Nieważne gdzie, ważne z kim!!!

Kategoria: Góry Strona 1 z 19

Śnieżnik w zimowej odsłonie – królestwo śniegu i nowa wieża widokowa

Wstaliśmy o 8:30. Nie powiem, ciężko było wygrzebać się z pościeli, ale szybka kawa i świąteczne śniadanie postawiły nas na nogi. O 9:40 ruszyliśmy naszą trójką w stronę Kletna. Pogoda zapowiadała się całkiem przyjemnie: lekkie słońce i temperatura w okolicach -2 stopni. Punktualnie o 11:00 zostawiliśmy auto na dalszym parkingu (koszt 13 zł za dzień) i ruszyliśmy na nasz dzisiejszy cel – Śnieżnik.
Pierwsze dwa kilometry trasy to łagodne podejście żółtym szlakiem, który prowadzi szeroką, utwardzoną drogą w stronę schroniska i przebiega obok Jaskini Niedźwiedzia. To idealny moment na rozgrzewkę i nacieszenie się zimowym lasem (zwłaszcza, że ku naszemu zdziwieniu spotkaliśmy znajomego z Koronowa).

Wkrótce jednak droga skręciła, a my weszliśmy w gęstszy las. Tutaj zaczęło się prawdziwe podejście – bardziej strome i wymagające, głównie przez zalegający śnieg i wystające kamienie. Ten leśny odcinek składa się z dwóch etapów, przy czym ten drugi potrafi już solidnie wycisnąć pot na czole. Dopiero około czwartego kilometra szlak ponownie wyprowadził nas na otwartą przestrzeń drogi dojazdowej do samego schroniska.

W Schronisku PTTK „Na Śnieżniku” zrobiliśmy chwilę przerwy. To miejsce ma niesamowity klimat, zwłaszcza zimą, gdy z komina unosi się dym, a turyści otrzepują buty ze śniegu. Podbiliśmy pieczątki w naszych książeczkach, złapaliśmy oddech i bez zbędnej zwłoki ruszyliśmy dalej.

Przed nami był ostatni odcinek – zielony szlak prowadzący bezpośrednio na szczyt. Czekało nas tu wielkie zaskoczenie. Pamiętaliśmy ten fragment jako wymagające podejście po wielkich głazach, tymczasem obecnie to łatwa, szeroka i bardzo wygodna ścieżka. Zanim jednak weszliśmy na otwartą halę podszczytową, musieliśmy się dodatkowo docieplić – wiatr w tym miejscu zaczął dąć z ogromną siłą. Na szczęście piękna panorama dodawała nam energii i żaru, rekompensując trud podejścia i zimny wiatr.

Po pokonaniu całego podejścia naszym oczom ukazała się ona – wspaniała, lśniąca w słońcu wieża widokowa. Oddano ją do użytku dwa lata wcześniej, więc widzieliśmy ją na żywo po raz pierwszy. Jej nowoczesna konstrukcja niesamowicie kontrastuje z dzikością Śnieżnika. Oczywiście wejście na górę było obowiązkowe.

Widoki z góry dosłownie zapierają dech. Dziś przejrzystość powietrza była bajeczna – panorama Sudetów rozciągała się aż po horyzont. Na samym szczycie, który jest całkowicie odsłonięty, było jednak niebotycznie zimno. Silny wiatr i niska temperatura sprawiły, że szybko zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia przy tablicach szczytowych.
Zeszliśmy z powrotem do schroniska, żeby się ogrzać. Gorąca zupa na rozgrzewkę przed dalszą drogą była najlepszą decyzją tego dnia. Czas jednak nieubłaganie uciekał, a my nie mieliśmy dużego zapasu przed zachodem słońca. Szybko się zebraliśmy, założyliśmy raczki (nieocenione na wyślizganym szlaku!) i ruszyliśmy tą samą drogą w dół.
Dzięki raczkom i kijkom udało nam się sprawnie i, co najważniejsze, bezpiecznie zejść do samochodu. Śnieżnik po raz kolejny pokazał nam, jak piękne (i mroźne!) potrafią być polskie góry zimą.

Informacje o trasie:

  • Dystans: ok. 13,5 km (w obie strony z Kletna).
  • Czas przejścia: ok. 5,5 h (w zależności od warunków i czasu spędzonego w schronisku).
  • Suma podejść: ok. 750 m.
  • Szlak: Żółty (z Kletna do Schroniska), Zielony (ze Schroniska na Szczyt).
  • Punkt startu: Parking w Kletnie (dalszy 13 zł, bliższy 18 zł).

Porady i wskazówki:

  • Raczki i kijki: Zimą to absolutny must-have. Nawet jeśli na parkingu nie ma śniegu, leśne podejścia pod Śnieżnikiem bywają wyślizgane przez setki turystów i bez raczków zejście może być niebezpieczne.
  • Pogoda na szczycie: Śnieżnik jest znany z bardzo silnych wiatrów. Nawet przy słonecznej pogodzie na dole, na szczycie zawsze miej pod ręką kominiarkę, gogle lub okulary i dodatkową warstwę pod kurtkę.
  • Wieża widokowa: Wstęp na wieżę jest bezpłatny. Warto wejść, nawet jeśli wieje, bo oszklona platforma daje pewną osłonę przed wiatrem podczas podziwiania widoków.

Ciekawostki:

  • Wilhelmturm: Dzisiejsza wieża stoi niedaleko miejsca, gdzie dawniej znajdowała się kamienna wieża widokowa im. cesarza Wilhelma I. Została ona wysadzona w powietrze w 1973 roku ze względu na zły stan techniczny.
  • Słoń ze Śnieżnika: Symbolem szczytu i schroniska jest rzeźba słonia, która znajduje się nieopodal fundamentów dawnego schroniska (po stronie czeskiej). Została postawiona w 1932 roku przez grupę artystów.
  • Specyficzny mikroklimat: Śnieżnik to jedyne miejsce w Sudetach Wschodnich, gdzie występuje piętro alpejskie. Śnieg potrafi tu zalegać nawet przez 200 dni w roku, stąd też wzięła się nazwa góry.

Kowadło – skalny strażnik Gór Złotych i zimowy koniec świata w Bielicach

Prosto ze szczytu Rudawca, nie tracąc ani chwili i nie zaglądając nawet do samochodu, ruszyliśmy na podbój kolejnego celu – Kowadła (989 m n.p.m.). Było tuż przed godziną 15:00, słońce zaczęło już powoli zmieniać barwę na popołudniową, co w połączeniu ze śniegiem dawało niesamowity klimat. Z Bielic, które same w sobie są ciekawym miejscem (powstały w XVII wieku jako wieś drwali i szklarzy), prowadzi zielony szlak. Początkowo ścieżka pnie się dość zdecydowanie pod górę, ale to równy, miarowy wznios, który choć nie pozwala na sprint, to daje ogromną satysfakcję z każdego kroku. Już po chwili za naszymi plecami otworzyła się panorama na dolinę, z której przyszliśmy.

Przez pierwszy kilometr szliśmy szeroką, wygodną drogą leśną. Tutaj należy wspomnieć, że Kowadło to szczyt dość kontrowersyjny – choć zaliczany do Korony Gór Polski jako najwyższy punkt Gór Złotych, niektórzy geografowie wskazują na czeski Smrek, którego wierzchołek jest nieco wyższy, ale leży po stronie naszych sąsiadów. Po około kilometrze szlak odbił w prawo, zanurzając się w gęstszy las.

To tutaj, po przejściu kolejnych 300 metrów, nasza zielona ścieżka połączyła się z żółtym szlakiem. Od tego punktu wędrówka stała się jeszcze ciekawsza, bo ruszyliśmy wzdłuż charakterystycznych biało-czerwonych słupków granicznych, oddzielających Polskę od Czech.

Maszerowanie granicą zawsze ma w sobie coś z ducha przygody, zwłaszcza z takimi widokami jak powyżej. Po około 250 metrach, przed samym wierzchołkiem stanęliśmy przed wyborem. Szlaki rozdzieliły się: zielony łagodnie obchodził szczyt lasem (to właśnie nim wcześniej zdobywaliśmy szczyt), natomiast żółty obiecywał nieco więcej emocji. Wybraliśmy wariant żółty, który prowadzi stromym podejściem po blokach skalnych. To właśnie tym skałkom szczyt zawdzięcza swoją nazwę – ich kształt przy odrobinie wyobraźni przypomina kowadło. Wspinaczka po nich w zimowych warunkach wymagała skupienia, ale była najciekawszym elementem trasy.

Wreszcie, po pokonaniu 2 kilometrów i 45 minutach marszu, stanęliśmy na szczycie. Kowadło przywitało nas mroźnym powietrzem i poczuciem dobrze wykonanego planu. Choć sam wierzchołek jest mocno zalesiony, znajduje się tam sporo formacji skalnych, z których przy dobrej widoczności można dostrzec Góry Bialskie oraz czeską stronę Sudetów Wschodnich. Ciekawostką jest, że przed laty szczyt ten nazywano Kovadlina (po czesku), a polska nazwa jest bezpośrednim tłumaczeniem. Nie mogło się obejść bez celebracji – szybko wyciągnęliśmy nasze książeczki, by przybić upragnione pieczątki potwierdzające zdobycie kolejnego szczytu do kolekcji i to przedostatniego.

Nasyceni atmosferą sukcesu i zimowymi krajobrazami, zdecydowaliśmy się na powrót łagodniejszym, zielonym szlakiem. To była dobra decyzja – kolana mogły odpocząć, a my mogliśmy spokojnie podziwiać, jak las powoli przygotowuje się do wieczoru. Ta pętla to idealne domknięcie dnia w Górach Złotych.

Informacje Praktyczne:
Parking: W Bielicach znajduje się bezpłatny parking na końcu wsi, tuż przy wejściu na szlaki.
Wyposażenie: Zimą raczki to absolutna podstawa – podejścia bywają oblodzone.
Warianty podejścia: Jeśli idziecie z dziećmi lub w bardzo śliskich warunkach, wybierzcie szlak zielony w obie strony. Żółty wariant po skałkach jest efektowny, ale przy oblodzeniu może być zdradliwy bez raczków.
Dla zdobywców: Pieczątka KGP znajduje się na szczycie w drewnianej skrzynce. Jeśli skrzynka byłaby pusta, pieczątkę znajdziecie też w leśniczówce w Bielicach lub w pobliskiej Chacie Cyborga.

Góry Bialskie w zimowej szacie: Rudawiec (1106 m n.p.m.) z Bielic

Góry Bialskie, przez wielu nazywane „polskimi Bieszczadami” lub „najdzikszymi górami w Polsce”, przywitały nas w ten mroźny dzień iście bajkowym krajobrazem. 
Naszą przygodę zaczęliśmy w Kudowie, skąd o 9:30 wyruszyliśmy w półtoragodzinną trasę do Bielic. Ta urokliwa wieś, położona w dolinie Białej Lądeckiej, to idealny punkt startowy dla każdego, kto szuka spokoju i ucieczki od komercji. Bielice – dla jednych koniec świata, dla nas to początek naszej dzisiejszej przygody.
Termometr pokazał -7°C, co przy lekkim wietrze od razu zmotywowało nas do działania. Szybki serwis: plecaki na plecy, raczki na buty (niezbędne przy tym oblodzeniu!) i ruszamy całą naszą trójką na szlak (Sylwia, Elżbieta i Patryk).

Początkowe 1,5 km to przyjemny spacer „po płaskim” doliną rzeki szlakiem zielono-niebieskim. Tutaj jednak trzeba zachować czujność! Uważajcie na rozejście szlaków. Nasz zielony szlak w pewnym momencie ostro odbija w prawo, pnąc się pod górę, podczas gdy niebieski biegnie dalej dnem doliny.
Kolejny kilometr to konkretne podejście. Dzięki niemu szybko zyskaliśmy wysokość (całkowite przewyższenie na trasie to ok. 435 m). Dalej było już lżej – szlak prowadzi przez malownicze leśne tereny, które tego dnia wyglądały jak z „Krainy Lodu”.

Po przekroczeniu 4. kilometra szlak skręca w prawo i prowadzi nas wzdłuż granicy polsko-czeskiej. Po drodze mijamy szczyt Iwinka (1079 m n.p.m.): Choć to „tylko” przystanek w drodze na cel, widoki oszronionych drzew robiły na nas niesamowite wrażenie.

Równo na 5. kilometrze zameldowaliśmy się na Rudawcu (1106 m n.p.m.). To najwyższy punkt Gór Bialskich (według niektórych źródeł), a dla nas kolejny krok do zdobycia drugiej Korony Gór Polski. Formalności musiało stać się zadość – pieczątki wbite do książeczek, pamiątkowe fotki zrobione i… szybka ewakuacja, bo mroźny wiatr nie pozwalał na długie biesiadowanie.

Schodziliśmy sprawnie, utrzymując równe tempo. Po drodze zboczyliśmy nieco ze szlaku, by sprawdzić lokalny Schron Noclegowy oraz już na dole zwiedzamy pomnik Andrzeja Kranicica: Niezwykłe miejsce upamiętniające lokalnego przewodnika i miłośnika gór. Charakterystyczny rower i narty wkomponowane w pomnik zatrzymują na chwilę refleksji.

Cała pętla zamknęła się w 10 km i zajęła nam około 3,5 godziny. To była jednak dopiero pierwszy z dwóch naszych dzisiejszych szczytów. Mama została przy aucie na zasłużony odpoczynek, a my… od razu ruszyliśmy w stronę Kowadła!

Informacje Praktyczne:
Parking: W Bielicach znajduje się bezpłatny parking na końcu wsi, tuż przy wejściu na szlaki.
Wyposażenie: Zimą raczki to absolutna podstawa – podejścia bywają oblodzone.
Ciekawostka: Rudawiec znajduje się w pobliżu rezerwatu „Puszcza Śnieżnej Białki”, gdzie można podziwiać fragmenty pierwotnego lasu dolnośląskiego.
Dla zdobywców: Pieczątka KGP znajduje się na szczycie w metalowej skrzynce.

Tajemnica Skalnej Czaszki i Tragiczna Historia Narożnika – Zima w Górach Stołowych

Góry Stołowe nigdy nie przestają nas zaskakiwać. Choć sezon letni dawno za nami, te rejony o tej porze roku mają w sobie coś magicznego – mieszankę słońca, szronu i gęstej mgły, która dodaje skałom dramatyzmu. Tym razem naszym celem była legendarna Skalna Czaszka oraz czwarty co do wysokości szczyt tego pasma – Narożnik (851 m n.p.m.). Po spokojnym poranku i obowiązkowej „drugiej kawie”, o godzinie 11:00 ruszyliśmy w drogę. Po 15 minutach od wyjścia zameldowaliśmy się na bezpłatnym parkingu na Lisiej Przełęczy (790 m n.p.m.).

Dzień zaczęliśmy z przytupem, bo od geocachingu. Pierwszy kesz ukryty w wiatce parkingowej padł łupem Sylwii! To jej absolutny debiut w roli poszukiwacza skarbów, więc ekscytacja była ogromna. Szybki wpis do LogBooka i ruszamy za niebieskimi znakami szlaku, który początkowo prowadzi stromo pod górę kamiennymi stopniami.

Podejście na Narożnik z Lisiej Przełęczy nie jest długie, ale potrafi wycisnąć pot, zwłaszcza gdy pod nogami pojawia się pierwszy szron. W połowie drogi udało mi się odnalezyć drugiego kesza, więc humory dopisywały. Szlak prowadzi tutaj wzdłuż krawędzi piaskowcowych urwisk, skąd rozpościerają się pierwsze panoramy.

Jednak góry to nie tylko radość, ale i pamięć. Zatrzymaliśmy się przy miejscu tragicznej śmierci dwójki studentów z 1997 roku. Mała kapliczka i tablica pamiątkowa na skale przypominają o niewyjaśnionej do dziś zbrodni.

Na szczycie Narożnika próbowaliśmy namierzyć trzeciego kesza, ale bezskutecznie, więc dokonaliśmy jego reaktywacji. Kontynuowaliśmy wędrówkę szlakiem niebieskim w stronę Kopy Śmierci. Po drodze minęliśmy charakterystyczne formy skalne.

Aby dotrzeć do samej Skalnej Czaszki, musieliśmy odbić ze szlaku niebieskiego w oznakowaną ścieżkę prowadzącą po schodach w dół urwiska (około 15-20 minut za Narożnikiem). Dojście zajęło nam ok. 1,5 godziny od startu. Ta formacja robi niesamowite wrażenie – natura potrafi być genialnym rzeźbiarzem, a „oczodoły” czaszki są wystarczająco duże, by w nich usiąść.

Dalsza część naszej pętli prowadziła przez tzw. Ścieżkę nad Urwiskiem. Po drodze krajobraz stawał się coraz bardziej surowy, a drzewa pokrywał biały nalot szronu.

Schodząc niżej, weszliśmy w gęstszy las, gdzie skały przybierały coraz bardziej fantazyjne, pionowe formy.

Szlak w tym miejscu łagodnieje i przechodzi w szeroką drogę leśną, idealną na chwilę oddechu przed ostatnim podejściem.

Na koniec, w drodze powrotnej odwiedzamy Geoatrakcje Gór Stołowych. Pierwsze są Podmorskie Tarasy, które jednak na nas nie robią dużego wrażenia a dotarcie do nich wymaga pokonania kilkudziesięciu schodków.

Natomiast druga Geoatrakcją Gór Stołowych była Wisząca Skała do której dotarcie również wymagało ostrej wspinaczki po schodach.

Dalej ruszamy w kierunku Skał Puchacza, gdzie domykamy pętlę i przechodzimy na drugą stronę szosy (droga „Stu Zakrętów”). Wybieramy żółty szlak prowadzący do Fortu Karola. Wybudowany w 1790 roku jako pruska strażnica, dziś jest ruiną z jednym z najlepszych punktów widokowych w regionie. Niestety, pogoda zmieniła się całkowicie – słońce zniknęło, a gęsta mgła ograniczyła widoczność do kilku metrów. Co ciekawe, mimo wiosny w dolinach, tutaj wciąż zalegało mnóstwo śniegu.

Wracaliśmy do auta spełnieni, choć przemoczeni przez mgłę. Góry Stołowe zimą to zupełnie inna bajka niż w lecie – mniej ludzi, więcej ciszy i ta niepewność, co wyłoni się zza kolejnego obłoku pary.

Informacje techniczne:
Trasa: Lisia Przełęcz ➔ Narożnik ➔ Skalna Czaszka ➔ Podmorskie Kanały ➔ Wisząca Skała ➔ Fort Karola ➔ Lisia Przełęcz
Szlaki: Niebieski, zielony, niebieski, żółty oraz nieoznakowane dojścia do formacji skalnych
Dystans: ok. 9,1 km
Przewyższenia: ok. 262 m
Czas przejścia: ok. 4 godziny (uwzględniając eksplorację i geocaching)

Babia Góra w zimowej odsłonie na Święto Niepodległości

11 listopada to data symboliczna. Jedni świętują na marszach, inni biegną w zawodach, a my? My po przedwczorajszym biegu postanowiliśmy sprawdzić, czy Królowa Beskidów przyjmie nas łaskawie w ten jesienno-zimowy dzień.
Tym razem poranek był wyjątkowo leniwy. Wstawaliśmy niespiesznie, z lekką nutą niepewności co do składu ekipy. Mama szybko rozwiała wątpliwości, stwierdzając, że to nie jest jej dzień na górskie wyrypy. Szanujemy to – góry mają sprawiać radość, a nie być obowiązkiem. Ruszamy więc we dwoje: szybka kawka, śniadanie, pakowanie plecaków i w drogę.

Start: Przełęcz Krowiarki (1012 m n.p.m.)
Na szlak ruszamy chwilę przed 11:00. Sam dojazd z naszej bazy zajął nam zaledwie 20 minut. Auto zostawiamy na popularnym (i niestety drogim – 30 zł za dzień) parkingu na Przełęczy Krowiarki. Chcieliśmy zajrzeć do sklepiku po pamiątki, ale ceny skutecznie ostudziły nasz zapał. Z pustymi rękami, ale pełni energii, wbijamy pieczątki do książeczek i ruszamy czerwonym szlakiem (Główny Szlak Beskidzki) w stronę szczytu.

Etap 1: Przez las na Sokolicę (1367 m n.p.m.)
Droga nie daje taryfy ulgowej – od razu zaczyna się dość ostre, strome podejście. Pierwszy cel to Sokolica. Choć to dopiero 1/3 dystansu, to pokonujemy tu prawie połowę przewyższenia. Pogoda na dole nas rozpieszcza – typowa, przyjemna wczesna jesień. Jest na tyle ciepło, że szybko zrzucamy warstwy, żeby się nie przegrzać. Idziemy mądrze – robimy krótkie przerwy, by wyrównać oddech. Ten odcinek w osłonie lasu zajmuje nam 50 minut.

Etap 2: Kępa i zmiana krajobrazu (1521 m n.p.m.)
Kolejny przystanek to Kępa. Docieramy tu po 30 minutach od Sokolicy. Warunki wciąż są stabilne, zmęczenia brak. To właśnie tutaj zaczyna się magia Babiej Góry – wychodzimy z lasu w piętro kosodrzewiny. Drzewa karłowacieją, a widoki (teoretycznie) się otwierają.
To kluczowy moment naszej wyprawy: Strategiczny postój na przebranie. Zanim wyjdziemy na otwartą przestrzeń, zmieniamy przepoconą odzież na suchą i docieplamy się. To była najlepsza decyzja dnia! Dzięki temu dalszą, wietrzną zazwyczaj część trasy, pokonujemy w pełnym komforcie termicznym.

Etap 3: Gówniak i wejście w chmury (1617 m n.p.m.)
Po dwóch godzinach od startu meldujemy się na szczycie o uroczej nazwie Gówniak. Tutaj żarty się kończą – a zaczyna zima. Jak widać na naszych zdjęciach, słupek szczytowy pokryty jest już szadzią, a pod butami chrzęści śnieg. Wchodzimy w niskie chmury, które kradną nam widoki, ale w zamian dają niesamowity, tajemniczy klimat.
Ciekawostka: Zastanawialiście się kiedyś, skąd nazwa „Gówniak”? Nie ma ona nic wspólnego z dziećmi! Wywodzi się z czasów pasterskich, kiedy na tych wysokościach wypasano woły. „Wołowe Skałki” były miejscem, gdzie zwierzęta zostawiały po sobie… no właśnie, naturalny nawóz.

Szczyt: Diablak (1725 m n.p.m.) – Kapryśna Królowa łaskawa jak nigdy
Ostatnie 20 minut to marsz po gołych skałach i jedno bardziej strome podejście. W końcu jest! Diablak. To nasze piąte wejście na ten szczyt, ale pierwsze w tak specyficznych warunkach.
Jest biało, mroźnie i mgliście. Ale stał się cud – na Babiej Górze, znanej jako „Matka Niepogód”, jest całkowicie bezwietrznie. To ewenement! Zazwyczaj urywa tu głowę (jak przy poprzednich naszych wizytach), a my mogliśmy spokojnie nacieszyć się chwilą, zrobić zdjęcia przy oblodzonym słupku i zjeść zasłużony posiłek. W menu: banany i domowa suszona wołowina przygotowana przez Sylwię (sztos!).

Z pewnym żalem, ale i rozsądkiem, ruszamy w dół. Mimo że nasze wyjście było późne, czuliśmy się bezpiecznie, wiedząc, że zejdziemy przed zmrokiem. Po drodze mijaliśmy turystów dopiero idących na szczyt – czy byli przygotowani na nocne powroty? Mamy nadzieję, że tak, choć wyglądało to ryzykownie.

W dół lecimy jak na skrzydłach. Na Przełęczy Krowiarki meldujemy się z czasem 4 godziny i 2 minuty (całość trasy). To nasz życiowy rekord na tym odcinku, zrobiony zupełnie „przy okazji”, bez napinki.
Wnioski? Kondycja jest lepsza, niż sądziliśmy a Babia Góra, nawet bez widoków na Tatry, potrafi zachwycić mroźnym klimatem.

Informacje praktyczne – Szlak na Babią Górę
Trasa: Przełęcz Krowiarki – Sokolica – Kępa – Gówniak – Babia Góra (Diablak) – powrót tą samą drogą.
Kolor szlaku: Czerwony (Główny Szlak Beskidzki).
Dystans: ok. 9,5 km (w obie strony).
Suma podejść: ok. 720 m.
Parking: Przełęcz Krowiarki (płatny, ok. 30 zł/dzień). Warto być rano, w weekendy szybko się zapełnia.
Bilety wstępu: Babiogórski Park Narodowy (można kupić online lub w budce przy wejściu).
Wybierając się na Babią Górę jesienią i zimą, pamiętajcie o warstwach. Na dole może być ciepło (jak u nas), a na górze panować zima. Zawsze miejcie w plecaku suchą koszulkę na zmianę, czapkę, rękawiczki i kurtkę przeciwwiatrową. Szlak powyżej granicy lasu jest bardzo eksponowany!

Wiedzieliście, że…? Choć Babia Góra jest znana jako „Matka Niepogód” i słynie z wichur, nasz 11 listopada był wyjątkowo spokojny. Mieliśmy szczęście! A sam szczyt, na którym staliśmy, to tak naprawdę Diablak, najwyższy punkt w całych Beskidach Zachodnich natomiast nazwa Babia Góra odnosi się do całego masywu. Szczyt Diablaka leży dokładnie na granicy polsko-słowackiej. Cały masyw jest objęty ochroną i stanowi Babiogórski Park Narodowy, który ze względu na unikalne piętra roślinne (od lasów po piętro kosodrzewiny i murawy alpejskie) został wpisany na listę Światowych Rezerwatów Biosfery UNESCO. Według jednej z legend Diablak to resztki zamku, który budował diabeł dla babki-czarownicy. Gdy słońce wzeszło, budowla runęła, tworząc stertę kamieni – dzisiejszy szczyt.
Z kolei charakterystyczny, duży kamienny mur na szczycie (za którym i my nie raz się chowaliśmy), to pozostałość po historycznej funkcji – służył jako schronienie przeciwwiatrowe. Znajduje się tam również kamienny ołtarz poświęcony Janowi Pawłowi II oraz pamiątkowa tablica upamiętniająca pomiary geodezyjne i historyczne wydarzenia.

Czupel – jesienna wyprawa na najwyższy szczyt Beskidu Małego

Rankiem, po śniadaniu i filiżance kawy, ruszyliśmy w stronę szczytu Czupel – 930 m n.p.m., zaliczanego do Korony Gór Polski i będącego najwyższym punktem Beskidu Małego. Samochód zostawiliśmy w centrum Międzybrodzia Bialskiego, na parkingu przy sklepie Lewiatan, gdzie wygodnie mogliśmy się przepakować i przygotować kijki oraz ciepłą odzież na chłodny, jesienny dzień.​

Szlak czerwony prowadzi od samego początku równomiernie pod górę, przez bukowo-świerkowy las, którego ściółka pokryta była wilgotnymi liśćmi po wcześniejszych opadach. Pomimo kapryśnej pogody – lekkiego deszczu i 7 stopni C – warunki były idealne do spokojnej, jesiennej wędrówki.

Regularne odpoczynki pozwalały na uniknięcie przegrzania, choć rozbieranie się z kolejnych warstw było konieczne już od pierwszego podejścia.​ Tempo marszu wyznaczała Sylwia, a mama, idąc własnym rytmem, pokazała, że nie zwalnia grupy. Na trasie spotykaliśmy pojedynczych turystów, cieszących się urokami jesieni w Beskidzie Małym.

Ostatnie metry przed szczytem to przełęcz Pod Czuplem (872 m), gdzie czerwony szlak skręca w prawo i łączy się z niebieskim, stanowiącym finalny odcinek na wierzchołek. Droga była kamienista, śliska i pokryta wilgotnymi liśćmi, wymagając od nas szczególnej ostrożności. Na szczycie powitał nas tłum turystów i charakterystyczna tabliczka – choć miejsce nie słynie z panoramicznych widoków, cieszy się dużą popularnością ze względu na przynależność do Korony Gór Polski.​

Na wierzchołku przybiliśmy pieczątki do książeczek – z wyjątkiem mamy, która nie zabrała książeczki KGP w ferworze pakowania na wyjazd. To pretekst do powrotu na tę trasę w przyszłości!

Droga powrotna, po przebraniu się w suche i ciepłe ubrania, okazała się wymagająca – zwłaszcza ze względu na wilgotne liście i mało stabilne podłoże. Jednak czas szybko minął, a trasę o łącznej długości 7 km i przewyższeniu 600 m pokonaliśmy w trzy godziny.​

Informacje praktyczne:
Wybierz dzień o chłodnej pogodzie – unikniesz przegrzania podczas podejścia.
Dobierz odpowiednie buty – szlak jesienią jest śliski, wymaga stabilnego obuwia z bieżnikiem.
Zabierz kijki – pomogą przy stromym i śliskim zejściu.
Sprawdź wyposażenie przed trasą – nie tylko pieczątka, ale też ciepłe ubrania i przekąski (my zabraliśmy suszą wołowinę i jabłka przygotowane przez Sylwię jeszcze przed wyjazdem, hmmm, mniam … mniam).
Na szczycie może być tłoczno – dla pamiątkowego zdjęcia przygotuj się na chwilę oczekiwania.

Podsumowanie:
Czupel to idealny cel na jesienną lub wiosenną wycieczkę – nie tylko dla kolekcjonerów szczytów Korony Gór Polski, lecz także dla miłośników beskidzkiej natury i relaksu w lesie. Umiarkowana trudność, malownicze bukowe lasy i przyjemna atmosfera na szlaku sprawiają, że trasę warto powtórzyć – choćby po pieczątkę do książeczki KGP!

Czarna Góra – krótka, letnia wyprawa w Sudety z widokami na Masyw Śnieżnika

Czarna Góra (1205 m n.p.m.) to jeden z najbardziej znanych szczytów Masywu Śnieżnika, chętnie odwiedzany zarówno zimą przez narciarzy, jak latem przez miłośników pieszych wycieczek.​
Nasza wyprawa rozpoczęła się na Przełęczy Puchaczówka, niedaleko miejscowości Sienna – kluczowego punktu turystycznego regionu. Na miejscu czekał na nas darmowy parking, z którego do wejścia na czerwony szlak prowadzi krótki asfaltowy odcinek.​
Czerwony szlak, przez pierwsze kilkaset metrów połączony z zielonym, prowadzi przez przyjemny, cienisty las, idealny na letnie spacery. Trasa stopniowo zaczyna piąć się w górę, a typowe dla Sudetów świerki dają wytchnienie zwłaszcza w słoneczne dni.​
Po około 500 metrach rozpoczyna się strome podejście w kierunku szczytu i dawniej stojącej tam 14-metrowej wieży widokowej. Chociaż obecnie nie ma po niej śladu (wieża została rozebrana latem 2021 roku ze względu na zły stan techniczny), Czarna Góra nadal zachwyca skalnym punktem widokowym, skąd podziwiać można Masyw Śnieżnika.​

Na samym wierzchołku Czarna Góra, oprócz pozostałości po wieży, znajduje się także charakterystyczny przekaźnik telewizyjny, którego światła są widoczne z wielu kilometrów i po zmroku służą jako orientacyjny punkt dla turystów. Przy dobrej pogodzie można podziwiać panoramę okolicznych gór oraz malownicze doliny.​

Informacje praktyczne:
Parking – darmowy, otwarty na Przełęczy Puchaczówka, blisko do czerwonego szlaku,
Długość trasy – ok. 3,3 km w obie strony, ok. 200 m przewyższenia,
Szlak – dobrze oznaczony, początkowo łagodny, potem stromy przed szczytem,
Wieża widokowa – zamknięta od 2021 roku, ale skalny punkt widokowy dostępny,
Polecane dla rodzin – szlak krótki, atrakcyjny, biegnie wśród lasów i kwiecistych polan, idealny na aktywne popołudnie.

Podsumowanie:
Czarna Góra w Sudetach to doskonały wybór dla osób, które szukają krótkiej, aktywnej wycieczki z pięknymi panoramami i górską atmosferą – zarówno przy letnim słońcu, jak i zimowym narciarskim szaleństwie. Latem zachwyca widokami, spokojem lasu i zielonymi polanami, zimą zamienia się w ulubiony kurort narciarski regionu. To miejsce, gdzie historia wieży widokowej splata się z nowoczesną infrastrukturą oraz rodzinną rekreacją.​

Kalenica 964 m n.p.m.

Rodzinna wyprawa na Kalenicę w Górach Sowich (trzeci co do wysokości w Górach Sowich) była pełna przygód i niezapomnianych widoków! Już od samego początku, tuż po zwiedzaniu Kompleksu podziemnego Osówka, zapakowaliśmy plecaki, ruszyliśmy na Przełęcz Jugowską (805 m n.p.m.) i wystartowaliśmy z parkingu pełni energii oraz entuzjazmu.

Trasa prowadziła nas przez malowniczy las — pierwsze chwile na szlaku były okazją do wspólnego zdjęcia, zanim zaczęliśmy na dobre się wspinać. Po drodze spotkaliśmy charakterystyczny, drewniany drogowskaz na rozstaju dróg, a dobre humory towarzyszyły nam, nawet podczas podejścia na Słoneczną (494 m n.p.m.).

Chłopcy z uśmiechem zdobywali kolejne metry wysokości – były też chwile triumfu na skałkach, gdzie każdy chciał choć przez chwilę poczuć się jak zdobywca szczytów. Wspólne pamiątkowe zdjęcie pod tabliczką na Kalenicy zaliczamy do obowiązkowych punktów każdego rodzinnego wyjścia.

Sercem tej wyprawy była jednak stalowa wieża widokowa na szczycie Kalenicy. Zrobiliśmy pod nią kilka zdjęć, podziwiając widok na Bielawę i całą okolicę. Powrót prowadził przez urokliwy szlak z mnóstwem omszałych skał, a także mijał ciekawe, rzeźbione kapliczki.

W schronisku Zygmuntówka nie zabrakło typowego rodzinnego zamieszania, trochę odpoczynku i chwili na kolejne zdjęcie. Malowniczy krajobraz rozpościerający się obok schroniska na długo zostanie w naszej pamięci.

To był wspaniały dzień — mnóstwo śmiechu, wspólnej radości, górskich przygód oraz zdjęć dokumentujących każdą ważną chwilę tej rodzinnej przygody!

Praktyczne informacje:
Parking znajdziesz na Przełęczy Jugowskiej – jest dużo miejsca i łatwo zostawić auto niedaleko szlaku.​
Wycieczka na Kalenicę jest idealna nawet dla rodzin z dziećmi – trasa nie jest trudna, a podejścia są krótkie i łagodne.​​
Na Zimnej Polanie warto zrobić krótki postój na odpoczynek – są tam ławki i wiata (po drodze spotkasz charakterystyczne drogowskazy).​​
Czerwony szlak prowadzi na szczyt, a tablica Słoneczna łatwo przeoczyć – warto wypatrywać po lewej stronie drzewa.​​
Na szczycie Kalenicy czeka wiata turystyczna i stalowa wieża widokowa – wejście na nią jest bezpłatne, ale przy zwiedzaniu z dziećmi zalecana jest ostrożność.​
Po drodze mijasz omszałe skałki i ciekawe kapliczki, które warto zobaczyć i uwiecznić na zdjęciach.
Dobrym miejscem na odpoczynek i posiłek jest schronisko Zygmuntówka – mają bar, miejsce na ognisko i piękną polanę.

Co warto zabrać?
Wygodne buty trekkingowe – trasa momentami bywa kamienista i śliska, szczególnie po deszczu.​
Kurtkę przeciwdeszczową lub softshell – pogoda w górach bywa nieprzewidywalna.​
Wodę i przekąski – na szlaku nie ma możliwości zakupu prowiantu aż do schroniska.​
Powerbank do telefonu lub aparatu – mnóstwo okazji do zdjęć rodzinnnych na tle gór, skałek i wieży widokowej.
Mały plecak – na bluzę, mapę, dokumenty, prowiant.​
Czapka, okulary przeciwsłoneczne, krem z filtrem – duża część trasy biegnie przez odkryte polany.​
Latarka lub czołówka – jeśli planujesz wracać wieczorem (czasem w schronisku bywają przerwy w dostawie prądu).

Góry Sowie na pewno jeszcze wrócą w nasze rodzinne plany podróżnicze — polecamy każdemu, kto lubi aktywnie spędzać czas razem!

Skrzyczne #2 – dla Miłosza finałowa góra w Koronie Gór Polski

Po śniadaniu nasza rodzina zebrała się, by zdobyć ostatni szczyt Miłosza z listy Korony Gór Polski – Skrzyczne (1257 m n.p.m.), najwyższy punkt Beskidu Śląskiego i kultowy cel dla każdego miłośnika polskich gór. Ruszyliśmy pieszo z kwatery, a już od wczesnych godzin żar lał się z nieba, zapowiadając wyjątkowo upalny dzień.
Aby dojść do początku żółtego szlaku, trzeba było pokonać około kilometra od miejsca noclegu. Początek trasy to strome, odkryte podejście wzdłuż wyciągu narciarskiego, które od razu wystawiło nas na próbę – intensywny upał oraz roje dokuczliwych gzów nie ułatwiały wspinaczki. Odsłonięty teren sprawiał, że promienie słońca szybko odbierały siły, dlatego regularne przerwy i łyk wody były niezbędne.

Po mozolnym podejściu w końcu dotarliśmy do górnej stacji kolejki pod Małym Skrzycznem (1211m n.p.m.), gdzie znajduje się niewielki lokal gastronomiczny. Niestety, z powodu braku prądu sprzedaż była chwilowo niemożliwa, jednak obsługa stanęła na wysokości zadania i poczęstowała nas karafką wody z lodem i owocami – orzeźwienie było natychmiastowe i dodało sił na ostatni odcinek.

Od Małego Skrzycznego do głównego szczytu prowadzi już łagodniejszy, zielony szlak niemal po płaskim terenie, a mijane widoki zrekompensowały wszelkie trudy wcześniejszego marszu. 

Po chwili dotarliśmy na szczyt oraz do kultowego schroniska PTTK na Skrzycznem. W schronisku zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i przybiliśmy upragnione pieczątki w książeczkach górskich. Kolejnym punktem była zasłużona przerwa na drugie śniadanie, solidne nawodnienie i podziwianie rozległej panoramy Beskidu Śląskiego i Tatr w oddali.

Tablica na szczycie, który znajduje się nieopodal Schroniska PTTK przybliża zarówno historię miejsca jak i panujący tu klimat:

„Turysto,
stoisz teraz dokradnie na szczycie Skrzycznego (1257 m n.p.m.), wchodzącego w skład Korony Gór Polski. Od weków góra ta miara wielkie znaczenie dla tutejszych mieszkańców. Tutaj pozyskiwano drewno, na wykarczowanych halach wypasano owce, tu ukrywali sie zbójnicy, z czasem rozwinęła sie turystyka, a nieco pózniej przybyli narciarze. Kolejne pokolenia tworzyły wiec swoista magie Skrzycznego, gazie ponoć jeszcze można usłyszeć echa śpiewu zbójników, odgłosy dawnych góralskich trombit i rechot żab, które tu żyły w małym jeziorku zarośniętym sitowiną. Bo zgodnie z „Dziejopisem Żywieckim” (1704, autor Andrzej Komoniecki) nazwa góry pochodzi właśnie od skrzeczenia żab: „Stad nazwana ta góra jest Skrzecznia, gdyż w tym jeziorze żaby często skrzeczą, tak że je daleko pod wieczór słychać”.
Turysto, tak tu onegdaj bywało… Zadumaj się więc nad historia tego miejsca, ale też czerp radość z przebywania tutaj, bo w obecnych czasach Skrzyczne to góra nie tylko dla miłośników turystyki pieszej i sportów śnieżnych, ale także dla paralotniarzy, rowerzystów, biegaczy ekstremalnych i osób uprawiających wszelkie inne formy aktywności ruchowej.”

Zdecydowaliśmy, że powrót odbędzie się inną trasą – niebieskim szlakiem, którym pięć lat temu podchodziliśmy z Sylwią. Szlak uległ pewnym zmianom, na szczęście z korzyścią dla miłośników pięknych widoków – nowe przebiegi odsłaniają kolejne krajobrazy.
Samo zejście okazało się jednak wymagające przez stromizny i znaczne zmęczenie, stąd ostatnie metry były już odczuwalne i dłużyły się wyjątkowo mocno. Po zejściu wróciliśmy do centrum Szczyrku, przechadzając się między lokalnymi straganami oraz sklepikami – tym razem nie znaleźliśmy jednak nic ciekawego i postanowiliśmy wrócić na zasłużony odpoczynek.

Praktyczne wskazówki z trasy
Planując wejście latem – wyrusz wcześnie rano, gdy wciąż jest chłodniej.
Weź dużo wody – upał i otwarty teren potrafią szybko pozbawić sił.
Nakrycie głowy, okulary, krem z filtrem obowiązkowe.
Uważaj na gzy i owady – przydadzą się odstraszacze!
Zejście niebieskim szlakiem to nowe widoki, ale wymagający teren – zaplanuj przerwy.

Skrzyczne to nie tylko kolejna „zaliczona” góra, ale miejsce pełne tętniącego życiem schroniska, przepięknych beskidzkich panoram i poczucia spełnionej przygody. Dla Miłosza był to wyjątkowy dzień – symboliczne zamknięcie górskiej korony w prawdziwie letnim stylu.

Mogielica #2 – relacja z letniej wędrówki

Tym razem postanowiliśmy zdobyć Radziejową od mniej popularnej, ale bardzo urokliwej strony, zaczynając wędrówkę z Przełęczy Marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego. Parking przy szlaku okazał się dużym udogodnieniem – był bezpłatny i przestronny, dzięki czemu bez stresu mogliśmy ruszyć na szlak.
Szlak zielony prowadził nas najpierw przez otwartą polanę, a następnie łagodnie wprowadził w gęsty, pachnący las. Po niespełna kilometrze od parkingu trafiliśmy pomiędzy zabudowania małej wioski. W tym miejscu Sylwia przypomniała sobie, że zapomniała przełożyć książeczki KGP i GOT do nowego plecaka. Szybko wróciła po nie, a reszta z nas podążała dalej powoli, by nie nadwyrężać kondycji i zachować siły na ewentualne późniejsze podejście pod Czupel.
Trasa wiodła przez kwieciste łąki i cieniste partie lasu, zapewniając przyjemne urozmaicenie krajobrazu. Wysokie trawy i dzikie kwiaty kołysały się na wietrze, a odgłosy ptaków i szum drzew sprzyjały spokojnej, niemęczącej wędrówce. Dzięki naszym wskazówkom Sylwia szybko nas dogoniła i dalszą drogę pokonaliśmy już wspólnie.

Wkrótce dotarliśmy na polanę na samym szczycie Radziejowej. Obowiązkowe zdjęcia przy tabliczce szczytu i pieczątki w książeczkach potwierdzały zdobycie wierzchołka. 

Z radością wspięliśmy się również na nową wieżę widokową – pięć lat temu stara drewniana konstrukcja była już zamknięta dla turystów i w kiepskiej kondycji. Obecnie wieża prezentuje się znakomicie i pozwala podziwiać imponujące panoramy Beskidu Sądeckiego i Tatr.

Mimo pokusy, by dłużej nasycać się widokami, szybkie popołudnie zmusiło nas do powrotu. Zejście okazało się znacznie krótsze i minęło nam na żywych rozmowach. Czuć było już zmęczenie upalnego dnia, więc zrezygnowaliśmy z dodatkowego wejścia na Czupel, odkładając ten plan na inną, chłodniejszą okazję.

Wyprawa zajęła nam niecałe trzy godziny, podczas których pokonaliśmy trochę ponad 7 kilometrów i około 500 metrów przewyższenia. Nawet przy niższej kondycji trasa jest umiarkowanie wymagająca, ale niezwykle widokowa i dająca dużą satysfakcję.

Praktyczne wskazówki:
Parking przy przełęczy jest bezpłatny i wygodny.
Szlak zielony jest malowniczy, prowadzi zarówno przez las, jak i widokowe polany.
Nowa wieża widokowa na Radziejowej jest bezpieczna, a widoki z niej warte każdego kroku.
W upalne dni pamiętaj o dobrym nawodnieniu, okryciu głowy i kremie z filtrem.
Nie zapomnij książeczki KGP i GOT – pieczątka z Radziejowej to satysfakcjonujące zwieńczenie wysiłku!

Takie wyprawy udowadniają, że Beskid Sądecki oferuje nie tylko piękne szlaki i rozległe panoramy, ale także niezapomniane, rodzinne chwile oraz możliwość doświadczenia spokoju płynącego z kontaktu z naturą i regionalną historią.

Strona 1 z 19

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén