Nasza mikołajkowa przygoda zaczęła się tak naprawdę już w sobotę. Aby uniknąć porannej nerwówki i stresu związanego z dojazdem na ostatnią chwilę, podjęliśmy decyzję: ruszamy dzień wcześniej! Sobotę zaczęliśmy od szybkiego pakowania – zarówno mojego, jak i Miłosza (Sylwia jak zwykle była gotowa już wcześniej niż my). Jeszcze tylko obowiązkowa kawka z Sysią przed wyjazdem i około 13:30 startujemy w kierunku Mrągowa.
Droga minęła nam sprawnie i przyjemnie – 2,5 godziny jazdy urozmaiciliśmy jedynie dwoma krótkimi postojami na stacji (bo kawa w trasie smakuje najlepiej!). Na miejscu, u Zbyszka, jak zwykle czekało nas ciepłe powitanie. Po chwili rozmowy ruszyliśmy jeszcze na szybkie zakupy do pobliskiego sklepu, żeby zaopatrzyć się w niezbędne produkty na kolację i biegowe przekąski.
Po powrocie podział obowiązków był prosty i sprawiedliwy: ja ze Zbyszkiem zajęliśmy się… strategicznymi rozmowami przy stole, natomiast Sylwia i Miłosz przejęli stery w kuchni. Poszło im błyskawicznie! Na stole wylądowało pyszne tagliatelle z kurczakiem i sosem curry. Ładowanie węglowodanów przed biegiem zaliczone wzorowo!

Szefowie kuchni spisali się na medal! Tagliatelle curry z kurczakiem – idealne paliwo przed startem.
Wieczór upłynął nam na wspólnych pogaduchach, ale szanując siły przed startem, Zbyszek zarządził koniec integracji już o 22:00. My przenieśliśmy się na dół do naszego pokoiku, gdzie postanowiliśmy się zrelaksować przy kinie domowym. Wyboru dokonał Miłosz i był on w dziesiątkę (film „Wąwóz” na AppleTV). Seans zakończyliśmy równo o północy i grzecznie poszliśmy spać. Musieliśmy być wypoczęci przed jutrzejszym wysiłkiem.
Niedzielny poranek, godzina 9:00. Budziki właściwie nie były potrzebne – adrenalina obudziła nas skuteczniej niż dzwonek! Wszyscy czuliśmy to przyjemne podekscytowanie, które towarzyszy startom, ale dzisiejszy dzień był szczególny. Dla Sylwii i Miłosza to absolutny debiut w zorganizowanych zawodach na dystansie 10 km, a Zbyszek – po naszych skutecznych namowach – postanowił dołączyć, by dotrzymać nam towarzystwa (dla niego po ostatnich maratonach to niedzielny spacerek). Ekipa w komplecie!
Dzień zaczynamy od klasyki gatunku, czyli śniadania biegacza. Na stole lądują białe bułki z masłem i dżemem – paliwo musi być! Jedynie Sylwia wyłamuje się ze schematu, stawiając na lekkość: jogurt z bananem. O 10:00, spakowani i z nastawieniem „byle do mety … i to z uśmiechem!”, ruszamy w kierunku Mikołajek.
Pogoda? Jak na grudzień – łaskawa! Chłodniej niż wczoraj, termometry pokazują 4 stopnie na plusie, ale najważniejsze wiadomości są dwie: nie pada i nie ma lodu. Warunki do biegania idealne.

Gotowi do startu! Humory dopisują.
Na miejscu wita nas tłum biegaczy. Mimo sporego parkingu, wolne miejsca znikają błyskawicznie, ale udaje nam się zaparkować. W biurze zawodów czeka nas małe zaskoczenie – kolejka po pakiety jest imponująca! Wygląda na to, że frekwencja przerosła najśmielsze oczekiwania organizatorów. Cierpliwość jednak popłaca. Odbieramy nasze zestawy: numery startowe, chipy, pamiątkowe koszulki, worki, izotoniki, wafelki i – co najważniejsze w tym dniu – czapeczki Świętego Mikołaja!
Szybkie przebranie, przypięcie numerów, zbędne rzeczy lądują w aucie i… orientujemy się, że czasu na rozgrzewkę zostało niewiele. Kilka wymachów, trucht i już ustawiamy się w strefie startowej.
Punktualnie o 11:45 rozlega się sygnał startu! Ruszamy na trasę Mikołajkowej Dyszki.

Ramię w ramię na trasie. Nie liczy się czas, liczy się wspólna zabawa!
Nasza taktyka była prosta: nie jesteśmy tu po życiówki, jesteśmy tu dla frajdy. Startujemy z tyłu stawki, pilnując, by nie dać się ponieść emocjom i nie spalić na początku. Szybko weryfikujemy tempo – jest równe, komfortowe dla całej naszej czwórki i, co najważniejsze, pozwala na swobodne rozmowy!
Kilometry, które początkowo mijały powoli, z każdą minutą zaczęły uciekać coraz szybciej. Biegło się fantastycznie! Zamiast walki o oddech, mieliśmy czas na podziwianie widoków, żarty i kręcenie pamiątkowych filmów. Zanim się obejrzeliśmy, 1/3 dystansu była już za nami. Punkt zwrotny przy malowniczym Jeziorze Łukajno był momentem przełomowym – teraz już prosto do mety!
Druga piątka minęła błyskawicznie, głównie dzięki świetnej atmosferze i rozmowom. Na trasie czekały punkty z napojami – ciepłe, zimne, do wyboru do koloru. Kiedy zobaczyliśmy znacznik ostatnich 800 metrów, wiedzieliśmy, że to zrobiliśmy. Wykonaliśmy honorową pętlę i wspólnie, ramię w ramię, wpadliśmy na linię mety!
Satysfakcja? Ogromna! Nie tylko dlatego, że ukończyliśmy bieg, ale dlatego, że zrobiliśmy to razem, wspierając się na każdym kilometrze.
Na mecie czekała na nas nagroda – przepiękne, ciężkie medale z motywem Mikołaja-pirata za sterem. Robią wrażenie!

Mikołajkowa ekipa w komplecie. Energia nas nie opuszczała ani na moment


Debiutanci z trofeami! Sylwia i Miłosz – wielkie brawa za pierwszą oficjalną dychę!

Takie cudo zawisło na naszych szyjach. Kawał solidnego żelastwa!
Po wysiłku przyszedł czas na zasłużoną regenerację. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania – do wyboru zupa ogórkowa albo barszczyk z pasztecikami, a na drugie danie pulpety lub regionalne kartacze. Oczywiście nie zabrakło też ciasta, bo bilans kaloryczny musi się zgadzać!

Uzupełnianie kalorii i analiza biegu przy stole. Zasłużony posiłek smakuje najlepiej!
Chwila odpoczynku, ostatnie pamiątkowe zdjęcia, uzupełnienie płynów i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku (i pełnymi brzuchami) spakowaliśmy się w drogę powrotną do Mrągowa.
To był świetny dzień, pełen pozytywnych emocji i sportowego ducha. Mikołajki zdobyte, a my wracamy bogatsi o nowe doświadczenia i piękne medale do kolekcji!

Do zobaczenia na kolejnych startach!





