Nieważne gdzie, ważne z kim!!!

Kategoria: Korona Gór Polski Strona 1 z 7

Śnieżnik w zimowej odsłonie – królestwo śniegu i nowa wieża widokowa

Wstaliśmy o 8:30. Nie powiem, ciężko było wygrzebać się z pościeli, ale szybka kawa i świąteczne śniadanie postawiły nas na nogi. O 9:40 ruszyliśmy naszą trójką w stronę Kletna. Pogoda zapowiadała się całkiem przyjemnie: lekkie słońce i temperatura w okolicach -2 stopni. Punktualnie o 11:00 zostawiliśmy auto na dalszym parkingu (koszt 13 zł za dzień) i ruszyliśmy na nasz dzisiejszy cel – Śnieżnik.
Pierwsze dwa kilometry trasy to łagodne podejście żółtym szlakiem, który prowadzi szeroką, utwardzoną drogą w stronę schroniska i przebiega obok Jaskini Niedźwiedzia. To idealny moment na rozgrzewkę i nacieszenie się zimowym lasem (zwłaszcza, że ku naszemu zdziwieniu spotkaliśmy znajomego z Koronowa).

Wkrótce jednak droga skręciła, a my weszliśmy w gęstszy las. Tutaj zaczęło się prawdziwe podejście – bardziej strome i wymagające, głównie przez zalegający śnieg i wystające kamienie. Ten leśny odcinek składa się z dwóch etapów, przy czym ten drugi potrafi już solidnie wycisnąć pot na czole. Dopiero około czwartego kilometra szlak ponownie wyprowadził nas na otwartą przestrzeń drogi dojazdowej do samego schroniska.

W Schronisku PTTK „Na Śnieżniku” zrobiliśmy chwilę przerwy. To miejsce ma niesamowity klimat, zwłaszcza zimą, gdy z komina unosi się dym, a turyści otrzepują buty ze śniegu. Podbiliśmy pieczątki w naszych książeczkach, złapaliśmy oddech i bez zbędnej zwłoki ruszyliśmy dalej.

Przed nami był ostatni odcinek – zielony szlak prowadzący bezpośrednio na szczyt. Czekało nas tu wielkie zaskoczenie. Pamiętaliśmy ten fragment jako wymagające podejście po wielkich głazach, tymczasem obecnie to łatwa, szeroka i bardzo wygodna ścieżka. Zanim jednak weszliśmy na otwartą halę podszczytową, musieliśmy się dodatkowo docieplić – wiatr w tym miejscu zaczął dąć z ogromną siłą. Na szczęście piękna panorama dodawała nam energii i żaru, rekompensując trud podejścia i zimny wiatr.

Po pokonaniu całego podejścia naszym oczom ukazała się ona – wspaniała, lśniąca w słońcu wieża widokowa. Oddano ją do użytku dwa lata wcześniej, więc widzieliśmy ją na żywo po raz pierwszy. Jej nowoczesna konstrukcja niesamowicie kontrastuje z dzikością Śnieżnika. Oczywiście wejście na górę było obowiązkowe.

Widoki z góry dosłownie zapierają dech. Dziś przejrzystość powietrza była bajeczna – panorama Sudetów rozciągała się aż po horyzont. Na samym szczycie, który jest całkowicie odsłonięty, było jednak niebotycznie zimno. Silny wiatr i niska temperatura sprawiły, że szybko zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia przy tablicach szczytowych.
Zeszliśmy z powrotem do schroniska, żeby się ogrzać. Gorąca zupa na rozgrzewkę przed dalszą drogą była najlepszą decyzją tego dnia. Czas jednak nieubłaganie uciekał, a my nie mieliśmy dużego zapasu przed zachodem słońca. Szybko się zebraliśmy, założyliśmy raczki (nieocenione na wyślizganym szlaku!) i ruszyliśmy tą samą drogą w dół.
Dzięki raczkom i kijkom udało nam się sprawnie i, co najważniejsze, bezpiecznie zejść do samochodu. Śnieżnik po raz kolejny pokazał nam, jak piękne (i mroźne!) potrafią być polskie góry zimą.

Informacje o trasie:

  • Dystans: ok. 13,5 km (w obie strony z Kletna).
  • Czas przejścia: ok. 5,5 h (w zależności od warunków i czasu spędzonego w schronisku).
  • Suma podejść: ok. 750 m.
  • Szlak: Żółty (z Kletna do Schroniska), Zielony (ze Schroniska na Szczyt).
  • Punkt startu: Parking w Kletnie (dalszy 13 zł, bliższy 18 zł).

Porady i wskazówki:

  • Raczki i kijki: Zimą to absolutny must-have. Nawet jeśli na parkingu nie ma śniegu, leśne podejścia pod Śnieżnikiem bywają wyślizgane przez setki turystów i bez raczków zejście może być niebezpieczne.
  • Pogoda na szczycie: Śnieżnik jest znany z bardzo silnych wiatrów. Nawet przy słonecznej pogodzie na dole, na szczycie zawsze miej pod ręką kominiarkę, gogle lub okulary i dodatkową warstwę pod kurtkę.
  • Wieża widokowa: Wstęp na wieżę jest bezpłatny. Warto wejść, nawet jeśli wieje, bo oszklona platforma daje pewną osłonę przed wiatrem podczas podziwiania widoków.

Ciekawostki:

  • Wilhelmturm: Dzisiejsza wieża stoi niedaleko miejsca, gdzie dawniej znajdowała się kamienna wieża widokowa im. cesarza Wilhelma I. Została ona wysadzona w powietrze w 1973 roku ze względu na zły stan techniczny.
  • Słoń ze Śnieżnika: Symbolem szczytu i schroniska jest rzeźba słonia, która znajduje się nieopodal fundamentów dawnego schroniska (po stronie czeskiej). Została postawiona w 1932 roku przez grupę artystów.
  • Specyficzny mikroklimat: Śnieżnik to jedyne miejsce w Sudetach Wschodnich, gdzie występuje piętro alpejskie. Śnieg potrafi tu zalegać nawet przez 200 dni w roku, stąd też wzięła się nazwa góry.

Kowadło – skalny strażnik Gór Złotych i zimowy koniec świata w Bielicach

Prosto ze szczytu Rudawca, nie tracąc ani chwili i nie zaglądając nawet do samochodu, ruszyliśmy na podbój kolejnego celu – Kowadła (989 m n.p.m.). Było tuż przed godziną 15:00, słońce zaczęło już powoli zmieniać barwę na popołudniową, co w połączeniu ze śniegiem dawało niesamowity klimat. Z Bielic, które same w sobie są ciekawym miejscem (powstały w XVII wieku jako wieś drwali i szklarzy), prowadzi zielony szlak. Początkowo ścieżka pnie się dość zdecydowanie pod górę, ale to równy, miarowy wznios, który choć nie pozwala na sprint, to daje ogromną satysfakcję z każdego kroku. Już po chwili za naszymi plecami otworzyła się panorama na dolinę, z której przyszliśmy.

Przez pierwszy kilometr szliśmy szeroką, wygodną drogą leśną. Tutaj należy wspomnieć, że Kowadło to szczyt dość kontrowersyjny – choć zaliczany do Korony Gór Polski jako najwyższy punkt Gór Złotych, niektórzy geografowie wskazują na czeski Smrek, którego wierzchołek jest nieco wyższy, ale leży po stronie naszych sąsiadów. Po około kilometrze szlak odbił w prawo, zanurzając się w gęstszy las.

To tutaj, po przejściu kolejnych 300 metrów, nasza zielona ścieżka połączyła się z żółtym szlakiem. Od tego punktu wędrówka stała się jeszcze ciekawsza, bo ruszyliśmy wzdłuż charakterystycznych biało-czerwonych słupków granicznych, oddzielających Polskę od Czech.

Maszerowanie granicą zawsze ma w sobie coś z ducha przygody, zwłaszcza z takimi widokami jak powyżej. Po około 250 metrach, przed samym wierzchołkiem stanęliśmy przed wyborem. Szlaki rozdzieliły się: zielony łagodnie obchodził szczyt lasem (to właśnie nim wcześniej zdobywaliśmy szczyt), natomiast żółty obiecywał nieco więcej emocji. Wybraliśmy wariant żółty, który prowadzi stromym podejściem po blokach skalnych. To właśnie tym skałkom szczyt zawdzięcza swoją nazwę – ich kształt przy odrobinie wyobraźni przypomina kowadło. Wspinaczka po nich w zimowych warunkach wymagała skupienia, ale była najciekawszym elementem trasy.

Wreszcie, po pokonaniu 2 kilometrów i 45 minutach marszu, stanęliśmy na szczycie. Kowadło przywitało nas mroźnym powietrzem i poczuciem dobrze wykonanego planu. Choć sam wierzchołek jest mocno zalesiony, znajduje się tam sporo formacji skalnych, z których przy dobrej widoczności można dostrzec Góry Bialskie oraz czeską stronę Sudetów Wschodnich. Ciekawostką jest, że przed laty szczyt ten nazywano Kovadlina (po czesku), a polska nazwa jest bezpośrednim tłumaczeniem. Nie mogło się obejść bez celebracji – szybko wyciągnęliśmy nasze książeczki, by przybić upragnione pieczątki potwierdzające zdobycie kolejnego szczytu do kolekcji i to przedostatniego.

Nasyceni atmosferą sukcesu i zimowymi krajobrazami, zdecydowaliśmy się na powrót łagodniejszym, zielonym szlakiem. To była dobra decyzja – kolana mogły odpocząć, a my mogliśmy spokojnie podziwiać, jak las powoli przygotowuje się do wieczoru. Ta pętla to idealne domknięcie dnia w Górach Złotych.

Informacje Praktyczne:
Parking: W Bielicach znajduje się bezpłatny parking na końcu wsi, tuż przy wejściu na szlaki.
Wyposażenie: Zimą raczki to absolutna podstawa – podejścia bywają oblodzone.
Warianty podejścia: Jeśli idziecie z dziećmi lub w bardzo śliskich warunkach, wybierzcie szlak zielony w obie strony. Żółty wariant po skałkach jest efektowny, ale przy oblodzeniu może być zdradliwy bez raczków.
Dla zdobywców: Pieczątka KGP znajduje się na szczycie w drewnianej skrzynce. Jeśli skrzynka byłaby pusta, pieczątkę znajdziecie też w leśniczówce w Bielicach lub w pobliskiej Chacie Cyborga.

Góry Bialskie w zimowej szacie: Rudawiec (1106 m n.p.m.) z Bielic

Góry Bialskie, przez wielu nazywane „polskimi Bieszczadami” lub „najdzikszymi górami w Polsce”, przywitały nas w ten mroźny dzień iście bajkowym krajobrazem. 
Naszą przygodę zaczęliśmy w Kudowie, skąd o 9:30 wyruszyliśmy w półtoragodzinną trasę do Bielic. Ta urokliwa wieś, położona w dolinie Białej Lądeckiej, to idealny punkt startowy dla każdego, kto szuka spokoju i ucieczki od komercji. Bielice – dla jednych koniec świata, dla nas to początek naszej dzisiejszej przygody.
Termometr pokazał -7°C, co przy lekkim wietrze od razu zmotywowało nas do działania. Szybki serwis: plecaki na plecy, raczki na buty (niezbędne przy tym oblodzeniu!) i ruszamy całą naszą trójką na szlak (Sylwia, Elżbieta i Patryk).

Początkowe 1,5 km to przyjemny spacer „po płaskim” doliną rzeki szlakiem zielono-niebieskim. Tutaj jednak trzeba zachować czujność! Uważajcie na rozejście szlaków. Nasz zielony szlak w pewnym momencie ostro odbija w prawo, pnąc się pod górę, podczas gdy niebieski biegnie dalej dnem doliny.
Kolejny kilometr to konkretne podejście. Dzięki niemu szybko zyskaliśmy wysokość (całkowite przewyższenie na trasie to ok. 435 m). Dalej było już lżej – szlak prowadzi przez malownicze leśne tereny, które tego dnia wyglądały jak z „Krainy Lodu”.

Po przekroczeniu 4. kilometra szlak skręca w prawo i prowadzi nas wzdłuż granicy polsko-czeskiej. Po drodze mijamy szczyt Iwinka (1079 m n.p.m.): Choć to „tylko” przystanek w drodze na cel, widoki oszronionych drzew robiły na nas niesamowite wrażenie.

Równo na 5. kilometrze zameldowaliśmy się na Rudawcu (1106 m n.p.m.). To najwyższy punkt Gór Bialskich (według niektórych źródeł), a dla nas kolejny krok do zdobycia drugiej Korony Gór Polski. Formalności musiało stać się zadość – pieczątki wbite do książeczek, pamiątkowe fotki zrobione i… szybka ewakuacja, bo mroźny wiatr nie pozwalał na długie biesiadowanie.

Schodziliśmy sprawnie, utrzymując równe tempo. Po drodze zboczyliśmy nieco ze szlaku, by sprawdzić lokalny Schron Noclegowy oraz już na dole zwiedzamy pomnik Andrzeja Kranicica: Niezwykłe miejsce upamiętniające lokalnego przewodnika i miłośnika gór. Charakterystyczny rower i narty wkomponowane w pomnik zatrzymują na chwilę refleksji.

Cała pętla zamknęła się w 10 km i zajęła nam około 3,5 godziny. To była jednak dopiero pierwszy z dwóch naszych dzisiejszych szczytów. Mama została przy aucie na zasłużony odpoczynek, a my… od razu ruszyliśmy w stronę Kowadła!

Informacje Praktyczne:
Parking: W Bielicach znajduje się bezpłatny parking na końcu wsi, tuż przy wejściu na szlaki.
Wyposażenie: Zimą raczki to absolutna podstawa – podejścia bywają oblodzone.
Ciekawostka: Rudawiec znajduje się w pobliżu rezerwatu „Puszcza Śnieżnej Białki”, gdzie można podziwiać fragmenty pierwotnego lasu dolnośląskiego.
Dla zdobywców: Pieczątka KGP znajduje się na szczycie w metalowej skrzynce.

Biskupia Kopa #2: Zachód słońca nad chmurami i smaki pogranicza

Nie tracąc ani minuty po zejściu ze Złotego Chlumu, przejechaliśmy na parking Petrovy Boudy znajdujący się również po czeskiej stronie. Wesoła atmosfera i dobre humory nie opuszczały naszej czwórki (Elżbieta, Ania, Sylwia i Patryk), choć słońce zaczynało już powoli chylić się ku zachodowi.

Ruszyliśmy zielonym szlakiem, który początkowo prowadził nas szeroką, kamienistą drogą przez otwarty teren, by z czasem zagłębić się w gęsty las.

To, co zobaczyliśmy po drodze, dosłownie odebrało nam mowę. Zamglone pasma górskie, skąpane w pomarańczowym blasku zachodzącego słońca przedzierającego się przez chmury, stworzyły bajkową scenerię.

Mimo zmęczenia poprzednią trasą, te dwa kilometry podejścia pokonaliśmy w 45 minut, napędzani widokami, które zmieniały się z każdą minutą.

Na szczycie (890 m n.p.m.) tradycyjnie przybiliśmy pieczątki i zrobili wspólne zdjęcie pod wieżą. Wtedy zapadła spontaniczna decyzja: schodzimy na polską stronę do Górskiego Domu Turysty „Pod Biskupią Kopą”.

Zapach regionalnych specjałów przyciągnął nas jak magnes. Zupa czosnkowa i placki po zbójnicku smakowały tam wybitnie, dając nam siły na powrót.

Wiedzieliśmy jednak, że czas ucieka. Aby nie wracać ponownie pod górę na szczyt, wybraliśmy żółty szlak, który tworzył idealną pętlę prowadzącą prosto na parking Petrovy Boudy. Ostatnie kilometry pokonaliśmy już po ciemku. Na szczęście każdy z nas miał w pogotowiu latarkę, więc bezpiecznie, choć w nieco tajemniczej aurze, dotarliśmy do samochodu.

Informacje o trasie

  • Szczyt: Biskupia Kopa (890 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Gór Opawskich.
  • Start: Parking Petrovy Boudy (Czechy).
  • Dystans: ok. 5,7 km (pętla).
  • Czas przejścia: ok. 2 godziny (z biesiadą w schronisku).
  • Suma podejść: ok. 291 m.
  • Kolory szlaków: Zielony (podejście z Czech) -> Żółty (powrót pętlą do parkingu).

Porady i Informacje praktyczne

Parking i dojazd:

  • Wybór parkingu Petrovy Boudy po czeskiej stronie to świetny sposób na skrócenie podejścia i uniknięcie największych tłumów, które zazwyczaj ciągną od strony Jarnołtówka. Parking jest darmowy.

Wieża widokowa:

  • Na szczycie znajduje się charakterystyczna biała wieża (Josefs-Warte). To najstarsza wieża widokowa w Jesionikach (z 1898 r.). Jeśli dotrzecie tam przed zachodem słońca, panorama na Pradziada i polskie niziny jest bezkonkurencyjna.

Górski Dom Turysty:

  • Pamiętajcie, że schronisko leży nieco poniżej szczytu po polskiej stronie. To jedyne schronisko w Górach Opawskich. Ich zupa czosnkowa to już legenda – idealnie rozgrzewa po zimowej wędrówce.

Bezpieczeństwo po zmroku:

  • Nasza przygoda pokazuje, że w grudniu czołówka to wyposażenie obowiązkowe, nawet na krótkich trasach. Słońce chowa się za horyzont błyskawicznie, a kamienisty żółty szlak w drodze powrotnej wymaga dobrego oświetlenia pod stopami.

Ciekawostka historyczna:

  • Biskupia Kopa od wieków była górą graniczną. Kiedyś dzieliła biskupstwo wrocławskie od ołomunieckiego (stąd nazwa), a dziś stanowi granicę państwową między Polską a Czechami.

Babia Góra w zimowej odsłonie na Święto Niepodległości

11 listopada to data symboliczna. Jedni świętują na marszach, inni biegną w zawodach, a my? My po przedwczorajszym biegu postanowiliśmy sprawdzić, czy Królowa Beskidów przyjmie nas łaskawie w ten jesienno-zimowy dzień.
Tym razem poranek był wyjątkowo leniwy. Wstawaliśmy niespiesznie, z lekką nutą niepewności co do składu ekipy. Mama szybko rozwiała wątpliwości, stwierdzając, że to nie jest jej dzień na górskie wyrypy. Szanujemy to – góry mają sprawiać radość, a nie być obowiązkiem. Ruszamy więc we dwoje: szybka kawka, śniadanie, pakowanie plecaków i w drogę.

Start: Przełęcz Krowiarki (1012 m n.p.m.)
Na szlak ruszamy chwilę przed 11:00. Sam dojazd z naszej bazy zajął nam zaledwie 20 minut. Auto zostawiamy na popularnym (i niestety drogim – 30 zł za dzień) parkingu na Przełęczy Krowiarki. Chcieliśmy zajrzeć do sklepiku po pamiątki, ale ceny skutecznie ostudziły nasz zapał. Z pustymi rękami, ale pełni energii, wbijamy pieczątki do książeczek i ruszamy czerwonym szlakiem (Główny Szlak Beskidzki) w stronę szczytu.

Etap 1: Przez las na Sokolicę (1367 m n.p.m.)
Droga nie daje taryfy ulgowej – od razu zaczyna się dość ostre, strome podejście. Pierwszy cel to Sokolica. Choć to dopiero 1/3 dystansu, to pokonujemy tu prawie połowę przewyższenia. Pogoda na dole nas rozpieszcza – typowa, przyjemna wczesna jesień. Jest na tyle ciepło, że szybko zrzucamy warstwy, żeby się nie przegrzać. Idziemy mądrze – robimy krótkie przerwy, by wyrównać oddech. Ten odcinek w osłonie lasu zajmuje nam 50 minut.

Etap 2: Kępa i zmiana krajobrazu (1521 m n.p.m.)
Kolejny przystanek to Kępa. Docieramy tu po 30 minutach od Sokolicy. Warunki wciąż są stabilne, zmęczenia brak. To właśnie tutaj zaczyna się magia Babiej Góry – wychodzimy z lasu w piętro kosodrzewiny. Drzewa karłowacieją, a widoki (teoretycznie) się otwierają.
To kluczowy moment naszej wyprawy: Strategiczny postój na przebranie. Zanim wyjdziemy na otwartą przestrzeń, zmieniamy przepoconą odzież na suchą i docieplamy się. To była najlepsza decyzja dnia! Dzięki temu dalszą, wietrzną zazwyczaj część trasy, pokonujemy w pełnym komforcie termicznym.

Etap 3: Gówniak i wejście w chmury (1617 m n.p.m.)
Po dwóch godzinach od startu meldujemy się na szczycie o uroczej nazwie Gówniak. Tutaj żarty się kończą – a zaczyna zima. Jak widać na naszych zdjęciach, słupek szczytowy pokryty jest już szadzią, a pod butami chrzęści śnieg. Wchodzimy w niskie chmury, które kradną nam widoki, ale w zamian dają niesamowity, tajemniczy klimat.
Ciekawostka: Zastanawialiście się kiedyś, skąd nazwa „Gówniak”? Nie ma ona nic wspólnego z dziećmi! Wywodzi się z czasów pasterskich, kiedy na tych wysokościach wypasano woły. „Wołowe Skałki” były miejscem, gdzie zwierzęta zostawiały po sobie… no właśnie, naturalny nawóz.

Szczyt: Diablak (1725 m n.p.m.) – Kapryśna Królowa łaskawa jak nigdy
Ostatnie 20 minut to marsz po gołych skałach i jedno bardziej strome podejście. W końcu jest! Diablak. To nasze piąte wejście na ten szczyt, ale pierwsze w tak specyficznych warunkach.
Jest biało, mroźnie i mgliście. Ale stał się cud – na Babiej Górze, znanej jako „Matka Niepogód”, jest całkowicie bezwietrznie. To ewenement! Zazwyczaj urywa tu głowę (jak przy poprzednich naszych wizytach), a my mogliśmy spokojnie nacieszyć się chwilą, zrobić zdjęcia przy oblodzonym słupku i zjeść zasłużony posiłek. W menu: banany i domowa suszona wołowina przygotowana przez Sylwię (sztos!).

Z pewnym żalem, ale i rozsądkiem, ruszamy w dół. Mimo że nasze wyjście było późne, czuliśmy się bezpiecznie, wiedząc, że zejdziemy przed zmrokiem. Po drodze mijaliśmy turystów dopiero idących na szczyt – czy byli przygotowani na nocne powroty? Mamy nadzieję, że tak, choć wyglądało to ryzykownie.

W dół lecimy jak na skrzydłach. Na Przełęczy Krowiarki meldujemy się z czasem 4 godziny i 2 minuty (całość trasy). To nasz życiowy rekord na tym odcinku, zrobiony zupełnie „przy okazji”, bez napinki.
Wnioski? Kondycja jest lepsza, niż sądziliśmy a Babia Góra, nawet bez widoków na Tatry, potrafi zachwycić mroźnym klimatem.

Informacje praktyczne – Szlak na Babią Górę
Trasa: Przełęcz Krowiarki – Sokolica – Kępa – Gówniak – Babia Góra (Diablak) – powrót tą samą drogą.
Kolor szlaku: Czerwony (Główny Szlak Beskidzki).
Dystans: ok. 9,5 km (w obie strony).
Suma podejść: ok. 720 m.
Parking: Przełęcz Krowiarki (płatny, ok. 30 zł/dzień). Warto być rano, w weekendy szybko się zapełnia.
Bilety wstępu: Babiogórski Park Narodowy (można kupić online lub w budce przy wejściu).
Wybierając się na Babią Górę jesienią i zimą, pamiętajcie o warstwach. Na dole może być ciepło (jak u nas), a na górze panować zima. Zawsze miejcie w plecaku suchą koszulkę na zmianę, czapkę, rękawiczki i kurtkę przeciwwiatrową. Szlak powyżej granicy lasu jest bardzo eksponowany!

Wiedzieliście, że…? Choć Babia Góra jest znana jako „Matka Niepogód” i słynie z wichur, nasz 11 listopada był wyjątkowo spokojny. Mieliśmy szczęście! A sam szczyt, na którym staliśmy, to tak naprawdę Diablak, najwyższy punkt w całych Beskidach Zachodnich natomiast nazwa Babia Góra odnosi się do całego masywu. Szczyt Diablaka leży dokładnie na granicy polsko-słowackiej. Cały masyw jest objęty ochroną i stanowi Babiogórski Park Narodowy, który ze względu na unikalne piętra roślinne (od lasów po piętro kosodrzewiny i murawy alpejskie) został wpisany na listę Światowych Rezerwatów Biosfery UNESCO. Według jednej z legend Diablak to resztki zamku, który budował diabeł dla babki-czarownicy. Gdy słońce wzeszło, budowla runęła, tworząc stertę kamieni – dzisiejszy szczyt.
Z kolei charakterystyczny, duży kamienny mur na szczycie (za którym i my nie raz się chowaliśmy), to pozostałość po historycznej funkcji – służył jako schronienie przeciwwiatrowe. Znajduje się tam również kamienny ołtarz poświęcony Janowi Pawłowi II oraz pamiątkowa tablica upamiętniająca pomiary geodezyjne i historyczne wydarzenia.

Czupel – jesienna wyprawa na najwyższy szczyt Beskidu Małego

Rankiem, po śniadaniu i filiżance kawy, ruszyliśmy w stronę szczytu Czupel – 930 m n.p.m., zaliczanego do Korony Gór Polski i będącego najwyższym punktem Beskidu Małego. Samochód zostawiliśmy w centrum Międzybrodzia Bialskiego, na parkingu przy sklepie Lewiatan, gdzie wygodnie mogliśmy się przepakować i przygotować kijki oraz ciepłą odzież na chłodny, jesienny dzień.​

Szlak czerwony prowadzi od samego początku równomiernie pod górę, przez bukowo-świerkowy las, którego ściółka pokryta była wilgotnymi liśćmi po wcześniejszych opadach. Pomimo kapryśnej pogody – lekkiego deszczu i 7 stopni C – warunki były idealne do spokojnej, jesiennej wędrówki.

Regularne odpoczynki pozwalały na uniknięcie przegrzania, choć rozbieranie się z kolejnych warstw było konieczne już od pierwszego podejścia.​ Tempo marszu wyznaczała Sylwia, a mama, idąc własnym rytmem, pokazała, że nie zwalnia grupy. Na trasie spotykaliśmy pojedynczych turystów, cieszących się urokami jesieni w Beskidzie Małym.

Ostatnie metry przed szczytem to przełęcz Pod Czuplem (872 m), gdzie czerwony szlak skręca w prawo i łączy się z niebieskim, stanowiącym finalny odcinek na wierzchołek. Droga była kamienista, śliska i pokryta wilgotnymi liśćmi, wymagając od nas szczególnej ostrożności. Na szczycie powitał nas tłum turystów i charakterystyczna tabliczka – choć miejsce nie słynie z panoramicznych widoków, cieszy się dużą popularnością ze względu na przynależność do Korony Gór Polski.​

Na wierzchołku przybiliśmy pieczątki do książeczek – z wyjątkiem mamy, która nie zabrała książeczki KGP w ferworze pakowania na wyjazd. To pretekst do powrotu na tę trasę w przyszłości!

Droga powrotna, po przebraniu się w suche i ciepłe ubrania, okazała się wymagająca – zwłaszcza ze względu na wilgotne liście i mało stabilne podłoże. Jednak czas szybko minął, a trasę o łącznej długości 7 km i przewyższeniu 600 m pokonaliśmy w trzy godziny.​

Informacje praktyczne:
Wybierz dzień o chłodnej pogodzie – unikniesz przegrzania podczas podejścia.
Dobierz odpowiednie buty – szlak jesienią jest śliski, wymaga stabilnego obuwia z bieżnikiem.
Zabierz kijki – pomogą przy stromym i śliskim zejściu.
Sprawdź wyposażenie przed trasą – nie tylko pieczątka, ale też ciepłe ubrania i przekąski (my zabraliśmy suszą wołowinę i jabłka przygotowane przez Sylwię jeszcze przed wyjazdem, hmmm, mniam … mniam).
Na szczycie może być tłoczno – dla pamiątkowego zdjęcia przygotuj się na chwilę oczekiwania.

Podsumowanie:
Czupel to idealny cel na jesienną lub wiosenną wycieczkę – nie tylko dla kolekcjonerów szczytów Korony Gór Polski, lecz także dla miłośników beskidzkiej natury i relaksu w lesie. Umiarkowana trudność, malownicze bukowe lasy i przyjemna atmosfera na szlaku sprawiają, że trasę warto powtórzyć – choćby po pieczątkę do książeczki KGP!

Skrzyczne #2 – dla Miłosza finałowa góra w Koronie Gór Polski

Po śniadaniu nasza rodzina zebrała się, by zdobyć ostatni szczyt Miłosza z listy Korony Gór Polski – Skrzyczne (1257 m n.p.m.), najwyższy punkt Beskidu Śląskiego i kultowy cel dla każdego miłośnika polskich gór. Ruszyliśmy pieszo z kwatery, a już od wczesnych godzin żar lał się z nieba, zapowiadając wyjątkowo upalny dzień.
Aby dojść do początku żółtego szlaku, trzeba było pokonać około kilometra od miejsca noclegu. Początek trasy to strome, odkryte podejście wzdłuż wyciągu narciarskiego, które od razu wystawiło nas na próbę – intensywny upał oraz roje dokuczliwych gzów nie ułatwiały wspinaczki. Odsłonięty teren sprawiał, że promienie słońca szybko odbierały siły, dlatego regularne przerwy i łyk wody były niezbędne.

Po mozolnym podejściu w końcu dotarliśmy do górnej stacji kolejki pod Małym Skrzycznem (1211m n.p.m.), gdzie znajduje się niewielki lokal gastronomiczny. Niestety, z powodu braku prądu sprzedaż była chwilowo niemożliwa, jednak obsługa stanęła na wysokości zadania i poczęstowała nas karafką wody z lodem i owocami – orzeźwienie było natychmiastowe i dodało sił na ostatni odcinek.

Od Małego Skrzycznego do głównego szczytu prowadzi już łagodniejszy, zielony szlak niemal po płaskim terenie, a mijane widoki zrekompensowały wszelkie trudy wcześniejszego marszu. 

Po chwili dotarliśmy na szczyt oraz do kultowego schroniska PTTK na Skrzycznem. W schronisku zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i przybiliśmy upragnione pieczątki w książeczkach górskich. Kolejnym punktem była zasłużona przerwa na drugie śniadanie, solidne nawodnienie i podziwianie rozległej panoramy Beskidu Śląskiego i Tatr w oddali.

Tablica na szczycie, który znajduje się nieopodal Schroniska PTTK przybliża zarówno historię miejsca jak i panujący tu klimat:

„Turysto,
stoisz teraz dokradnie na szczycie Skrzycznego (1257 m n.p.m.), wchodzącego w skład Korony Gór Polski. Od weków góra ta miara wielkie znaczenie dla tutejszych mieszkańców. Tutaj pozyskiwano drewno, na wykarczowanych halach wypasano owce, tu ukrywali sie zbójnicy, z czasem rozwinęła sie turystyka, a nieco pózniej przybyli narciarze. Kolejne pokolenia tworzyły wiec swoista magie Skrzycznego, gazie ponoć jeszcze można usłyszeć echa śpiewu zbójników, odgłosy dawnych góralskich trombit i rechot żab, które tu żyły w małym jeziorku zarośniętym sitowiną. Bo zgodnie z „Dziejopisem Żywieckim” (1704, autor Andrzej Komoniecki) nazwa góry pochodzi właśnie od skrzeczenia żab: „Stad nazwana ta góra jest Skrzecznia, gdyż w tym jeziorze żaby często skrzeczą, tak że je daleko pod wieczór słychać”.
Turysto, tak tu onegdaj bywało… Zadumaj się więc nad historia tego miejsca, ale też czerp radość z przebywania tutaj, bo w obecnych czasach Skrzyczne to góra nie tylko dla miłośników turystyki pieszej i sportów śnieżnych, ale także dla paralotniarzy, rowerzystów, biegaczy ekstremalnych i osób uprawiających wszelkie inne formy aktywności ruchowej.”

Zdecydowaliśmy, że powrót odbędzie się inną trasą – niebieskim szlakiem, którym pięć lat temu podchodziliśmy z Sylwią. Szlak uległ pewnym zmianom, na szczęście z korzyścią dla miłośników pięknych widoków – nowe przebiegi odsłaniają kolejne krajobrazy.
Samo zejście okazało się jednak wymagające przez stromizny i znaczne zmęczenie, stąd ostatnie metry były już odczuwalne i dłużyły się wyjątkowo mocno. Po zejściu wróciliśmy do centrum Szczyrku, przechadzając się między lokalnymi straganami oraz sklepikami – tym razem nie znaleźliśmy jednak nic ciekawego i postanowiliśmy wrócić na zasłużony odpoczynek.

Praktyczne wskazówki z trasy
Planując wejście latem – wyrusz wcześnie rano, gdy wciąż jest chłodniej.
Weź dużo wody – upał i otwarty teren potrafią szybko pozbawić sił.
Nakrycie głowy, okulary, krem z filtrem obowiązkowe.
Uważaj na gzy i owady – przydadzą się odstraszacze!
Zejście niebieskim szlakiem to nowe widoki, ale wymagający teren – zaplanuj przerwy.

Skrzyczne to nie tylko kolejna „zaliczona” góra, ale miejsce pełne tętniącego życiem schroniska, przepięknych beskidzkich panoram i poczucia spełnionej przygody. Dla Miłosza był to wyjątkowy dzień – symboliczne zamknięcie górskiej korony w prawdziwie letnim stylu.

Mogielica #2 – relacja z letniej wędrówki

Tym razem postanowiliśmy zdobyć Radziejową od mniej popularnej, ale bardzo urokliwej strony, zaczynając wędrówkę z Przełęczy Marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego. Parking przy szlaku okazał się dużym udogodnieniem – był bezpłatny i przestronny, dzięki czemu bez stresu mogliśmy ruszyć na szlak.
Szlak zielony prowadził nas najpierw przez otwartą polanę, a następnie łagodnie wprowadził w gęsty, pachnący las. Po niespełna kilometrze od parkingu trafiliśmy pomiędzy zabudowania małej wioski. W tym miejscu Sylwia przypomniała sobie, że zapomniała przełożyć książeczki KGP i GOT do nowego plecaka. Szybko wróciła po nie, a reszta z nas podążała dalej powoli, by nie nadwyrężać kondycji i zachować siły na ewentualne późniejsze podejście pod Czupel.
Trasa wiodła przez kwieciste łąki i cieniste partie lasu, zapewniając przyjemne urozmaicenie krajobrazu. Wysokie trawy i dzikie kwiaty kołysały się na wietrze, a odgłosy ptaków i szum drzew sprzyjały spokojnej, niemęczącej wędrówce. Dzięki naszym wskazówkom Sylwia szybko nas dogoniła i dalszą drogę pokonaliśmy już wspólnie.

Wkrótce dotarliśmy na polanę na samym szczycie Radziejowej. Obowiązkowe zdjęcia przy tabliczce szczytu i pieczątki w książeczkach potwierdzały zdobycie wierzchołka. 

Z radością wspięliśmy się również na nową wieżę widokową – pięć lat temu stara drewniana konstrukcja była już zamknięta dla turystów i w kiepskiej kondycji. Obecnie wieża prezentuje się znakomicie i pozwala podziwiać imponujące panoramy Beskidu Sądeckiego i Tatr.

Mimo pokusy, by dłużej nasycać się widokami, szybkie popołudnie zmusiło nas do powrotu. Zejście okazało się znacznie krótsze i minęło nam na żywych rozmowach. Czuć było już zmęczenie upalnego dnia, więc zrezygnowaliśmy z dodatkowego wejścia na Czupel, odkładając ten plan na inną, chłodniejszą okazję.

Wyprawa zajęła nam niecałe trzy godziny, podczas których pokonaliśmy trochę ponad 7 kilometrów i około 500 metrów przewyższenia. Nawet przy niższej kondycji trasa jest umiarkowanie wymagająca, ale niezwykle widokowa i dająca dużą satysfakcję.

Praktyczne wskazówki:
Parking przy przełęczy jest bezpłatny i wygodny.
Szlak zielony jest malowniczy, prowadzi zarówno przez las, jak i widokowe polany.
Nowa wieża widokowa na Radziejowej jest bezpieczna, a widoki z niej warte każdego kroku.
W upalne dni pamiętaj o dobrym nawodnieniu, okryciu głowy i kremie z filtrem.
Nie zapomnij książeczki KGP i GOT – pieczątka z Radziejowej to satysfakcjonujące zwieńczenie wysiłku!

Takie wyprawy udowadniają, że Beskid Sądecki oferuje nie tylko piękne szlaki i rozległe panoramy, ale także niezapomniane, rodzinne chwile oraz możliwość doświadczenia spokoju płynącego z kontaktu z naturą i regionalną historią.

Radziejowa #2 – Wakacyjna wędrówka na szczyt z widokiem na Tatry

Pierwszym celem naszej wakacyjnej górskiej wyprawy była Radziejowa – najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego (1266 m n.p.m.), znana z rozległych panoram i malowniczych szlaków. Po noclegu w Nowym Sączu czekał nas około 40-minutowy przejazd do wioski Obidza, będącej tradycyjnym punktem startowym na Radziejową.
Od ostatniej wizyty minęło pięć lat i przez ten czas sporo się zmieniło. Droga dojazdowa do Obidzy została zamknięta dla ruchu turystycznego około 3 km przed wsią, a na poboczu powstał nowy, płatny parking. Chcąc uniknąć asfaltowego odcinka, zdecydowaliśmy się poszukać miejsca na prywatnej posesji i udało się – za 20 zł za dzień zostawiliśmy auto tuż przy planowanym miejscu startu.
Około 9:30 ruszyliśmy niebieskim szlakiem, który prowadzi przez lasy i polany, oferując po drodze widoki na Tatry.

Trasa na Radziejową jest niezwykle malownicza. Po około 3 km dotarliśmy na szczyt Wielki Rogacz (1182 m n.p.m.), co prawda wszystko jest zarośnięte i nie ma widoków ale jest miła planka na odpoczynek.

Dalej droga prowadziła czerwonym szlakiem, który po kolejnych 2 km doprowadził nas na sam szczyt Radziejowej. Tam czekała na nas wieża widokowa, z której rozpościera się spektakularny widok na Tatry, Pieniny, Beskid Sądecki i Niski.

Na szczycie Radziejowej przybiliśmy pieczątki w książeczkach GOT, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i weszliśmy na wieżę widokową. To właśnie tutaj, ku mojemu zaskoczeniu, cała rodzina odśpiewała mi „Sto lat” – tego dnia obchodziłem urodziny. Było to niezwykle wzruszające przeżycie – świętować w tak pięknych okolicznościach przyrody, w gronie najbliższych. Otrzymałem również wyjątkowy prezent od Sysi, który sprawił mi ogromną radość.

Pomimo upału świetnie radziliśmy sobie z trasą, regularnie nawadniając się i robiąc przerwy na drugie śniadanie w cieniu lasu na szczycie. W drodze powrotnej schodziliśmy bardzo ostrożnie ponieważ podczas podchodzenia, przydarzyło mi się drobne poślizgnięcie na kamieniach i niewielka obcierka – na szczęście wszystko skończyło się dobrze.
Wędrówka kamienistym szlakiem wśród zielonych zboczy zajęła nam około 3 godzin, a dystans wyniósł niecałe 10 km.

Informacje praktyczne:
Parking: Sprawdź aktualne zasady dojazdu do Obidzy – możliwe, że trzeba będzie zostawić auto na płatnym parkingu kilka kilometrów wcześniej lub poszukać miejsca na prywatnej posesji.
Szlaki: Trasa niebieskim i czerwonym szlakiem jest dobrze oznakowana, prowadzi przez różnorodne tereny – od lasów po widokowe polany.
Wieża widokowa: Warto wejść na wieżę na Radziejowej – panorama Tatr i okolic to niezapomniane przeżycie.
Wyposażenie: W słoneczne dni nie zapomnij o nakryciu głowy, wodzie i kremie z filtrem. Szlak miejscami jest kamienisty – solidne buty trekkingowe to podstawa.
Bezpieczeństwo: Uważaj na śliskie kamienie, szczególnie podczas zejścia.

Podsumowanie:
Wędrówka na Radziejową to doskonały pomysł na aktywny dzień w górach, połączony z podziwianiem niezwykłych widoków i przeżywaniem rodzinnych chwil. To także okazja do refleksji nad pięknem beskidzkiej przyrody, historią regionu i własnymi przeżyciami. Takie wyprawy pozostają w pamięci na długo – szczególnie, gdy można je połączyć z wyjątkowym świętem w gronie najbliższych.

Śnieżka w pełnym słońcu: Wielkanocna wyprawa na dach Karkonoszy

Wielkanocna niedziela, 20 kwietnia 2025 roku. Po emocjach na Wysokiej Kopie, nadszedł czas na główne danie wyjazdu. Meldujemy się w Karpaczu, gdzie zostawiamy auto na parkingu nieopodal stacji paliw Orlen. Początkowo ruszamy czerwonym szlakiem, by przy Orlinku odbić na czarny, prowadzący nas w stronę dolnej stacji kolejki na Kopę. Po drodze obowiązkowy przystanek przy kasie Karkonoskiego Parku Narodowego – bilety kupione, możemy ruszać w górę!

Podejście czarnym szlakiem (tzw. Śląską Drogą) to mozolna wędrówka po kamieniach. Choć nachylenie nie jest ekstremalne, temperatura i palące słońce dały nam się we znaki. Robimy częste postoje – nie tylko dla złapania oddechu, ale przede wszystkim dla widoków. Przejrzystość powietrza tego dnia była fenomenalna, co widać na każdym kroku. Sytuacja zmienia się na wysokości Białego Jaru – teren się wypłaszcza, a od górnej stacji wyciągu aż do Domu Śląskiego idzie się już niemal zupełnie po płaskim.

W Domu Śląskim planowaliśmy dłuższą przerwę na pieczątki i zimne piwo, ale kolejki skutecznie nas zniechęciły. Postanowiliśmy zdobyć szczyt „na raz”. Zamiast pchać się ostro w górę czerwonymi zakosami, wybraliśmy niebieski szlak (Drogę Jubileuszową). Jest nieco dłuższa, ale łagodniejsza i oferuje zupełnie inną perspektywę na karkonoskie kotły. Na szczycie – tłumy! Czesi mają tu swoją kolejkę linową, co sprawia, że Śnieżka tętni życiem jak deptak. W czeskiej knajpce znów przegraliśmy walkę z kolejką po złocisty napój, więc po pamiątkowych zdjęciach pod Obserwatorium (słynnymi „Talerzami”), ruszyliśmy w dół.

Zmęczenie słońcem było już spore, ale chęć poznania nowych ścieżek zwyciężyła. Zamiast wracać tą samą drogą, od Domu Śląskiego ruszyliśmy niebieskim szlakiem w stronę Strzechy Akademickiej. To był strzał w dziesiątkę! Szeroka, wyłożona kamieniami droga (służąca również ratownikom GOPR) pozwoliła nam szybko wytracić wysokość. W Strzesze Akademickiej w końcu dopięliśmy swego – chłopcy dostali solidne porcje frytek, a dorośli mogli odpocząć przy piwie z sokiem imbirowym.

Zejście żółtym szlakiem do dolnej stacji kolejki minęło błyskawicznie. To urokliwy i łatwy odcinek, idealny na zakończenie dnia. Zanim wsiedliśmy do auta, zahaczyliśmy jeszcze o Żabkę na „obowiązkowe” lody – zasłużona nagroda za 1603 metry przewyższenia (w nogach!).

Informacje o trasie

  • Szczyt: Śnieżka (1603 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Karkonoszy i Sudetów.
  • Przebieg trasy: Karpacz (Orlen) -> szlak czerwony -> szlak czarny (Orlinek) -> Dom Śląski -> szlak niebieski (Droga Jubileuszowa) -> Śnieżka -> powrót do Domu Śląskiego -> szlak niebieski do Strzechy Akademickiej -> szlak żółty -> Karpacz.
  • Podejście: Mozolne, kamieniste odcinki na szlaku czarnym.
  • Charakterystyka: Trasa widokowa, bardzo eksponowana na słońce, technicznie łatwa, ale wymagająca kondycyjnie ze względu na długość.

Porady i Informacje praktyczne

Parking i koszty:

  • Zaparkowaliśmy przy ul. Konstytucji 3 Maja (obok Orlenu). Cena to 40 zł za cały dzień. To dobra baza wypadowa, jeśli planujecie pętlę kończącą się w okolicach Białego Jaru.
  • Bilety do KPN: Pamiętajcie, że wejście do Karkonoskiego Parku Narodowego jest płatne. Budka kasowa znajduje się przy dolnej stacji kolejki. Można też kupić bilety online (eparki.pl), co pozwala uniknąć kolejki przy wejściu.

Wybór wariantu na szczyt:

  • Jeśli idziecie z dziećmi lub po prostu chcecie oszczędzać kolana, wybierzcie szlak niebieski (Drogę Jubileuszową) zamiast czerwonych zakosów. Jest znacznie łagodniejszy, choć droga się wydłuża. Widoki na Kocioł Łomniczki są tego warte!

Schroniska i pieczątki:

  • Dom Śląski to najbardziej oblężone miejsce. Jeśli chcecie tylko pieczątkę, szukajcie jej przy wejściu lub w okolicach bufetu. Na jedzenie i napoje w weekendy warto mieć zapas cierpliwości lub … własny prowiant.
  • Strzecha Akademicka: Zdecydowanie polecamy to schronisko na odpoczynek. Ma niesamowity klimat (to jedno z najstarszych schronisk w Karkonoszach) i zazwyczaj jest tam nieco luźniej niż w Domu Śląskim.

Ciekawostka historyczna i przyrodnicza:

  • Budowle na szczycie: Polska strona Śnieżki to słynne „spodki” z lat 70., natomiast czeska to najstarsza w Czechach rotunda św. Wawrzyńca (z XVII wieku) oraz nowoczesny budynek poczty (Anežka).
  • Pogoda: Śnieżka to jedno z najbardziej wietrznych miejsc w Polsce. Nawet jeśli w Karpaczu jest upalnie (jak podczas naszej wyprawy), na szczycie warto mieć w plecaku coś od wiatru – warunki potrafią zmienić się w 15 minut.

Nawigacja powrotna:

  • Zejście żółtym szlakiem od Strzechy Akademickiej do Białego Jaru to bardzo wygodna opcja. Droga jest szeroka, utwardzona granitowymi blokami – to właśnie tędy często przemykają samochody terenowe GOPR-u.

Strona 1 z 7

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén