Nieważne gdzie, ważne z kim!!!

Miesiąc: listopad 2025

Motomajówka 2024 – Wielka Pętla Bieszczadzka

30.04.2024

Dzień 1: Płock – Warszawa – Dęblin – Puławy

O 15:30 przebieramy się szybko z Sylwią w nasze nowe wypasione stroje i ruszamy w drogę na naszych motorkach na długo wyczekiwaną i zaplanowaną moto-majówkę. Wyjeżdżamy o 16:15. Kierujemy się na Warszawę jadąc drugą stroną Wisły na Iłów. Pierwszy postój mamy po półtorej godzinie jazdy i 70km w Wilkowie Polskim, gdzie zatrzymujemy się w lokalnym sklepiku i kupujemy różne przekąski, słodkości ale i oranżadę. Po chwilowym wytchnieniu ruszamy dalej. Nasza radość rośnie wraz z każdym przejechanym kilometrem pomimo temperatury tego dnia powyżej 30 st.C. Kolejny przystanek już na stacji paliw przy wjeździe do Warszawy. Następny w Otwocku podjeżdżamy do apteki aby zakupić na wszelki wypadek sudokrem, temperatury sprzyjają wszelkiego rodzaju odparzeniom. Zbliżamy się już do naszego pierwszego zaplanowanego przystanku czyli Pałacu Bielińskich w Otwocku Wielkim. Niestety obiekt jest już zamknięty. Na szczęście zabraliśmy naszą pszczółkę – drona DJI, który zrobił robotę. Mogliśmy podziwiać pałac i tereny towarzyszące góry. Z uwagi, że zaczynał się już robić zmrok, zwinęliśmy się szybko i ruszyliśmy w dalszą drogę. Kolejny przystanek to tankowanie w Dęblinie na stacji ORLENu. I to właśnie tutaj, czy to ze zmęczenia czy z nieuwagi czy z obu tych powodów mieliśmy pewien incydent. Po zatankowaniu wsiadłem pierwszy i odpychając się nogami odjechałem kilka metrów spod dystrybutora pod budynek stacji. Natomiast Sylwia wsiadając na objuczony swój motocykl, tak niefortunnie wsiadła, że motocykl zaczął się jej kłaść na boku. Udało się jej oprzeć cały ciężar na nodze i zaczęła mnie wołać aby jej pomóc go postawić. Ja widząc co się dzieje i wiedząc, że może jej przygnieść nogę, zeskoczyłem bez zwłoki z mojego motocykla i szybko rozstawiając nóżkę zrobiłem to na tyle niedokładnie, że po pozostawieniu motocykla i podbiegnięciu do Sylwii, mój motocykl się przewrócił. Sytuacja Sylwii, która w mojej ocenie była bardziej niebezpieczna, gdyż mogła grozić uszczerbkiem zdrowia, została opanowana. Natomiast po oględzinach mojego motocykla, oprócz wykrzywienia lusterka, które jest łatwe do naprawy, stwierdziłem ułamanie końcówki lewej klamki sprzęgła. Na szczęście na tyle małe, że nie będzie przeszkadzało w dalszej jeździe. Po ruszeniu jednak okazało się, że jest problem z wrzucaniem biegów. Po dokładnej obserwacji mechanizmu okazało się, że wystarczy lekko odgiąć dźwignię i wszystko wróciło do porządku. Na stacji oprócz tankowania poszukaliśmy również noclegu na dzisiejszą noc. Sylwia znalazła w Puławach nocleg w dobrej cenie w lokalnym Domu Weselnym. Ruszyliśmy w ciemną, zimną noc mając w świadomości, że to ostatnie kilometry. Po dojechaniu rozpakowaliśmy nasze bagi, zostawiliśmy motorki pod wiatą i po szybkiej kolacji poszliśmy spać.
Czas w podróży: 6,5h,
Dystans: 255km

https://connect.garmin.com/modern/activity/15158864984

01.05.2024

Dzień 2: Puławy – Kazimierz Dolny – Szczebrzeszyn – Zamość – Jarosław – Przemyśl -Sanok

Wstajemy o godzinie 7:00 i tradycyjnie śniadanko z kawką na dobry początek dnia. Sprawność i dobra organizacja pozwala nam już o godzinie 8:00 po zrobieniu pamiątkowego zdjęcia ruszyć w drogę zapakowanymi motorkami. O godzinie 8:40 jesteśmy już w na przepięknym architektonicznie starym rynku malowniczo położonego Kazimierza Dolnego. Kręcimy się robiąc pamiątkowe zdjęcia oraz puszczając naszą Pszczółkę, która jest naszymi oczami z góry. Mijając bokiem Lublin jedziemy do następnego zaplanowanego naszego postoju a mianowicie na ruiny Pałacu w Bychawie, który z opisów i zdjęć wydawał się godny poświecenia czasu. Do przejechania na miejsce mamy około 60 kilometrów i dojeżdżamy o godzinie 10:00. Jednak nie zabawiamy długo, gdyż ruiny są mocno obrośnięte i kompletnie nieatrakcyjne. Opis w internecie jednak jest na tyle interesujący, że nie tylko my się łapiemy na atrakcyjność tego miejsca i podczas naszego krótkiego pobytu przewija się jeszcze kilka osób, które są również rozczarowane jak my. Korzystając z okazji przyjazdu pary na motocyklu pożyczam dodatkowy klucz, aby dokręcić kontrę na nakrętce od lusterka po wczorajszej wywrotce, które się luzuje. Po drodze do naszego kolejnego punktu zatrzymujemy się na stacji ORLEN na drugie śniadanko i kawę. U Pana Chrząszcza w Szczebrzeszynie meldujemy się o 11:30.  Nigdy wcześniej tu nie byliśmy, a nieduży ryneczek z chrząszczami z odlewu czy z drewna bardzo nam się podoba i robimy dużo zdjęć. Żabi skok 20km i o 12:30 jesteśmy w naszym ukochanym Zamościu. Parkujemy nasze rumaki na obrzeżach, ale jeszcze w murach starego miasta. Puszczamy Pszczółkę, a następnie spacerujemy napałając się cudownym klimatem i pięknymi kamienicami. Obowiązkowo zachodzimy na agorę z pięknym ratuszem. Główny plac w Zamościu to właśnie agora – na wzór starożytnej Grecji, miejsce zgromadzeń ludności a nie rynek, który służył głownie do handlu. Zamość w okolicy agory posiada dwa miejsca handlu czyli rynki: Rynek Wodny i Rynek Solny. Temperatura waha się cały czas w okolicach 30 stopni co ciężkie jest do wytrzymania w naszych strojach motocyklowych. Dlatego, długo schładzamy się lodami w jednej z lodziarni położonej w grubych murach kamienicy położonej bezpośrednio przy agorze. Jednak siedząc drogi nie ubywa, więc ruszamy w dalsza podróż. Po 6,5 godzinie  i 200 km od wyjazdu w dniu dzisiejszym oraz utrzymującej się wysokiej temperaturze przyszło zmęczenie i senność. Kolejne miejsce na naszej trasie to Szumy na Tanwi czyli perełka Roztocza. Rzeka Tanew uroczo meandrując pośród zielonych lasów przepływa przez progi skalne powodując małe spiętrzenia. Jednak zainteresowanie tym miejscem w długi majowy weekend jest na tak duże, że parking przy drodze pęka w szwach. My podejrzewam, nie mielibyśmy problemu z wciśnięciem gdzieś naszych motorków. Jednak przeraziła nas ta chmara ludzi na trasie do i na miejscu. Chyba nie o to chodzi w obcowaniu w takich miejscach aby nie móc zebrać myśli w hałasie tylko aby odpocząć i napałać się tym pięknem natury. Decyzja zapadła natychmiast, ruszamy dalej.  Na chwilę wytchnienia nie trzeba było długo czekać gdyż 6 km dalej, przy drodze znajduje się ogromny staw hodowlany na środku którego znajduje się wyspa połączona z lądem z jednej strony groblą a z drugiej drewnianym mostkiem a na środku znajduje się ogromna „Karczma Pod Szczęśliwym Karpiem”. To tam udajemy się w celu skosztowania rybnych pyszności, jednak okazuje się, że czas oczekiwania jest nieprzyzwoicie długi i postanawiamy finalnie spożyć nasze zapasy i ruszyć w dalszą drogę do kolejnego naszego przystanku w Jarosławiu. Aby nie kusić losu, 6 km przed Tomaszowem Lubelskim zjeżdżamy w boczną polną drogę w lesie i robimy mały biwaczek podczas którego ucinamy drzemkę. Znużeni i wykończeni temperaturą jaka panował na zwenętrz, zasnęliśmy na ściółce leśnej. Potem jedziemy na Stary Rynek, gdzie po środku placu majestatycznie pnie się ku niebu piękny ratusz w otoczeniu historycznej studni i fantastycznej fontanny, w której Sylwia prawie bierze kąpiel. Następnie jedziemy jeszcze pod dwie budowle sakralne: Klasztor oo. Dominikanów i Cerkiew konkatedralna pw. Przemienienia Pańskiego. Następnie na jednym z mniejszych zielonych placów w mieście również przy chłodzie fontanny zasiadamy i szukamy noclegu na dzisiejszą noc. Po kilku telefonach mamy zarezerwowany nocleg w Sanoku. Jest już co prawda godzina 18:00 ale postanawiamy trochę nadłożyć drogi i zajechać do naszego ukochanego Przemyśla. Z uwagi na późną porę nie informujemy już nikogo ze znajomych tylko udajemy się do jednego – Kapitana Henryka Jaskuły. A dokładnie do jego pomnika znajdującego się na starym mieście nieopodal rynku. Szukając miejsca do zaparkowania robimy kilka rundek wąskimi uliczkami starego miasta wracając wspomnieniami do naszej wcześniejszej wizyty w tym pięknym mieście-twierdzy. O 19:30 robimy sobie pamiątkowe zdjęcie z Kapitanem, tankowanie na stacji oczywiście ORLEN i ruszamy przepięknie malowniczą trasą do Sanoka. Jak się okazuje to właśnie na tej trasie znajduje się grupa najpiękniejszych i najbardziej malowniczych dla motocyklistów zakrętów. My niestety już nie doświadczamy ich uroku gdyż jest ciemno i zimno i jesteśmy maksymalnie skupieni na drodze. Spada również bardzo temperatura do tego stopnia, że musimy dorzucić kilka warstw, w tym dużo dają wkładki przeciwdeszczowe. Po dojechaniu do Sanoka, postanawiamy wjechać w pierwszej kolejności na stację paliw, w celu szybkiego wypicia ciepłej herbatki na rozgrzanie. I tutaj mamy ciekawą przygodę, otóż zawracając na stacji BP w celu pojechania na stację ORLEN nie zatrzymaliśmy się na wyjeździe na znaku STOP, było kompletnie pusto, dobra widoczność no ale stała na parkingu Policja, która to zauważyła i pojechała za nami. Na szczęście nasze wyjaśnienia wystarczyły i skończyło się bez mandatu a tylko na upomnieniu. Po wypiciu herbatki na stacji pojechaliśmy już prosto na zarezerwowaną kwaterę w Zagórzu, gdzie szybko i sprawnie się rozpakowaliśmy. Pamiętamy, że z zewnątrz wchodziliśmy bezpośrednio do małego pokoiku.
Czas w podróży: 14h,
Dystans: 410km

https://connect.garmin.com/modern/activity/15177980481

02.05.2024

Dzień 3: Sanok – Zagórze – Ursa Maior – Ustrzyki Dolne – Lutowiska – Zatwarnica – Tarnawa – Ustrzyki Górne – Cisna – Wola Sękowa u Czapli

Sanok, to miasto, które jeszcze odwiedzimy i dokładnie zwiedzimy 🙂 przepiękny Zamek Królewski/ Muzeum Historyczne, kolekcja ikon/ sztuka cerkiewna XV-XIX wieku, Galeria Zdzisława Beksińskiego, Cerkiew Św. Trójcy, Starówka i Rynek w Sanoku z nutą kuchni podkarpackiej, kościół i klasztor oo. Franciszkanów, ławeczka dobrego wojaka Szwejka (niesamowita postać w dwóch miejscach jednocześnie – Sanok i Przemyśl :-)), Skansen/ Muzeum Budownictwa Ludowego. Zatem czy warto przyjechać i zwiedzić Sanok? – Zdecydowanie TAK.

O poranku, po śniadanku ruszyliśmy na wskazane przez właścicieli lokalu miejsce znajdujące się na wzgórzu. Mianowicie były to Ruiny Klasztoru Karmelitów Bosych w Zagórzu, do których wiodła nas kręta droga otoczona krzyżami tzw. krzyżowa droga. Miejscem było conajmniej urokliwe, stąd zdecydowaliśmy się na upamiętnienie go z lotu ptaka (lot dronem). Z uwagi na sztywne ramy czasowe zmuszeni byliśmy opuścić to miejsce i ruszyć w dalszą drogę. Mieliśmy do pokonania 255 km. Przejeżdżaliśmy przez miejscowości tj. Lesko, Olszanica, Stefkowa, Ustjanowa Dolna, Ustjanowa Górna zatrzymując się w sklepie Ursa Maior (sklep.ursamaior.pl). Ursa Maior znany jest jako niezależny bieszczadzki browar (mikrobrowar), regionalne centrum sztuki, kreatywności i designu. Bieszczadzka Wytwórnia Piwa to przedsięwzięcie, zlokalizowane w Uhercach Mineralnych, między Leskiem a Ustrzykami Dolnymi. Fantastycznie spędziliśmy czas w tym wyjątkowym miejscu napałając sie widokami prac rzemieślniczych, nie omieszkaliśmy zakupić tam książkę o Bieszczadach. Niesamowita pamiątką jest działo sztuki w postaci bluzy Bieszczadzkiego Anioła, którą otrzymałam od Patryka (kosztowała fortunę). Z sentymentu zawsze kiedy jesteśmy w pobliżu, zajeżdżamy do Ursa Maior. I tak dojechaliśmy do miejscowości Ustrzyki Dolne, gdzie w pierwszej kolejności posililiśmy się hamburgerem i wypiliśmy kawę na stacji paliw Orlen. Po drodze do Lutowisk zwiedziliśmy Cerkiew św. Mikołaja w Rabem. Następnie udaliśmy się do Przystani Motocyklowej Czarna Górna ’68, do której marzyliśmy wstąpić i na własne oczy zobaczyć jak wyglądają miejsca noclegowe w drewnianych wiatach tylko dla motocyklistów. Nagraliśmy filmik, kilka fotek pamiątkowych, zakup bluzy asygnowanej napisem Przystań Motocyklowa Bieszczady Czarna Górna ’68 dla Patryka i kierunek Lutowiska. W Lutowiskach naszły nas wspominki z miejsca, gdzie spaliśmy na parkingu w aucie w dobie pandemii (okres zdobywania szczytów z DGP). Następnym przystankiem podczas Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej była Zatwarnica i Kino Końkret, do którego również mamy sentyment. Nie obyło się bez owocowej herbatki na miejscu i kilku pamiątkowych zdjęć. Przejeżdżając przez Tarnawę Niżną zainteresował nas  budynek, który był ośrodkiem uchodźców na potrzeby serialu „Wataha”. Niemniej jednak Tarnawa znana jest również jako Torfowisko Tarnawa. To niezwykłe miejsce w Dolinie Sanu na terenie nieistniejącej już wsi Tarnawa Wyżna. To jedno z kilku bieszczadzkich torfowisk udostępnionych do zwiedzania zwane bieszczadzkimi cudami, które zamierzamy następnym razem zwiedzić. Torfowisko Tarnawa znajduje się na terenie Bieszczadzkiego Parku Narodowego, a wejście na teren torfowiska jest płatny. Z pozyskanych informacji parking kosztuje dodatkowo 10 pln, a turyści zazwyczaj spędzają tutaj około 1,5 h. Długość trasy przez Torfowisko w Tarnawie wynosi 2,4 km. Pomimo, że Torfowisko Tarnawa jest położone raptem 13 km w linii prostej od Ustrzyk Górnych, to podróż na miejsce zajmie tylko ponad 30 minut. Wszystko dlatego, że droga widzie tutaj nieco naokoło. Najpierw przez wieś Stuposiany, która zwana jest bieszczadzkim biegunem zimna. Skierowaliśmy się na Muczne wprost do Zagrody Pokazowej Żubrów. W samym Mucznem wiedzie szlak na Bukowe Berdo, którego szczytu jeszcze nie zdobyliśmy oraz wieża widokowa na Jeleniowatym. W Tarnawie Niżnej mieliśmy również okazję podjechać do stanicy konnej polskich koników. Dzięki uprzejmości zarządzających zaproszono nas na obejrzenie stanicy od środka. Sama stanica była opatrzona przepięknym muralem. Fantastyczne inne zupełnie miejsce do zwiedzania, można było nawet kupić tam małe rękodzieła na pamiątkę. W końcu dojechaliśmy do Ustrzyk Górnych, miejsca, z którego ruszaliśmy na Połoninę Caryńską i Połoninę Wetlińską w ramach GSB w 2023. W Cisnej wstąpiliśmy na obiadokolację do naszego stałego miejsca nieopodal noclegu, który zarezerwowaliśmy na ten odcinek drogi w ramach GSB 2023 – Karczma Łemkowska. Właśnie tam znaleźliśmy nocleg w Woli Sękowej i właśnie tam zauważyliśmy, że już na ekranach można obejrzeć film „Śniła mi się Połonina”. Dlaczego tam? Odpowiedź jest ta sama jak co roku – Majówka. Zatem udaliśmy się w podróż ok. 50 km więcej niż zakładaliśmy pierwotnie, ale nie żałujemy. Wieś Wola Sękowa znajduje się pomiędzy Sanokiem a Duklą pod miejscowością Rymanów. Nocleg na Kamieńcach Agroturystyka Marian Czapla okazał się w pełni trafiony (tel. 13 466 42 49). Pełen spokój i komfort wypoczynku zapewnił nam organista będący zarówno bardzo praktykującym chrześcijaninem jak również okazało się, że lokalnym politykiem z ramienia PiS. Spędziliśmy wspaniały czas przy dobrej przygotowanej we własnym zakresie kolacji i lampce wina (Wilka w czerwonym kapturze).

https://connect.garmin.com/modern/activity/15192300644

03.05.2024

Wola Sękowa – Dukla – Grybów – Kryspisów/Cholerzyn

Fantastyczny pobyt „u Czapli” spowodował, że poranek przebiegał leniwie choć intensywnie tj. śniadanie, pakowanie, dodatkowo mycie pinlocków w dwóch kaskach, co stanowiło wyzwanie, z którym Patryk doskonale sobie poradził J Klimat dość ciekawy, gdyż pobyt spędziliśmy w sąsiedztwie kościoła, a to przyczyniło się, do zdalnego uczestniczenia w mszy św. Ponadto, po zakończonej mszy dom Czapli wypełniali jego goście rodzinni, dzięki czemu zapanowała fajna atmosfera. Zmierzyliśmy się z rzeczywistością i ruszyliśmy w drogę do Kryspinowa. Niby skrótem, niby TET, niby lasem, a tu niebywałe trudności przejazdowe po drodze i…. zawracamy. Decydujemy się podążać drogą asfaltową w kierunku Dukli. Pogoda była słoneczna. Dotarliśmy do Sanktuarium św. Jana z Dukli. Zaparkowaliśmy nasze moto-rumaki na parkingu i zrobiliśmy krótki spacerek podziwiając architekturę budynku. Klasztor oo. Bernardynów w Dukli powstał w 1741 r. Fundatorem był właściciel miasta Józef Wandalin Mniszech. Klasztor i kościół są głównym miejscem kultu św. Jana z Dukli, świątobliwego zakonnika bernardyńskiej prowincji z XV w. Po II wojnie światowej zostały tu przewiezione ze Lwowa główne relikwie Świętego. Od 2009 r. kościół cieszy się statusem sanktuarium na prawach diecezjalnych. Dukielski klasztor stał się centralnym miejscem kultu św. Jana po tym, jak trumna z relikwiami świętego została sprowadzona w 1946 r. ze Lwowa do Rzeszowa, a następnie, w 1974 r. do Dukli. Została ona umieszczona w specjalnie przygotowanej kaplicy. W dniach 9-10 czerwca 1997 r. ziemię dukielską nawiedził Jan Paweł II. 9 czerwcaodwiedził sanktuarium, a następnego dnia podczas mszy św. w Krośnie dokonał aktu kanonizacji św. Jana z Dukli. Zawsze chętnie wracamy do Dukli, bardzo miło nam się kojarzy to miejsce. Na nas już czas i ruszamy w dalsza drogę. Tym razem kierujemy się na Limanową przez miejscowość Lipinki, w której zatrzymaliśmy się, aby zobaczyć w jaki sposób eksploatuje się ropę naftową otworami wiertniczymi, w tej okolicy bardzo licznymi. Niesamowite przeżycie mając je w zasięgu ręki J Wieś Lipinki istnieje od 1860 i jest jedną z najstarszych w Polsce kopalni ropy naftowej, wieś założył w 1363 król Kazimierz III Wielki. Poszukiwania ropy rozpoczęto w 1860 w zachodniej części wsi i wtedy staraniem Jadwigi Straszewskiej i Ksawerego Stawiarskiego zorganizowano pierwszą kopalnię. Niedługim później Stawiarski wybudował rafinerię, która pod kierownictwem dr. chemii Stefana Bartoszewicza jako pierwsza w Polsce rozpoczęła produkcję parafiny. Pod koniec XIX wieku w Lipinkach były dwie kopalnie ropy posiadające blisko 200 szybów i rafinerię o zdolności produkcyjnej około 6 tys. ton. Rafineria i część kopalni została zniszczona w czasie I wojny światowej przez wojska austriackie. Rafineria nie została później odbudowana, natomiast działa kopalnia. Na początku XXI wieku powrócono do poszukiwań węglowodorów w rejonie Lipinek. W latach 2006–2010 niemiecka firma RWE Dea wykonała dwa odwierty położone we wschodniej części Lipinek o nazwie „Pola-1” i „Pola-2” o planowanych głębokościach odpowiednio 3500, 2400 m. Prace poszukiwawcze kontynuowano w następnych latach. W 2016 spółka Orlen Upstream w ramach przedsięwzięcia projektowego poszukiwawczo-wydobywczego węglowodorów o nazwie „Karpaty” zrealizowała odwiert o nazwie „Lipinki-OU1”. Zmęczenie nas dopadło i niemiłosierny głód. Zatrzymaliśmy się z miejscowości Grybów na Starym Rynku. W miłej atmosferze i w słonecznej pogodzie pod parasolem J zajadaliśmy pyszną pizzę, mniam…. Tuż obok była możliwość zakupu lodów, co uczyniliśmy bez wahania. Potem podjechaliśmy pod Zamek Stara Baśń zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie, następnie ruszyliśmy w kierunku Limanowej. Trasę, którą wybrał Patryk nie da się opisać, trzeba to przeżyć. Tak malowniczego krajobraz nie widziałam. Widoki, które się wokół nas roztaczały zapierały dech w piersiach. Z uwagi na zmęczenie i silną potrzebą odpoczynku łącznie z drzemką, zatrzymaliśmy się w przydrożnej zatoczce (ok. 20 km za Nowym Sączem przed Limanową). Tam znajdowała się fantastyczna wiata z przepięknym widokiem na Tatry. Patryk nie odmówił drzemki na ławce, ja usilnie próbowałam zasnąć, ale myśl o krajobrazie, który za chwilę zniknie z mego pola widzenia doprowadziła do tego, że oddaliłam się od miejsca odpoczynku i rozmarzyłam się na zawsze… W Wieliczce zatrzymaliśmy się w McDonalds na pyszna kawkę stwarzająca możliwość postoju i odpoczynku. Z uwagi na bardzo słoneczne dni podróż nas co chwilę nuży. Niemniej jednak szczęśliwi i pełni optymizmu dojeżdżamy na miejsce, czyli Kryspinów Ośrodek Navigare. Witamy się z zaprzyjaźnionym Mateuszem i jego ekipą, parkujemy motocykle na trawie, nierównym i pochyłym terenie ośrodka. Idziemy na ognisko, które ku naszej uciesze przebiega w niezwykle miłej atmosferze przy kiełbasce, kaszaneczce i piwku 🙂 Bawimy się do północy i lądujemy w łóżeczku w przyczepie kempingowej, którą Mateusz nam udostępnił na czas pobytu. To były fantastyczne chwile.

Babia Góra w zimowej odsłonie na Święto Niepodległości

11 listopada to data symboliczna. Jedni świętują na marszach, inni biegną w zawodach, a my? My po przedwczorajszym biegu postanowiliśmy sprawdzić, czy Królowa Beskidów przyjmie nas łaskawie w ten jesienno-zimowy dzień.
Tym razem poranek był wyjątkowo leniwy. Wstawaliśmy niespiesznie, z lekką nutą niepewności co do składu ekipy. Mama szybko rozwiała wątpliwości, stwierdzając, że to nie jest jej dzień na górskie wyrypy. Szanujemy to – góry mają sprawiać radość, a nie być obowiązkiem. Ruszamy więc we dwoje: szybka kawka, śniadanie, pakowanie plecaków i w drogę.

Start: Przełęcz Krowiarki (1012 m n.p.m.)
Na szlak ruszamy chwilę przed 11:00. Sam dojazd z naszej bazy zajął nam zaledwie 20 minut. Auto zostawiamy na popularnym (i niestety drogim – 30 zł za dzień) parkingu na Przełęczy Krowiarki. Chcieliśmy zajrzeć do sklepiku po pamiątki, ale ceny skutecznie ostudziły nasz zapał. Z pustymi rękami, ale pełni energii, wbijamy pieczątki do książeczek i ruszamy czerwonym szlakiem (Główny Szlak Beskidzki) w stronę szczytu.

Etap 1: Przez las na Sokolicę (1367 m n.p.m.)
Droga nie daje taryfy ulgowej – od razu zaczyna się dość ostre, strome podejście. Pierwszy cel to Sokolica. Choć to dopiero 1/3 dystansu, to pokonujemy tu prawie połowę przewyższenia. Pogoda na dole nas rozpieszcza – typowa, przyjemna wczesna jesień. Jest na tyle ciepło, że szybko zrzucamy warstwy, żeby się nie przegrzać. Idziemy mądrze – robimy krótkie przerwy, by wyrównać oddech. Ten odcinek w osłonie lasu zajmuje nam 50 minut.

Etap 2: Kępa i zmiana krajobrazu (1521 m n.p.m.)
Kolejny przystanek to Kępa. Docieramy tu po 30 minutach od Sokolicy. Warunki wciąż są stabilne, zmęczenia brak. To właśnie tutaj zaczyna się magia Babiej Góry – wychodzimy z lasu w piętro kosodrzewiny. Drzewa karłowacieją, a widoki (teoretycznie) się otwierają.
To kluczowy moment naszej wyprawy: Strategiczny postój na przebranie. Zanim wyjdziemy na otwartą przestrzeń, zmieniamy przepoconą odzież na suchą i docieplamy się. To była najlepsza decyzja dnia! Dzięki temu dalszą, wietrzną zazwyczaj część trasy, pokonujemy w pełnym komforcie termicznym.

Etap 3: Gówniak i wejście w chmury (1617 m n.p.m.)
Po dwóch godzinach od startu meldujemy się na szczycie o uroczej nazwie Gówniak. Tutaj żarty się kończą – a zaczyna zima. Jak widać na naszych zdjęciach, słupek szczytowy pokryty jest już szadzią, a pod butami chrzęści śnieg. Wchodzimy w niskie chmury, które kradną nam widoki, ale w zamian dają niesamowity, tajemniczy klimat.
Ciekawostka: Zastanawialiście się kiedyś, skąd nazwa „Gówniak”? Nie ma ona nic wspólnego z dziećmi! Wywodzi się z czasów pasterskich, kiedy na tych wysokościach wypasano woły. „Wołowe Skałki” były miejscem, gdzie zwierzęta zostawiały po sobie… no właśnie, naturalny nawóz.

Szczyt: Diablak (1725 m n.p.m.) – Kapryśna Królowa łaskawa jak nigdy
Ostatnie 20 minut to marsz po gołych skałach i jedno bardziej strome podejście. W końcu jest! Diablak. To nasze piąte wejście na ten szczyt, ale pierwsze w tak specyficznych warunkach.
Jest biało, mroźnie i mgliście. Ale stał się cud – na Babiej Górze, znanej jako „Matka Niepogód”, jest całkowicie bezwietrznie. To ewenement! Zazwyczaj urywa tu głowę (jak przy poprzednich naszych wizytach), a my mogliśmy spokojnie nacieszyć się chwilą, zrobić zdjęcia przy oblodzonym słupku i zjeść zasłużony posiłek. W menu: banany i domowa suszona wołowina przygotowana przez Sylwię (sztos!).

Z pewnym żalem, ale i rozsądkiem, ruszamy w dół. Mimo że nasze wyjście było późne, czuliśmy się bezpiecznie, wiedząc, że zejdziemy przed zmrokiem. Po drodze mijaliśmy turystów dopiero idących na szczyt – czy byli przygotowani na nocne powroty? Mamy nadzieję, że tak, choć wyglądało to ryzykownie.

W dół lecimy jak na skrzydłach. Na Przełęczy Krowiarki meldujemy się z czasem 4 godziny i 2 minuty (całość trasy). To nasz życiowy rekord na tym odcinku, zrobiony zupełnie „przy okazji”, bez napinki.
Wnioski? Kondycja jest lepsza, niż sądziliśmy a Babia Góra, nawet bez widoków na Tatry, potrafi zachwycić mroźnym klimatem.

Informacje praktyczne – Szlak na Babią Górę
Trasa: Przełęcz Krowiarki – Sokolica – Kępa – Gówniak – Babia Góra (Diablak) – powrót tą samą drogą.
Kolor szlaku: Czerwony (Główny Szlak Beskidzki).
Dystans: ok. 9,5 km (w obie strony).
Suma podejść: ok. 720 m.
Parking: Przełęcz Krowiarki (płatny, ok. 30 zł/dzień). Warto być rano, w weekendy szybko się zapełnia.
Bilety wstępu: Babiogórski Park Narodowy (można kupić online lub w budce przy wejściu).
Wybierając się na Babią Górę jesienią i zimą, pamiętajcie o warstwach. Na dole może być ciepło (jak u nas), a na górze panować zima. Zawsze miejcie w plecaku suchą koszulkę na zmianę, czapkę, rękawiczki i kurtkę przeciwwiatrową. Szlak powyżej granicy lasu jest bardzo eksponowany!

Wiedzieliście, że…? Choć Babia Góra jest znana jako „Matka Niepogód” i słynie z wichur, nasz 11 listopada był wyjątkowo spokojny. Mieliśmy szczęście! A sam szczyt, na którym staliśmy, to tak naprawdę Diablak, najwyższy punkt w całych Beskidach Zachodnich natomiast nazwa Babia Góra odnosi się do całego masywu. Szczyt Diablaka leży dokładnie na granicy polsko-słowackiej. Cały masyw jest objęty ochroną i stanowi Babiogórski Park Narodowy, który ze względu na unikalne piętra roślinne (od lasów po piętro kosodrzewiny i murawy alpejskie) został wpisany na listę Światowych Rezerwatów Biosfery UNESCO. Według jednej z legend Diablak to resztki zamku, który budował diabeł dla babki-czarownicy. Gdy słońce wzeszło, budowla runęła, tworząc stertę kamieni – dzisiejszy szczyt.
Z kolei charakterystyczny, duży kamienny mur na szczycie (za którym i my nie raz się chowaliśmy), to pozostałość po historycznej funkcji – służył jako schronienie przeciwwiatrowe. Znajduje się tam również kamienny ołtarz poświęcony Janowi Pawłowi II oraz pamiątkowa tablica upamiętniająca pomiary geodezyjne i historyczne wydarzenia.

Czupel – jesienna wyprawa na najwyższy szczyt Beskidu Małego

Rankiem, po śniadaniu i filiżance kawy, ruszyliśmy w stronę szczytu Czupel – 930 m n.p.m., zaliczanego do Korony Gór Polski i będącego najwyższym punktem Beskidu Małego. Samochód zostawiliśmy w centrum Międzybrodzia Bialskiego, na parkingu przy sklepie Lewiatan, gdzie wygodnie mogliśmy się przepakować i przygotować kijki oraz ciepłą odzież na chłodny, jesienny dzień.​

Szlak czerwony prowadzi od samego początku równomiernie pod górę, przez bukowo-świerkowy las, którego ściółka pokryta była wilgotnymi liśćmi po wcześniejszych opadach. Pomimo kapryśnej pogody – lekkiego deszczu i 7 stopni C – warunki były idealne do spokojnej, jesiennej wędrówki.

Regularne odpoczynki pozwalały na uniknięcie przegrzania, choć rozbieranie się z kolejnych warstw było konieczne już od pierwszego podejścia.​ Tempo marszu wyznaczała Sylwia, a mama, idąc własnym rytmem, pokazała, że nie zwalnia grupy. Na trasie spotykaliśmy pojedynczych turystów, cieszących się urokami jesieni w Beskidzie Małym.

Ostatnie metry przed szczytem to przełęcz Pod Czuplem (872 m), gdzie czerwony szlak skręca w prawo i łączy się z niebieskim, stanowiącym finalny odcinek na wierzchołek. Droga była kamienista, śliska i pokryta wilgotnymi liśćmi, wymagając od nas szczególnej ostrożności. Na szczycie powitał nas tłum turystów i charakterystyczna tabliczka – choć miejsce nie słynie z panoramicznych widoków, cieszy się dużą popularnością ze względu na przynależność do Korony Gór Polski.​

Na wierzchołku przybiliśmy pieczątki do książeczek – z wyjątkiem mamy, która nie zabrała książeczki KGP w ferworze pakowania na wyjazd. To pretekst do powrotu na tę trasę w przyszłości!

Droga powrotna, po przebraniu się w suche i ciepłe ubrania, okazała się wymagająca – zwłaszcza ze względu na wilgotne liście i mało stabilne podłoże. Jednak czas szybko minął, a trasę o łącznej długości 7 km i przewyższeniu 600 m pokonaliśmy w trzy godziny.​

Informacje praktyczne:
Wybierz dzień o chłodnej pogodzie – unikniesz przegrzania podczas podejścia.
Dobierz odpowiednie buty – szlak jesienią jest śliski, wymaga stabilnego obuwia z bieżnikiem.
Zabierz kijki – pomogą przy stromym i śliskim zejściu.
Sprawdź wyposażenie przed trasą – nie tylko pieczątka, ale też ciepłe ubrania i przekąski (my zabraliśmy suszą wołowinę i jabłka przygotowane przez Sylwię jeszcze przed wyjazdem, hmmm, mniam … mniam).
Na szczycie może być tłoczno – dla pamiątkowego zdjęcia przygotuj się na chwilę oczekiwania.

Podsumowanie:
Czupel to idealny cel na jesienną lub wiosenną wycieczkę – nie tylko dla kolekcjonerów szczytów Korony Gór Polski, lecz także dla miłośników beskidzkiej natury i relaksu w lesie. Umiarkowana trudność, malownicze bukowe lasy i przyjemna atmosfera na szlaku sprawiają, że trasę warto powtórzyć – choćby po pieczątkę do książeczki KGP!

XI Charytatywny Bieg Niepodległości w Zembrzycach

W sobotę przed południem ruszyliśmy do Zemborzyc, gdzie czekał na nas pierwszy start w zorganizowanym biegu. Droga z miejsca naszego pobytu zajęła około 25 minut, a na miejscu wszystko było przygotowane wzorowo – odbiór pakietów startowych przebiegł szybko i bezproblemowo. Wpisowe 80 zł gwarantowało numer startowy (Sylwia 882, ja 881), ubezpieczenie oraz drobne upominki, m.in. przyprawy, baton, woda, breloczek a do wyboru był kubek termiczny lub parasolka.

Gdy przymocowaliśmy chipy do sznurówek, ruszyliśmy na krótki rekonesans trasy i marszową rozgrzewkę. Następnie o 12:50 odbyło się uroczyste otwarcie biegu – śpiewanie hymnu, wspólna rozgrzewka pod opieką prowadzącej i krótkie przemówienia organizatorów. Ta sportowa atmosfera dodała nam energii i podniosła poziom motywacji.

O godzinie 13:00 stanęliśmy na starcie. Zdecydowaliśmy biec wolnym tempem, traktując ten bieg przede wszystkim jako sprawdzian i przygodę. Początkowe 6:10 min/km okazało się jednak zbyt szybkie dla nas – puls skoczył do ponad 150 ud./min, a zmęczenie przyszło bardzo szybko. Po niespełna 1,5 km dopadł mnie dokuczliwy ból w pachwinach, który zmusił do chwilowego przejścia do marszu, jednak ból przy bieganiu i chodzeniu był niemal taki sam, więc wróciłem do biegu. Sylwia wspierała mnie bez przerwy, mimo że prosiłem ją, by biegła swoim tempem.
Na 3. kilometrze pojawił się lekki skurcz w prawej łydce, który na szczęście szybko ustąpił. Ostatecznie przyjęliśmy strategię, że ból pachwin podczas biegu jest bardziej znośny niż przy marszu – tak dobiegliśmy ostatni kilometr. Na stadionie czekała na nas mama, dokumentując ostatnie chwile biegu zdjęciami. Ostatnie metry pozwoliły nawet na wyprzedzenie dwóch zawodników i finisz z czasem 48:29 (pełne wyniki dostępne tutaj).
Po przekroczeniu mety odebraliśmy pierwsze w życiu medale z biegu masowego, co było dla nas ogromnym przeżyciem. Uzupełniliśmy płyny, przebraliśmy się w suche ubrania, a potem udaliśmy się na ciepły żurek i słodkie gofry serwowane dla uczestników. Nie czekaliśmy na oficjalne zakończenie, bo chłód zaczął doskwierać, ale wracaliśmy do domu pełni radości i nowej motywacji.

To był wyjątkowy i wartościowy debiut biegowy – pokazujący, że nie wynik, a wspólne przeżywanie i radość z ruchu są najważniejsze. Z niecierpliwością czekamy na kolejne starty!

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén