Ostatnim szczytem tego dnia jak również podczas naszego wyjazdu był zaplanowany Lubomir. Pieczątkę zgodnie z informacją na stronie zdobyliśmy u sołtysa wsi Majdówki. Następnie ruszyliśmy na szlak zielony, gdyż jest on najszybszą drogą na szczyt. Trasa jednak mało uczęszczana, bo mało wydeptana i niestety przeoczyliśmy odbicie z polnej drogi szlaku. Nie chcieliśmy już tracić czasu na powroty do miejsca obicia szlaku więc poszliśmy przełajem, aby dojść do zielonego szlaku. Na szczęście podejście pomimo, że bardzo strome nie było mocno zalesione, więc nie musieliśmy się przedzierać. Dalej już byliśmy bardziej uważni i dotarliśmy na szczyt bez żadnych dodatkowych niespodzianek. Na szczycie wyłoniło się na piękne obserwatorium i wieża widokowa. Bardzo ubolewaliśmy, że obserwatorium było nieczynne, bo chętnie byśmy je zwiedzili. Nie spędzamy dużo czasu na samym szczycie, gdyż planujemy zjeść już coś na dole, a tutaj weszliśmy na lekko bez plecaków. Zejście nie sprawiło nam już żadnych niespodzianek i poszło sprawnie. Po dojściu do auta podjechaliśmy na najbliższy przystanek autobusowy i przygotowaliśmy sobie oscypki z żurawiną podgrzane nad palnikiem kuchenki. Po jedzonku ruszyliśmy w stronę domu żegnając łaskawe dla nas góry ale mam nadzieję, że nie na długo.
W drodze powrotnej po zdobyciu Rys i regeneracyjnym wypoczynku w hotelu w Nowym Targu postanawiamy w ramach rozchodzenia, aby nie było zakwasów zdobyć jeszcze dwa szczyty tak aby przy kolejnych szczytach nie musieć nadrabiać kilometrów wracając w te strony. Pierwszy z nich to Mogielica, która nie ma za dużo przewyższeń a i nie jest długa. Oczywiście pod warunkiem, że dojedzie się na parking wskazany przez innych. Jednak okazuje się, że to nie takie proste i nawigacja prowadzi nas zupełnie od niewłaściwej strony, czego niestety dowiadujemy się już później. Właśnie dlatego mamy nieco dalej i dłużej niż zaplanowaliśmy. Na szczęście pogoda i humory dopisują więc szybko udaje się nam znaleźć na szczycie. Na miejscu jest już kilka osób, a więc postanawiamy nie wydłużać naszego pobytu i zrobić sobie odpoczynek w ustronnym miejscu gdzieś na powrocie. Wybór pada na skąpaną w promieniach słońca łąkę gdzie rozpościera się fantastyczny widok na Tatry. Leżymy, odpoczywamy i napawamy się pięknymi widokami. Szczęśliwi po powrocie do auta jedziemy na kolejny szczyt – Lubomir.
Nadchodząca jesień goniła nas i wiedzieliśmy, że jak nie pospieszymy się i nie zrobimy najwyższego szczytu jak najszybciej to później będzie tylko gorzej. Pierwszy termin wypadł z grafiku ze względu na pogodę, która zmieniła się na deszczową, a więc w skałach niebezpieczną. Siedzieliśmy i obserwowaliśmy meteogramy, aż wreszcie pojawiło się okno pogodowe pozwalające na bezpieczne podejście z pięknymi widokami w słońcu. Spakowani byliśmy już wcześniej, więc pozostało tylko się zorganizować i wyjechać, z czym też nie mamy problemów. Wyjazd zaraz po regatach, które sędziowaliśmy w Nowym Duninowie „Wisła Sailing Days”. Na miejsce noclegu po słowackiej stronie dojeżdżamy późnym wieczorem, więc nie ma już na nic czasu tylko szybkie spanie i wczesnoporanna pobudka no i w drogę… O godzinie 7:00 parkujemy auto i ruszamy na szlak. Poranek jest chłodny, ale to dobrze, bo lekko i rześko się idzie. Początkowo drogą asfaltową, później przez las szlakiem czerwonym. Pierwszy odpoczynek robimy przy rozejściu szlaków przy Popradzkim Jeziorku, nieopodal schroniska. Następnie szlakiem niebieskim do rozejścia się szlaków Nad Żabim Potokiem, gdzie przeskakujemy na czerwony szlak, który prowadzi już na sam szczyt. Droga początkowo prowadzi przez las, następnie przez pola kosodrzewiny, aby później przejść w lite skały, gdzie pojawiają się przeszkody i ekspozycje, które są zabezpieczone sztucznymi ułatwieniami w postaci trapów, czy drabinek. Szlak jest bardzo malowniczy a pogoda wręcz wymarzona na taką wycieczkę. Po godzinie 11:00 zatrzymujemy się w schronisku Chata pod Rysami, które jest najwyżej położonym schroniskiem w Tatrach i przybijamy pamiątkowa pieczątkę w książeczce KGP. Na szczycie jesteśmy chwilę przed godziną 13:00 i czekamy w kolejce, aby zrobić pamiątkowe zdjęcie na samym szczycie przy znaku granicznym. Następnie chwila przerwy i ukontentowania celebrowana czekoladą Temblerone kupioną specjalnie na tą okazję. Słońce i wysokość daje się nam we znaki dlatego bez zbędnej zwłoki zarządzamy odwrót. Po drodze robimy jeszcze kilka postojów z odpoczynkami i po 9 godzinach od wyruszenia na szlak wracamy do auta. Nocleg mamy zarezerwowany w Nowym Targu w hotelu (bardzo dobra cena) gdzie zamówiliśmy pokój z wanną w łazience, aby wygrzać zmęczone mięśnie. Wieczór celebrujemy przy grzanym winku, przeglądaniu zdjęć z wyprawy i wspominkach. Uświadamiamy również sobie, że od teraz będzie już tylko łatwiej. Dzięki zdobyciu Rys w kolorowych barwach maluje się szybkie zakończenie zdobywania KGP, nawet jeszcze w tym roku.
Szósty nasz szczyt w ramach KGP a dla Miłosza czwarty. Na szczyt ruszamy zaraz po zdobyciu szczytu Rudawiec. Jednak ta trasa jest dużo łatwiejsza, przyjemniejsza i mniej wymagająca niż na Rudawiec dlatego traktujemy to niemal jak odpoczynek szybko ją pokonując. Na szczecie atmosfera piknikowa, dużo ludzi całymi rodzinami wybrało to miejsce na odpoczynek. My również chwilę tu spędzamy, a po wbiciu pieczątki i pamiątkowym zdjęciu wracamy do auta. Po powrocie do auta robimy piknik w okolicy nad rzeczką Biała Łądecka i zajadamy obiad przygotowany na miejscu z lifiozy. Chwila wytchnienia jest kojąca, bo zaraz musimy wskakiwać do auta i jeszcze dzisiaj wracamy do domu.
Piąty nasz szczyt w ramach KGP a dla Miłosza trzeci. Parkujemy w Bielicach pod „Chatą na końcu świata”. Nazwa adekwatna do miejsca, gdyż w Bielicach kończy się już droga i nie można dalej pojechać, przynajmniej legalnie. Z tego miejsca jest możliwość zdobycia dwóch szczytów z KGP – Rudawca i Kowadła, i tak też zamierzamy zrobić. Ruszamy łączonym szlakiem zielono-niebieskim. Niestety zagadujemy się i idziemy jak stado owiec za innymi ludźmi prosto niebieskim szlakiem i nie zauważamy odbicia na szczyt zielonego szlaku. Dlatego musimy wrócić do rozgałęzienia szlaków, a przez to nadrabiamy około dodatkowych 4 km. Zwłaszcza w Miłoszu budzi to niezadowolenie i mamy małe problemy, niemniej jednak udaje się kontynuować wycieczkę. Aby odciążyć synka chowam mu jego plecak w krzakach, bo będziemy wracać tą samą drogą, więc zabierzemy go w drodze powrotnej a nie będzie musiał go dźwigać. Po wejściu w Rezerwat Śnieżnej Białki dalszy przebieg szlaku jest już po prawie płaskim terenie i przez spowalniacze w postaci całych pól jagód. Tez odcinek jest na prawdę urokliwy i sprawia nam dużo przyjemności. Na szczycie obowiązkowo stempelek i zdjęcie do KGP. Powrót mija już w dużo lepszej atmosferze i dzięki temu mija bardzo szybko. Po zejściu bez odpoczynku lecimy na kolejny szczyt – Kowadło.
Nasz czwarty szczyt z KGP, a Miłosza to już drugi 🙂. Podjeżdżamy na parking, z którego ruszamy na szlak. Na naszej trasie jednak jest jeszcze jedna bardzo ciekawa atrakcja a mianowicie zwiedzanie Jaskini Niedźwiedziej. Mamy małe problemy z biletami, bo nie ma już miejsc, ale Sylwii udaje się wynegocjować i zostajemy wpuszczeni całą nasza trójką. Jaskinia robi na nas ogromne wrażenie i jesteśmy zachwyceni jej zwiedzaniem i nie żałujemy ani czasu ani pieniędzy. Po wyjściu ruszamy już prosto na szczyt, ale z kilkoma postojami po drodze. Szlak początkowo do schroniska PTTK Na Śnieżniku wiedzie szeroką drogą. Pod schroniskiem robimy dłuższy postój na zdjęcia i posiłek. Miłosz zabrał wojskową rację żywnościową i teraz nią dzieli i zarządza. Dalsza droga już jest trochę bardziej stroma i wymagająca, w tym po skałach. Największym utrudnieniem jednak okazują się rosnące przy szlaku jagody. To one nas najbardziej spowolniają 🙂. Kilka razy zatrzymujemy się podziwiać rozpościerające się widoki, których piękna fotografie nie są w stanie oddać. Sam szczyt to rozległa polana, na której rozbijamy mały obóz na odpoczynek z jedzeniem. Do tego bałagan w związku z odbudową wieży widokowej. Trochę wietrznie więc nie przedłużając po odpoczynku udajemy się w drogę powrotną, która przez jagody się nieco wydłuża, bo schodzimy ze szlaku za Miłoszem, który za coś złapał focha i poszedł prosto zamiast skręcić. Nie mniej pogoda jest słoneczna i ciepła a więc dochodzimy do schroniska od innej strony i mamy ciekawy spacer. Po dojściu do auta udajemy się na nocleg do agroturystyki „Ranczo Kruszynki” zlokalizowanej w Kamienicy koło Stronia Śląskiego.
Biskupia Kopa stała się dla nas symbolem nowego etapu. To nasz trzeci szczyt do Korony Gór Polski, ale pierwszy, który zdobyliśmy wspólnie z Miłoszem. Wyścig z czasem, poszukiwanie pieczątek i majestatyczny zachód słońca – tak zaczęliśmy nasz intensywny weekend w Górach Opawskich i Sudetach Wschodnich.
Plan był ambitny: prosto z pracy i szkoły ruszamy w stronę Jarnołtówka, by jeszcze w piątek zdobyć najwyższy szczyt Gór Opawskich. Przed nami weekendowy maraton – w planach mamy aż cztery szczyty (Biskupia Kopa, Śnieżnik, Rudawiec i Kowadło), ale to dzisiejsze wejście było kluczowe. Chcieliśmy pokazać Miłoszowi, że góry to nie tylko wysiłek, ale przede wszystkim niesamowita przygoda.
Zaczęło się od małego stresu organizacyjnego. Czytaliśmy, że na szczycie może być problem z pieczątką, więc postanowiliśmy „zabezpieczyć się” już w dolinie. Krążenie po miejscowościach i walka o każdą minutę światła dziennego dały nam w kość, ale udało się – pieczątka z lokalnej knajpki wylądowała w książeczkach! Aby maksymalnie skrócić podejście i zdążyć przed mrokiem, wybraliśmy wariant od strony czeskiej.
Szybki marsz opłacił się podwójnie. Po pierwsze: czeski punkt z pamiątkami był jeszcze otwarty, dzięki czemu zdobyliśmy drugą, piękną pieczątkę do kolekcji. Po drugie: stanęliśmy na szczycie dokładnie wtedy, gdy niebo zapłonęło barwami zachodzącego słońca. Widok charakterystycznej wieży widokowej na tle pomarańczowego nieba był po prostu magiczny. Choć sama wieża była już zamknięta, panorama z wierzchołka w zupełności nam to wynagrodziła.
Powrót był już testem charakteru. Gdy słońce zniknęło, a las spowił mrok, Sylwia zaczęła odczuwać lekki niepokój. Miłosz, jak to młody „Harpagan”, szybko wyczuł sytuację i postanowił nieco urozmaicić drogę, strasząc ją wilkami. Dzięki niemu, który na trasie przejął rolę głównego fotografa (mamy kilka naprawdę świetnych ujęć!), i przy dźwiękach „Gimbao33” Maty, dotarliśmy do auta cali i szczęśliwi. Naszą bazą na ten weekend stało się „Ranczo Kruszynki” w Kamienicy – idealne miejsce na regenerację przed kolejnymi wyzwaniami.
Informacje o trasie
Nasze wejście na Biskupią Kopę (891 m n.p.m.) zrealizowaliśmy wariantem od strony czeskiej (z parkingu przy trasie w pobliżu granicy). Było to krótkie i intensywne podejście, idealne na szybki atak szczytowy przy kończącym się dniu. Całość trasy w obie strony zajęła nam około 1 godziny, a do pokonania mieliśmy niewielkie przewyższenie. Szczyt znajduje się na samej granicy polsko-czeskiej i jest najwyższym punktem województwa opolskiego.
Porady i Ciekawostki
Dlaczego „Biskupia”? Nazwa szczytu nie jest przypadkowa. Przez wieki góra stanowiła własność biskupów wrocławskich (księstwa nyskiego). Granica, która przebiega przez szczyt, od wieków dzieliła różne państwa i diecezje – kiedyś Austrię i Prusy, dziś Polskę i Czechy.
Wieża Cesarza i Cesarzowej: Charakterystyczna, biała wieża na szczycie (wysoka na 18 metrów) to wieża widokowa im. cesarza Franciszka Józefa I. Została wzniesiona przez niemieckie towarzystwo turystyczne MSSGV w 1898 roku, by uczcić 50-lecie panowania cesarza. To najstarsza wieża widokowa w całych Sudetach Wschodnich!
Góry Opawskie – wyspa w dolinie: Choć Biskupia Kopa nie ma nawet 900 metrów, jej wysokość względna jest imponująca. Góry Opawskie wyrastają nagle z niemal płaskiej Niziny Śląskiej, co sprawia, że przy dobrej widoczności ze szczytu można zobaczyć nie tylko Śnieżnik czy Pradziada, ale nawet kominy elektrowni w Opolu.
Problem z pieczątką? Tak jak wspominaliśmy, warto mieć plan B. Schronisko pod Biskupią Kopą (po polskiej stronie) jest położone nieco niżej niż sam szczyt. Jeśli zależy Wam na pieczątce z samego wierzchołka, sprawdzajcie godziny otwarcia wieży lub czeskiego bufetu – w przeciwnym razie pozostają punkty w Jarnołtówku lub Pokrzywnej.
Złoty Potok i legendarne złoto: Okolice Biskupiej Kopy słynęły niegdyś z wydobycia złota. Do dziś w okolicznych potokach (jak Złoty Potok) można znaleźć ślady dawnych płuczek, a region ten jest częścią europejskiego szlaku miast górnictwa złota.
wejście I – 6 września 2020 – Sylwia i Patryk, wejście II – 10 grudnia 2020 – Sylwia i Patryk, wejście III – 24 kwietnia 2022 – Sylwia, Patryk, Elżbieta, Miłosz, Janek
Przygoda z Koroną Gór Polski (KGP) rozkręcała się na dobre! Po zdobyciu Wysokiej Kopy, nasze zmysły wciąż były nienasycone górskich wrażeń. Skopiec, najwyższy szczyt Gór Kaczawskich, przywitał nas słońcem, piękną panoramą i spotkaniem, które na tamtym etapie było dla nas ogromną inspiracją.
Skopiec był naszym drugim przystankiem w drodze po KGP. Choć to szczyt niewysoki, smak nowej przygody wypełniał nas całkowicie. Już na samym początku trasy zachwycaliśmy się panoramami, które otwierały się przed nami na każdym kroku. Aparaty poszły w ruch – nie chcieliśmy stracić ani jednej sekundy z tych pięknych widoków.
Największą osobliwością na trasie okazało się słynne, uschnięte drzewo. To niesamowity widok – do gałęzi przybite są dziesiątki starych butów trekkingowych. Wygląda to jak swoisty pomnik pozostawiony przez pokolenia górskich piechurów. Nieco dalej spotkaliśmy starsze małżeństwo. Krótka rozmowa i… opadły nam szczęki. Okazało się, że zdobywają KGP i Skopiec był ich dwudziestym szczytem! Wtedy, mając na koncie dopiero dwa trofea, patrzyliśmy na nich jak na prawdziwych profesjonalistów. Zastanawialiśmy się z zazdrością, kiedy my będziemy na takim etapie.
Na samym szczycie tradycyjnie zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie i wbiliśmy upragnioną pieczątkę. No i oczywiście nie mogło zabraknąć naszej bachaty – to już nasz mały, osobisty rytuał, który celebrujemy na każdym zdobytym wierzchołku. Ponieważ czuliśmy pewien niedosyt (trasa była naprawdę lekka), postanowiliśmy przedłużyć wycieczkę. Poszliśmy dalej podziwiać widoki, a w drodze powrotnej „zaliczyliśmy” jeszcze sąsiedni Baraniec. Choć Skopiec to jeden z łatwiejszych szczytów w całej Koronie, zostawił w nas mnóstwo pozytywnej energii.
Informacje o trasie
Nasza wycieczka na Skopiec rozpoczęła się najpopularniejszym wariantem z miejscowości Komarno. Jest to trasa wyjątkowo krótka i mało wymagająca, idealna na rodzinny spacer. Od miejsca pozostawienia auta do szczytu dzieliło nas zaledwie około 3 km w obie strony, przy minimalnym przewyższeniu (ok. 100 m). Całość przejścia, łącznie z wizytą na Barańcu i licznymi przerwami na zdjęcia oraz taniec, zajęła nam niecałe 1,5 godziny.
Porady i Ciekawostki
Magiczne „Drzewo Butów”: To miejsce stało się niemal kultowe. Legenda głosi, że wieszanie butów na drzewie ma zapewniać szczęście na kolejnych szlakach. To taka lokalna instalacja artystyczna tworzona przez samych turystów. Jeśli macie stare, wysłużone buty, możecie zostawić tam cząstkę swojej historii (choć my wolimy nasze buty zabierać do domu!).
Kraina Wygasłych Wulkanów: Góry Kaczawskie, w których leży Skopiec, to teren o niezwykłej przeszłości geologicznej. Miliony lat temu panowała tu potężna aktywność wulkaniczna. Choć Skopiec nie jest stożkiem wulkanicznym, w okolicy (np. na pobliskiej Ostrzycy) można zobaczyć spektakularne bazaltowe gołoborza i nekki wulkaniczne.
Skopiec czy Baraniec? Przez lata trwał spór o to, który szczyt jest wyższy. Tradycyjnie to Skopiec (724 m) widnieje w wykazie KGP, jednak nowsze pomiary geodezyjne wskazują, że pobliska Folwarczna lub właśnie Baraniec mogą go o kilka metrów przewyższać. Dlatego my, dla pewności, weszliśmy na oba!
Góra z anteną: Skopiec łatwo rozpoznacie z daleka dzięki charakterystycznemu masztowi nadajnika radiowego, który znajduje się tuż obok wierzchołka.
Dla kolekcjonerów: Pieczątka zazwyczaj znajduje się w metalowej skrzynce na szczycie lub (jeśli jej tam nie ma) w pobliskich agroturystykach w Komarnie.
Mówi się, że każda wielka podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Dla nas tym krokiem była Wysoka Kopa. To tutaj, 5 września 2020 roku, rozpoczęliśmy naszą przygodę z Koroną Gór Polski (KGP). Nie wiedzieliśmy wtedy jeszcze, że ten szczyt otworzy nam drzwi do DGP, Diademu, a nawet Głównego Szlaku Sudeckiego i Beskidzkiego. To był test – nie tylko kondycji, ale i nas jako zespołu.
Wszystko zaczęło się od przygotowań. Sylwia jeszcze po drodze w Jeleniej Górze zaopatrzyła się w swoje pierwsze prawdziwe buty trekkingowe – fundament każdej górskiej wyprawy. Naszą bazą stało się urokliwe pole namiotowe „Nad Rozkosznym Stawem” w Szklarskiej Porębie. Namiot rozbijaliśmy po omacku, w świetle czołówek, pod dwoma świerkami. Dopiero rano, po rozsunięciu zamka, ukazał nam się bajeczny widok na staw i las. Tak smakuje wolność!
Zdecydowaliśmy, że na szczyt ruszymy prosto z pola, bez użycia auta. To była dobra decyzja – od samego początku czuliśmy rytm gór. Ruszyliśmy szlakiem niebieskim, potem czarnym, aż w końcu weszliśmy na czerwony Główny Szlak Sudecki. Naszym pierwszym przystankiem był Wysoki Kamień. To miejsce nas urzekło – nie tylko widokami, ale i historią. Dowiedzieliśmy się, że właściciel budował schronisko własnymi rękami przez pół życia! Klimatu dopełnił chór, który akurat śpiewał pieśni kościelne – w tym otoczeniu brzmiało to wręcz mistycznie.
Dalsza trasa prowadziła nas przez malownicze izerskie krajobrazy. Minęliśmy Kopalnię Kwarcu Stanisław, której ogrom zrobił na nas kolosalne wrażenie – wyglądała jak sceneria z filmu science-fiction. Nawet przelotny deszcz nie popsuł nam humorów; była to idealna okazja, by przetestować nasze kurtki przeciwdeszczowe.
Samo wejście na wierzchołek Wysokiej Kopy wymagało krótkiego zejścia z głównego szlaku, ale droga była wyraźna. Na szczytowej polanie czekała nagroda: biwak z liofilizatem przyrządzonym na własnej kuchence. A żeby uczcić ten pierwszy wspólny sukces, na wysokości 1126 m n.p.m. odtańczyliśmy bachatę! Powrót szlakiem niebieskim był czystą radością z wygranej. Wieczór spędziliśmy w świetlicy przy grzańcu, już wtedy planując kolejne szczyty.
Informacje o trasie
Nasza trasa to pętla rozpoczynająca się bezpośrednio ze Szklarskiej Poręby (okolice pola namiotowego). Podążaliśmy szlakami: niebieskim, następnie czarnym do łącznika ze szlakiem czerwonym (Głównym Szlakiem Sudeckim), który doprowadził nas pod szczyt. Powrót na pole namiotowe zrealizowaliśmy szlakiem niebieskim. Całość wyprawy to solidny, całodniowy marsz, który nie jest ekstremalnie stromy, ale wymaga dobrej kondycji ze względu na dystans.
Porady i Ciekawostki
Dlaczego Wysoka Kopa jest wyjątkowa? To najwyższy szczyt Gór Izerskich. Co ciekawe, sam wierzchołek leży poza oficjalnie wyznakowanym szlakiem turystycznym (prowadzi do niego wyraźna ścieżka od Głównego Szlaku Sudeckiego). Warto tam zajrzeć dla ciszy i rozległej, spokojnej polany szczytowej.
Wysoki Kamień (1058 m n.p.m.): Prywatne schronisko na szczycie to dowód na to, że pasja potrafi przenosić góry. Brak tu prądu z sieci i bieżącej wody, co nadaje temu miejscu niespotykany, surowy klimat. Panorama ze skałek przy schronisku na Karkonosze i Góry Izerskie jest uważana za jedną z najpiękniejszych w Sudetach.
Kopalnia Stanisław – rekordzistka: To najwyżej położony kamieniołom w Europie Środkowej (ok. 1050 m n.p.m.). Wydobywano tu kwarc już od czasów średniowiecza! Dziś wyrobisko sprawia monumentalne wrażenie i jest świetnym punktem orientacyjnym.
Liofilizaty na szlaku: Nasz posiłek na szczycie to świetne rozwiązanie dla oszczędności wagi w plecaku. Wystarczy wrzątek i kilka minut cierpliwości, by zjeść pełnowartościowy obiad z widokiem na góry.
Etymologia nazwy: Słowo „Kopa” w nazewnictwie górskim oznacza szczyt o łagodnych, zaokrąglonych kształtach. Wysoka Kopa idealnie wpisuje się w ten opis – to rozległe wzniesienie o kopulastym kształcie.
Pierwszy szczyt zdobyty w ramach KGP. Tak to właśnie tutaj zaczyna się nasza przygoda. Jak mówi stare chińskie przysłowie, że każdy nawet ten wielki marsz zaczyna się zawsze od pierwszego, małego kroku. To był właśnie ten nasz pierwszy, mały krok. Nasz początek z górami, a przede wszystkim sprawdzenie nas zarówno jako pary ale i zespołu podczas często ciężkich wyzwań jakimi jest zaplanowanie, zorganizowanie i przejście trasy osiągając zaplanowany szczyt. Myślę, że dla nas obojga było to duże wyzwanie, jednak nasze pozytywne nastawienie i wspólny cel, nie tylko nas nie poróżnił ale i zmotywował a przede wszystkim również wzmocnił. Ten szczyt to był początek nie tylko KGP ale jak się później okazało również innych dużo większych wyzwań jak DGP i innych koron ale także GSŚ czy GSB. Noclegi podczas tej wyprawy zaplanowaliśmy pod namiotem na urokliwym polu namiotowym pod nazwą „Nad Rozkosznym Stawem” w Szklarskiej Porębie. Po drodze do Szklarskiej wskakujemy jeszcze do Decathlonu w Jeleniej Górze aby Sylwia mogła doposażyć się w buty trekkingowe odpowiednie do górskich wypraw. Do tej pory nie potrzebowała a więc i nie miała. Namiot rozbijamy już po ciemku, ale wybieramy miejsce pod dwoma świerkami w bezpośrednim sąsiedztwie stawu. Rano po rozsunięciu namiotu dopiero doceniamy naszą bajeczną lokalizację, w cieniu z widokiem na staw. Śniadanko i kawkę zajadamy w turystycznych warunkach przy namiocie, co daje nam przedsmak czekającej przygody. Na szczyt postanawiamy ruszyć bezpośrednio z naszego pola bez podjeżdżania samochodem. Dlatego ruszamy najpierw szlakiem niebieskim a następnie szlakiem czarnym dochodzimy do szlaku czerwonego, którym docieramy pod szczyt. Pierwszym naszym przystankiem jest schronisko na Wysokim Kamieniu, które robi na nas duże wrażanie, nasz podziw rośnie kiedy dowiadujemy się, że zostało zbudowane z własnych środków przez właściciela, który poświęcił pół swojego życia na jego budowę. Klimat zyskał dodatkowo w momencie gdy jakaś zorganizowana grupa zaczęła śpiewać chórkiem, co prawda jakieś kościelne pieśni ale brzmiało to niesamowicie. Dalej trasa nie jest już tak wymagająca i stroma. Idziemy nadal czerwonym szlakiem po malowniczej trasie i z bajecznymi widokami. Mijamy po drodze Kopalnię Kwarcu Stanisław, która swoimi rozmiarami robi na nas duże wrażenie. Dalej po drodze łapie nas mały przelotny deszczyk a więc jest okazja do założenia kurtek przeciwdeszczowych. Końcówka wejścia na szczyt wymaga zejścia ze szlaku ale droga jest dobrze oznaczona i przyjemna. Na szczycie, który jest rozległą polaną robimy sobie oczywiście pamiątkowe zdjęcie, wbijamy w książeczkę stempelek i biwakujemy przygotowując posiłek z lifiozy podgrzany na kuchence gazowej. Wysiłek uwieńczamy dodatkowo układem tanecznym – bachata. Powrót w atmosferze zwycięstwa mija nam szybko i miło, jednak wybieramy inną trasę i wracamy szlakiem niebieskim na nasze pole namiotowe, gdzie wieczorem biesiadujemy w ogólnodostępnej świetlicy, przy grzańcu i planach na zdobywanie kolejnych szczytów.