11 listopada to data symboliczna. Jedni świętują na marszach, inni biegną w zawodach, a my? My po przedwczorajszym biegu postanowiliśmy sprawdzić, czy Królowa Beskidów przyjmie nas łaskawie w ten jesienno-zimowy dzień.
Tym razem poranek był wyjątkowo leniwy. Wstawaliśmy niespiesznie, z lekką nutą niepewności co do składu ekipy. Mama szybko rozwiała wątpliwości, stwierdzając, że to nie jest jej dzień na górskie wyrypy. Szanujemy to – góry mają sprawiać radość, a nie być obowiązkiem. Ruszamy więc we dwoje: szybka kawka, śniadanie, pakowanie plecaków i w drogę.

Start: Przełęcz Krowiarki (1012 m n.p.m.)
Na szlak ruszamy chwilę przed 11:00. Sam dojazd z naszej bazy zajął nam zaledwie 20 minut. Auto zostawiamy na popularnym (i niestety drogim – 30 zł za dzień) parkingu na Przełęczy Krowiarki. Chcieliśmy zajrzeć do sklepiku po pamiątki, ale ceny skutecznie ostudziły nasz zapał. Z pustymi rękami, ale pełni energii, wbijamy pieczątki do książeczek i ruszamy czerwonym szlakiem (Główny Szlak Beskidzki) w stronę szczytu.

Etap 1: Przez las na Sokolicę (1367 m n.p.m.)
Droga nie daje taryfy ulgowej – od razu zaczyna się dość ostre, strome podejście. Pierwszy cel to Sokolica. Choć to dopiero 1/3 dystansu, to pokonujemy tu prawie połowę przewyższenia. Pogoda na dole nas rozpieszcza – typowa, przyjemna wczesna jesień. Jest na tyle ciepło, że szybko zrzucamy warstwy, żeby się nie przegrzać. Idziemy mądrze – robimy krótkie przerwy, by wyrównać oddech. Ten odcinek w osłonie lasu zajmuje nam 50 minut.

Etap 2: Kępa i zmiana krajobrazu (1521 m n.p.m.)
Kolejny przystanek to Kępa. Docieramy tu po 30 minutach od Sokolicy. Warunki wciąż są stabilne, zmęczenia brak. To właśnie tutaj zaczyna się magia Babiej Góry – wychodzimy z lasu w piętro kosodrzewiny. Drzewa karłowacieją, a widoki (teoretycznie) się otwierają.
To kluczowy moment naszej wyprawy: Strategiczny postój na przebranie. Zanim wyjdziemy na otwartą przestrzeń, zmieniamy przepoconą odzież na suchą i docieplamy się. To była najlepsza decyzja dnia! Dzięki temu dalszą, wietrzną zazwyczaj część trasy, pokonujemy w pełnym komforcie termicznym.

Etap 3: Gówniak i wejście w chmury (1617 m n.p.m.)
Po dwóch godzinach od startu meldujemy się na szczycie o uroczej nazwie Gówniak. Tutaj żarty się kończą – a zaczyna zima. Jak widać na naszych zdjęciach, słupek szczytowy pokryty jest już szadzią, a pod butami chrzęści śnieg. Wchodzimy w niskie chmury, które kradną nam widoki, ale w zamian dają niesamowity, tajemniczy klimat.
Ciekawostka: Zastanawialiście się kiedyś, skąd nazwa „Gówniak”? Nie ma ona nic wspólnego z dziećmi! Wywodzi się z czasów pasterskich, kiedy na tych wysokościach wypasano woły. „Wołowe Skałki” były miejscem, gdzie zwierzęta zostawiały po sobie… no właśnie, naturalny nawóz.

Szczyt: Diablak (1725 m n.p.m.) – Kapryśna Królowa łaskawa jak nigdy
Ostatnie 20 minut to marsz po gołych skałach i jedno bardziej strome podejście. W końcu jest! Diablak. To nasze piąte wejście na ten szczyt, ale pierwsze w tak specyficznych warunkach.
Jest biało, mroźnie i mgliście. Ale stał się cud – na Babiej Górze, znanej jako „Matka Niepogód”, jest całkowicie bezwietrznie. To ewenement! Zazwyczaj urywa tu głowę (jak przy poprzednich naszych wizytach), a my mogliśmy spokojnie nacieszyć się chwilą, zrobić zdjęcia przy oblodzonym słupku i zjeść zasłużony posiłek. W menu: banany i domowa suszona wołowina przygotowana przez Sylwię (sztos!).

Z pewnym żalem, ale i rozsądkiem, ruszamy w dół. Mimo że nasze wyjście było późne, czuliśmy się bezpiecznie, wiedząc, że zejdziemy przed zmrokiem. Po drodze mijaliśmy turystów dopiero idących na szczyt – czy byli przygotowani na nocne powroty? Mamy nadzieję, że tak, choć wyglądało to ryzykownie.

W dół lecimy jak na skrzydłach. Na Przełęczy Krowiarki meldujemy się z czasem 4 godziny i 2 minuty (całość trasy). To nasz życiowy rekord na tym odcinku, zrobiony zupełnie „przy okazji”, bez napinki.
Wnioski? Kondycja jest lepsza, niż sądziliśmy a Babia Góra, nawet bez widoków na Tatry, potrafi zachwycić mroźnym klimatem.

Informacje praktyczne – Szlak na Babią Górę
Trasa: Przełęcz Krowiarki – Sokolica – Kępa – Gówniak – Babia Góra (Diablak) – powrót tą samą drogą.
Kolor szlaku: Czerwony (Główny Szlak Beskidzki).
Dystans: ok. 9,5 km (w obie strony).
Suma podejść: ok. 720 m.
Parking: Przełęcz Krowiarki (płatny, ok. 30 zł/dzień). Warto być rano, w weekendy szybko się zapełnia.
Bilety wstępu: Babiogórski Park Narodowy (można kupić online lub w budce przy wejściu).
Wybierając się na Babią Górę jesienią i zimą, pamiętajcie o warstwach. Na dole może być ciepło (jak u nas), a na górze panować zima. Zawsze miejcie w plecaku suchą koszulkę na zmianę, czapkę, rękawiczki i kurtkę przeciwwiatrową. Szlak powyżej granicy lasu jest bardzo eksponowany!

Wiedzieliście, że…? Choć Babia Góra jest znana jako „Matka Niepogód” i słynie z wichur, nasz 11 listopada był wyjątkowo spokojny. Mieliśmy szczęście! A sam szczyt, na którym staliśmy, to tak naprawdę Diablak, najwyższy punkt w całych Beskidach Zachodnich natomiast nazwa Babia Góra odnosi się do całego masywu. Szczyt Diablaka leży dokładnie na granicy polsko-słowackiej. Cały masyw jest objęty ochroną i stanowi Babiogórski Park Narodowy, który ze względu na unikalne piętra roślinne (od lasów po piętro kosodrzewiny i murawy alpejskie) został wpisany na listę Światowych Rezerwatów Biosfery UNESCO. Według jednej z legend Diablak to resztki zamku, który budował diabeł dla babki-czarownicy. Gdy słońce wzeszło, budowla runęła, tworząc stertę kamieni – dzisiejszy szczyt.
Z kolei charakterystyczny, duży kamienny mur na szczycie (za którym i my nie raz się chowaliśmy), to pozostałość po historycznej funkcji – służył jako schronienie przeciwwiatrowe. Znajduje się tam również kamienny ołtarz poświęcony Janowi Pawłowi II oraz pamiątkowa tablica upamiętniająca pomiary geodezyjne i historyczne wydarzenia.





























