przejechaliśmy na parking Petrovy Boudy znajdujący się również po czeskiej stronie. Wesoła atmosfera i dobre humory nie opuszczały naszej czwórki (Elżbieta, Ania, Sylwia i Patryk), choć słońce zaczynało już powoli chylić się ku zachodowi.

Ruszyliśmy zielonym szlakiem, który początkowo prowadził nas szeroką, kamienistą drogą przez otwarty teren, by z czasem zagłębić się w gęsty las.

To, co zobaczyliśmy po drodze, dosłownie odebrało nam mowę. Zamglone pasma górskie, skąpane w pomarańczowym blasku zachodzącego słońca przedzierającego się przez chmury, stworzyły bajkową scenerię.

Mimo zmęczenia poprzednią trasą, te dwa kilometry podejścia pokonaliśmy w 45 minut, napędzani widokami, które zmieniały się z każdą minutą.

Na szczycie (890 m n.p.m.) tradycyjnie przybiliśmy pieczątki i zrobili wspólne zdjęcie pod wieżą. Wtedy zapadła spontaniczna decyzja: schodzimy na polską stronę do Górskiego Domu Turysty „Pod Biskupią Kopą”.

Zapach regionalnych specjałów przyciągnął nas jak magnes. Zupa czosnkowa i placki po zbójnicku smakowały tam wybitnie, dając nam siły na powrót.

Wiedzieliśmy jednak, że czas ucieka. Aby nie wracać ponownie pod górę na szczyt, wybraliśmy żółty szlak, który tworzył idealną pętlę prowadzącą prosto na parking Petrovy Boudy. Ostatnie kilometry pokonaliśmy już po ciemku. Na szczęście każdy z nas miał w pogotowiu latarkę, więc bezpiecznie, choć w nieco tajemniczej aurze, dotarliśmy do samochodu.

Informacje o trasie

  • Szczyt: Biskupia Kopa (890 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Gór Opawskich.
  • Start: Parking Petrovy Boudy (Czechy).
  • Dystans: ok. 5,7 km (pętla).
  • Czas przejścia: ok. 2 godziny (z biesiadą w schronisku).
  • Suma podejść: ok. 291 m.
  • Kolory szlaków: Zielony (podejście z Czech) -> Żółty (powrót pętlą do parkingu).

Porady i Informacje praktyczne

Parking i dojazd:

  • Wybór parkingu Petrovy Boudy po czeskiej stronie to świetny sposób na skrócenie podejścia i uniknięcie największych tłumów, które zazwyczaj ciągną od strony Jarnołtówka. Parking jest darmowy.

Wieża widokowa:

  • Na szczycie znajduje się charakterystyczna biała wieża (Josefs-Warte). To najstarsza wieża widokowa w Jesionikach (z 1898 r.). Jeśli dotrzecie tam przed zachodem słońca, panorama na Pradziada i polskie niziny jest bezkonkurencyjna.

Górski Dom Turysty:

  • Pamiętajcie, że schronisko leży nieco poniżej szczytu po polskiej stronie. To jedyne schronisko w Górach Opawskich. Ich zupa czosnkowa to już legenda – idealnie rozgrzewa po zimowej wędrówce.

Bezpieczeństwo po zmroku:

  • Nasza przygoda pokazuje, że w grudniu czołówka to wyposażenie obowiązkowe, nawet na krótkich trasach. Słońce chowa się za horyzont błyskawicznie, a kamienisty żółty szlak w drodze powrotnej wymaga dobrego oświetlenia pod stopami.

Ciekawostka historyczna:

  • Biskupia Kopa od wieków była górą graniczną. Kiedyś dzieliła biskupstwo wrocławskie od ołomunieckiego (stąd nazwa), a dziś stanowi granicę państwową między Polską a Czechami.

Zlaty Chlum: Kamienna wieża, leśne źródła i świąteczny klimat Křížového vrchu

Tym razem udało nam się bez przeszkód dotrzeć w zaplanowane miejsce startu. Odpalamy mapy, sprawdzamy sprzęt do dokumentowania naszej wędrówki i tuż po godzinie 11:00 ruszamy na szlak.

Pogoda nam sprzyja – temperatura jest na lekkim plusie, co w grudniu w tych górach jest miłą odmianą. Naszym przewodnikiem jest czerwony szlak, którego trzymamy się aż do samego wierzchołka.

Początek to relaksujący spacer leśną ścieżką. Pierwsze pół kilometra idziemy po płaskim terenie, idealnie na rozgrzewkę. Dopiero gdy szlak lekko odbija w lewo, zaczyna się podejście. Nie jest ono jednak męczące – to raczej łagodna wspinaczka, która towarzyszy nam już do końca. Po drodze mijamy dwa urokliwe źródła. To prawdziwe ostoje dla strudzonych wędrowców. Są świetnie zagospodarowane, a wyryte w kamieniu daty świadczą o ich bardzo długiej historii. Widać, że Czesi dbają o te detale.

Na szlaku nie ma tłumów, choć i tak spotykamy więcej turystów niż po naszej stronie granicy. Prawdziwe centrum życia odkrywamy jednak przy rozejściu szlaków czerwonego i niebieskiego. Naszym oczom ukazała się potężna, kamienna wieża widokowa oraz tętniące życiem miejsce piknikowe. Zapach ogniska, ludzie biesiadujący przy stolikach i mała, klimatyczna knajpka – to wszystko tworzyło niesamowitą atmosferę. My jednak nie tracimy czasu na dłuższy popas. Robimy pamiątkowe zdjęcia i ruszamy na sam wierzchołek.

Sam szczyt Złotego Chlumu (891 m n.p.m.) jest nieco przekorny – mocno obrośnięty drzewami, nie oferuje żadnej panoramy. Dlatego szybko decydujemy się na drogę powrotną szlakiem niebieskim.

To był strzał w dziesiątkę! Szlak prowadzi przez pewien czas „łysym” zboczem, otwierając przed nami piękną panoramę na okoliczne góry. Po około kilometrze niebieska ścieżka zamyka pętlę i łączy się z czerwonym szlakiem, którym bezpiecznie wracamy do auta. Na deser zostawiamy sobie zwiedzanie ośrodka Křížový vrch, który oczarował nas swoim bożonarodzeniowym nastrojem.

Informacje o trasie:
Szczyt: Złoty Chlum (891 m n.p.m.) – Jesioniki, Czechy.
Dystans: ok. 4,6 km (pętla).
Czas przejścia: ok. 1-1,5 godziny (spokojnym tempem z postojami).
Suma podejść: ok. 224 m.
Kolory szlaków: Czerwony (podejście) -> Niebieski (częściowy powrót i pętla).

Porady i Informacje praktyczne

Parking i start:

  • My startowaliśmy z okolic Křížového vrchu. Jest to świetne miejsce, bo pozwala połączyć górską wędrówkę z wizytą w pięknym ośrodku turystycznym. Parking bywa obłożony, dlatego godzina 11:00 to ostatni dzwonek, by znaleźć miejsce.

Wieża widokowa Zlatý Chlum:

  • Kamienna wieża ma 26 metrów wysokości i została zbudowana w 1899 roku przez morawsko-śląskie stowarzyszenie górskie. Warto mieć ze sobą gotówkę (korony), jeśli chcecie wejść na górę (wstęp jest płatny). Widok z tarasu obejmuje m.in. Pradziada oraz Jezioro Nyskie.

Źródła na szlaku:

  • Mijane źródła (m.in. Adolfův pramen) mają długą tradycję leczniczą, związaną z pobliskim uzdrowiskiem Jesionik (Lázně Jeseník). Woda w nich jest czysta i zimna – idealna do przemycia twarzy w cieplejsze dni.

Wskazówka nawigacyjna:

  • Nie wracajcie tą samą drogą! Koniecznie wybierzcie niebieski szlak ze szczytu. To on oferuje najlepsze widoki na trasie, których nie uświadczycie na samym zalesionym wierzchołku ani na czerwonym szlaku w gęstym lesie.

Křížový vrch (Krzyżowy Wierch):

  • Na koniec koniecznie zajrzyjcie do tamtejszej restauracji lub hotelu. W okresie świątecznym dekoracje i klimat są tam po prostu magiczne. To idealne miejsce na kawę lub gorącą czekoladę po zejściu z gór.

Mikołajkowa Dyszka – czyli debiuty, medale i kartacze w stolicy Mazur!

Nasza mikołajkowa przygoda zaczęła się tak naprawdę już w sobotę. Aby uniknąć porannej nerwówki i stresu związanego z dojazdem na ostatnią chwilę, podjęliśmy decyzję: ruszamy dzień wcześniej! Sobotę zaczęliśmy od szybkiego pakowania – zarówno mojego, jak i Miłosza (Sylwia jak zwykle była gotowa już wcześniej niż my). Jeszcze tylko obowiązkowa kawka z Sysią przed wyjazdem i około 13:30 startujemy w kierunku Mrągowa.

Droga minęła nam sprawnie i przyjemnie – 2,5 godziny jazdy urozmaiciliśmy jedynie dwoma krótkimi postojami na stacji (bo kawa w trasie smakuje najlepiej!). Na miejscu, u Zbyszka, jak zwykle czekało nas ciepłe powitanie. Po chwili rozmowy ruszyliśmy jeszcze na szybkie zakupy do pobliskiego sklepu, żeby zaopatrzyć się w niezbędne produkty na kolację i biegowe przekąski.

Po powrocie podział obowiązków był prosty i sprawiedliwy: ja ze Zbyszkiem zajęliśmy się… strategicznymi rozmowami przy stole, natomiast Sylwia i Miłosz przejęli stery w kuchni. Poszło im błyskawicznie! Na stole wylądowało pyszne tagliatelle z kurczakiem i sosem curry. Ładowanie węglowodanów przed biegiem zaliczone wzorowo!

Szefowie kuchni spisali się na medal! Tagliatelle curry z kurczakiem – idealne paliwo przed startem.

Wieczór upłynął nam na wspólnych pogaduchach, ale szanując siły przed startem, Zbyszek zarządził koniec integracji już o 22:00. My przenieśliśmy się na dół do naszego pokoiku, gdzie postanowiliśmy się zrelaksować przy kinie domowym. Wyboru dokonał Miłosz i był on w dziesiątkę (film „Wąwóz” na AppleTV). Seans zakończyliśmy równo o północy i grzecznie poszliśmy spać. Musieliśmy być wypoczęci przed jutrzejszym wysiłkiem.

Niedzielny poranek, godzina 9:00. Budziki właściwie nie były potrzebne – adrenalina obudziła nas skuteczniej niż dzwonek! Wszyscy czuliśmy to przyjemne podekscytowanie, które towarzyszy startom, ale dzisiejszy dzień był szczególny. Dla Sylwii i Miłosza to absolutny debiut w zorganizowanych zawodach na dystansie 10 km, a Zbyszek – po naszych skutecznych namowach – postanowił dołączyć, by dotrzymać nam towarzystwa (dla niego po ostatnich maratonach to niedzielny spacerek). Ekipa w komplecie!

Dzień zaczynamy od klasyki gatunku, czyli śniadania biegacza. Na stole lądują białe bułki z masłem i dżemem – paliwo musi być! Jedynie Sylwia wyłamuje się ze schematu, stawiając na lekkość: jogurt z bananem. O 10:00, spakowani i z nastawieniem „byle do mety … i to z uśmiechem!”, ruszamy w kierunku Mikołajek.

Pogoda? Jak na grudzień – łaskawa! Chłodniej niż wczoraj, termometry pokazują 4 stopnie na plusie, ale najważniejsze wiadomości są dwie: nie pada i nie ma lodu. Warunki do biegania idealne.

Gotowi do startu! Humory dopisują.

Na miejscu wita nas tłum biegaczy. Mimo sporego parkingu, wolne miejsca znikają błyskawicznie, ale udaje nam się zaparkować. W biurze zawodów czeka nas małe zaskoczenie – kolejka po pakiety jest imponująca! Wygląda na to, że frekwencja przerosła najśmielsze oczekiwania organizatorów. Cierpliwość jednak popłaca. Odbieramy nasze zestawy: numery startowe, chipy, pamiątkowe koszulki, worki, izotoniki, wafelki i – co najważniejsze w tym dniu – czapeczki Świętego Mikołaja!

Szybkie przebranie, przypięcie numerów, zbędne rzeczy lądują w aucie i… orientujemy się, że czasu na rozgrzewkę zostało niewiele. Kilka wymachów, trucht i już ustawiamy się w strefie startowej.

Punktualnie o 11:45 rozlega się sygnał startu! Ruszamy na trasę Mikołajkowej Dyszki.

Ramię w ramię na trasie. Nie liczy się czas, liczy się wspólna zabawa!

Nasza taktyka była prosta: nie jesteśmy tu po życiówki, jesteśmy tu dla frajdy. Startujemy z tyłu stawki, pilnując, by nie dać się ponieść emocjom i nie spalić na początku. Szybko weryfikujemy tempo – jest równe, komfortowe dla całej naszej czwórki i, co najważniejsze, pozwala na swobodne rozmowy!

Kilometry, które początkowo mijały powoli, z każdą minutą zaczęły uciekać coraz szybciej. Biegło się fantastycznie! Zamiast walki o oddech, mieliśmy czas na podziwianie widoków, żarty i kręcenie pamiątkowych filmów. Zanim się obejrzeliśmy, 1/3 dystansu była już za nami. Punkt zwrotny przy malowniczym Jeziorze Łukajno był momentem przełomowym – teraz już prosto do mety!

Druga piątka minęła błyskawicznie, głównie dzięki świetnej atmosferze i rozmowom. Na trasie czekały punkty z napojami – ciepłe, zimne, do wyboru do koloru. Kiedy zobaczyliśmy znacznik ostatnich 800 metrów, wiedzieliśmy, że to zrobiliśmy. Wykonaliśmy honorową pętlę i wspólnie, ramię w ramię, wpadliśmy na linię mety!

Satysfakcja? Ogromna! Nie tylko dlatego, że ukończyliśmy bieg, ale dlatego, że zrobiliśmy to razem, wspierając się na każdym kilometrze.

Na mecie czekała na nas nagroda – przepiękne, ciężkie medale z motywem Mikołaja-pirata za sterem. Robią wrażenie!

Mikołajkowa ekipa w komplecie. Energia nas nie opuszczała ani na moment

Debiutanci z trofeami! Sylwia i Miłosz – wielkie brawa za pierwszą oficjalną dychę!

Takie cudo zawisło na naszych szyjach. Kawał solidnego żelastwa!

Po wysiłku przyszedł czas na zasłużoną regenerację. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania – do wyboru zupa ogórkowa albo barszczyk z pasztecikami, a na drugie danie pulpety lub regionalne kartacze. Oczywiście nie zabrakło też ciasta, bo bilans kaloryczny musi się zgadzać!

Uzupełnianie kalorii i analiza biegu przy stole. Zasłużony posiłek smakuje najlepiej!

Chwila odpoczynku, ostatnie pamiątkowe zdjęcia, uzupełnienie płynów i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku (i pełnymi brzuchami) spakowaliśmy się w drogę powrotną do Mrągowa.

To był świetny dzień, pełen pozytywnych emocji i sportowego ducha. Mikołajki zdobyte, a my wracamy bogatsi o nowe doświadczenia i piękne medale do kolekcji!

Do zobaczenia na kolejnych startach!

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén