Nieważne gdzie, ważne z kim!!!

Kategoria: Góry Strona 1 z 20

Barania Góra (1220 m n.p.m.): Wodospady, błoto i zimowe zaskoczenie

Barania Góra to drugie co do wysokości wzniesienie Beskidu Śląskiego i miejsce szczególne – to właśnie tutaj swoje źródła ma królowa polskich rzek, Wisła. Nasza wyprawa była pełna kontrastów: od kojącego szumu wodospadów w dolinie, po walkę o równowagę na ośnieżonym szczycie. Zapraszamy na relację z trasy przez malowniczą Dolinę Białej Wisełki.

Tym razem postawiliśmy na poranek bez pośpiechu. Wstaliśmy około 9:00 i dzień zaczęliśmy od solidnego śniadania w barze „U Wisełki”, tuż przy parkingu w Wiśle Czarne. Najedzeni i pełni energii, o 10:00 zameldowaliśmy się na niebieskim szlaku.
Początkowe 3 kilometry to czysta sielanka – spacer asfaltową drogą przez Dolinę Białej Wisełki. Szum wody, formacje skalne i kaskady tworzyły bajkową scenerię. Jednak góry szybko przypomniały nam o swoim charakterze. Gdy szlak odbił w kamienistą drogę i zaczął piąć się w górę, przywitało nas błoto, a im wyżej byliśmy, tym robiło się chłodniej. Wkrótce jesienno-wiosenny krajobraz ustąpił miejsca regularnej zimie, a śnieg pokrył szlak na całej szerokości.

Tutaj popełniliśmy mały błąd logistyczny – raczki zostały w domu. Na szczęście nasze kijki trekkingowe uratowały nas przed niejedną „wywrotką” na śliskim podejściu. 

Mimo sporej liczby turystów, szło się nam bardzo przyjemnie. Ostatni odcinek wynagrodził każdy trud: przejrzystość powietrza była niesamowita, otwierając przed nami potężną panoramę Beskidów.

Na szczycie obowiązkowo weszliśmy na wieżę widokową, by nacieszyć oczy widokami 360 stopni. Po sesji zdjęciowej i odwiedzeniu punktu widokowego, zaczęliśmy spokojny powrót. 

Po drodze zatrzymaliśmy się w turystycznej wiacie na zasłużony posiłek regeneracyjny z własnych zapasów. Kanapka z widokiem na góry smakuje najlepiej!

Informacje o trasie:

  • Dystans: ok. 13,9 km (w obie strony z parkingu przy OSP Wisła Czarne).
  • Czas przejścia: ok. 4:47 h (w zależności od warunków na szlaku i czasu spędzonego na szczycie).
  • Suma podejść: ok. 691 m.
  • Szlak: niebieski z parkingu przy OSP Wisła Czarne.
  • Punkt startu: Parking przy OSP Wisła Czarne (10 zł/doba).

Porady i ciekawostki:

  • Kaskady Rodła: Idąc Doliną Białej Wisełki, mijacie najwyższe wodospady w Beskidzie Śląskim. Zespół 25 naturalnych progów rzecznych tworzy tzw. Kaskady Rodła. Nazwa ta została nadana w 1987 roku dla upamiętnienia symbolu łączności Polaków z macierzą. Najwyższe kaskady mają nawet 5 metrów wysokości!
  • Barania Góra jako źródło: To właśnie na stokach Baraniej Góry wypływają potoki: Biała i Czarna Wisełka, które po połączeniu dają początek Wiśle. Biała Wisełka, którą szliśmy, jest uznawana za potok bardziej „górski” i bystry.
  • Wieża widokowa: Obecna, stalowa konstrukcja na szczycie ma wysokość 15 metrów. Przy tak dobrej przejrzystości, jaką my trafiliśmy, można z niej dostrzec nie tylko Tatry, ale i czeską stronę z Pradziadem na czele oraz słowacką Małą Fatrę.
  • Skałki Wykapane: Na zboczach góry można natknąć się na ciekawe ambony skalne zbudowane z piaskowca istebniańskiego. To one tworzą ten surowy, „dziki” klimat trasy.

Uważaj na pogodę! Barania Góra słynie z tego, że lubi „zatrzymać” chmury. My mieliśmy szczęście, ale często bywa tu mgliście. Pamiętajcie też o raczkach w okresie marzec/kwiecień – w dolinie może być wiosna, a na szczycie lód!

Śnieżnik w zimowej odsłonie – królestwo śniegu i nowa wieża widokowa

Wstaliśmy o 8:30. Nie powiem, ciężko było wygrzebać się z pościeli, ale szybka kawa i świąteczne śniadanie postawiły nas na nogi. O 9:40 ruszyliśmy naszą trójką w stronę Kletna. Pogoda zapowiadała się całkiem przyjemnie: lekkie słońce i temperatura w okolicach -2 stopni. Punktualnie o 11:00 zostawiliśmy auto na dalszym parkingu (koszt 13 zł za dzień) i ruszyliśmy na nasz dzisiejszy cel – Śnieżnik.
Pierwsze dwa kilometry trasy to łagodne podejście żółtym szlakiem, który prowadzi szeroką, utwardzoną drogą w stronę schroniska i przebiega obok Jaskini Niedźwiedzia. To idealny moment na rozgrzewkę i nacieszenie się zimowym lasem (zwłaszcza, że ku naszemu zdziwieniu spotkaliśmy znajomego z Koronowa).

Wkrótce jednak droga skręciła, a my weszliśmy w gęstszy las. Tutaj zaczęło się prawdziwe podejście – bardziej strome i wymagające, głównie przez zalegający śnieg i wystające kamienie. Ten leśny odcinek składa się z dwóch etapów, przy czym ten drugi potrafi już solidnie wycisnąć pot na czole. Dopiero około czwartego kilometra szlak ponownie wyprowadził nas na otwartą przestrzeń drogi dojazdowej do samego schroniska.

W Schronisku PTTK „Na Śnieżniku” zrobiliśmy chwilę przerwy. To miejsce ma niesamowity klimat, zwłaszcza zimą, gdy z komina unosi się dym, a turyści otrzepują buty ze śniegu. Podbiliśmy pieczątki w naszych książeczkach, złapaliśmy oddech i bez zbędnej zwłoki ruszyliśmy dalej.

Przed nami był ostatni odcinek – zielony szlak prowadzący bezpośrednio na szczyt. Czekało nas tu wielkie zaskoczenie. Pamiętaliśmy ten fragment jako wymagające podejście po wielkich głazach, tymczasem obecnie to łatwa, szeroka i bardzo wygodna ścieżka. Zanim jednak weszliśmy na otwartą halę podszczytową, musieliśmy się dodatkowo docieplić – wiatr w tym miejscu zaczął dąć z ogromną siłą. Na szczęście piękna panorama dodawała nam energii i żaru, rekompensując trud podejścia i zimny wiatr.

Po pokonaniu całego podejścia naszym oczom ukazała się ona – wspaniała, lśniąca w słońcu wieża widokowa. Oddano ją do użytku dwa lata wcześniej, więc widzieliśmy ją na żywo po raz pierwszy. Jej nowoczesna konstrukcja niesamowicie kontrastuje z dzikością Śnieżnika. Oczywiście wejście na górę było obowiązkowe.

Widoki z góry dosłownie zapierają dech. Dziś przejrzystość powietrza była bajeczna – panorama Sudetów rozciągała się aż po horyzont. Na samym szczycie, który jest całkowicie odsłonięty, było jednak niebotycznie zimno. Silny wiatr i niska temperatura sprawiły, że szybko zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia przy tablicach szczytowych.
Zeszliśmy z powrotem do schroniska, żeby się ogrzać. Gorąca zupa na rozgrzewkę przed dalszą drogą była najlepszą decyzją tego dnia. Czas jednak nieubłaganie uciekał, a my nie mieliśmy dużego zapasu przed zachodem słońca. Szybko się zebraliśmy, założyliśmy raczki (nieocenione na wyślizganym szlaku!) i ruszyliśmy tą samą drogą w dół.
Dzięki raczkom i kijkom udało nam się sprawnie i, co najważniejsze, bezpiecznie zejść do samochodu. Śnieżnik po raz kolejny pokazał nam, jak piękne (i mroźne!) potrafią być polskie góry zimą.

Informacje o trasie:

  • Dystans: ok. 13,5 km (w obie strony z Kletna).
  • Czas przejścia: ok. 5,5 h (w zależności od warunków i czasu spędzonego w schronisku).
  • Suma podejść: ok. 750 m.
  • Szlak: Żółty (z Kletna do Schroniska), Zielony (ze Schroniska na Szczyt).
  • Punkt startu: Parking w Kletnie (dalszy 13 zł, bliższy 18 zł).

Porady i wskazówki:

  • Raczki i kijki: Zimą to absolutny must-have. Nawet jeśli na parkingu nie ma śniegu, leśne podejścia pod Śnieżnikiem bywają wyślizgane przez setki turystów i bez raczków zejście może być niebezpieczne.
  • Pogoda na szczycie: Śnieżnik jest znany z bardzo silnych wiatrów. Nawet przy słonecznej pogodzie na dole, na szczycie zawsze miej pod ręką kominiarkę, gogle lub okulary i dodatkową warstwę pod kurtkę.
  • Wieża widokowa: Wstęp na wieżę jest bezpłatny. Warto wejść, nawet jeśli wieje, bo oszklona platforma daje pewną osłonę przed wiatrem podczas podziwiania widoków.

Ciekawostki:

  • Wilhelmturm: Dzisiejsza wieża stoi niedaleko miejsca, gdzie dawniej znajdowała się kamienna wieża widokowa im. cesarza Wilhelma I. Została ona wysadzona w powietrze w 1973 roku ze względu na zły stan techniczny.
  • Słoń ze Śnieżnika: Symbolem szczytu i schroniska jest rzeźba słonia, która znajduje się nieopodal fundamentów dawnego schroniska (po stronie czeskiej). Została postawiona w 1932 roku przez grupę artystów.
  • Specyficzny mikroklimat: Śnieżnik to jedyne miejsce w Sudetach Wschodnich, gdzie występuje piętro alpejskie. Śnieg potrafi tu zalegać nawet przez 200 dni w roku, stąd też wzięła się nazwa góry.

Kowadło – skalny strażnik Gór Złotych i zimowy koniec świata w Bielicach

Prosto ze szczytu Rudawca, nie tracąc ani chwili i nie zaglądając nawet do samochodu, ruszyliśmy na podbój kolejnego celu – Kowadła (989 m n.p.m.). Było tuż przed godziną 15:00, słońce zaczęło już powoli zmieniać barwę na popołudniową, co w połączeniu ze śniegiem dawało niesamowity klimat. Z Bielic, które same w sobie są ciekawym miejscem (powstały w XVII wieku jako wieś drwali i szklarzy), prowadzi zielony szlak. Początkowo ścieżka pnie się dość zdecydowanie pod górę, ale to równy, miarowy wznios, który choć nie pozwala na sprint, to daje ogromną satysfakcję z każdego kroku. Już po chwili za naszymi plecami otworzyła się panorama na dolinę, z której przyszliśmy.

Przez pierwszy kilometr szliśmy szeroką, wygodną drogą leśną. Tutaj należy wspomnieć, że Kowadło to szczyt dość kontrowersyjny – choć zaliczany do Korony Gór Polski jako najwyższy punkt Gór Złotych, niektórzy geografowie wskazują na czeski Smrek, którego wierzchołek jest nieco wyższy, ale leży po stronie naszych sąsiadów. Po około kilometrze szlak odbił w prawo, zanurzając się w gęstszy las.

To tutaj, po przejściu kolejnych 300 metrów, nasza zielona ścieżka połączyła się z żółtym szlakiem. Od tego punktu wędrówka stała się jeszcze ciekawsza, bo ruszyliśmy wzdłuż charakterystycznych biało-czerwonych słupków granicznych, oddzielających Polskę od Czech.

Maszerowanie granicą zawsze ma w sobie coś z ducha przygody, zwłaszcza z takimi widokami jak powyżej. Po około 250 metrach, przed samym wierzchołkiem stanęliśmy przed wyborem. Szlaki rozdzieliły się: zielony łagodnie obchodził szczyt lasem (to właśnie nim wcześniej zdobywaliśmy szczyt), natomiast żółty obiecywał nieco więcej emocji. Wybraliśmy wariant żółty, który prowadzi stromym podejściem po blokach skalnych. To właśnie tym skałkom szczyt zawdzięcza swoją nazwę – ich kształt przy odrobinie wyobraźni przypomina kowadło. Wspinaczka po nich w zimowych warunkach wymagała skupienia, ale była najciekawszym elementem trasy.

Wreszcie, po pokonaniu 2 kilometrów i 45 minutach marszu, stanęliśmy na szczycie. Kowadło przywitało nas mroźnym powietrzem i poczuciem dobrze wykonanego planu. Choć sam wierzchołek jest mocno zalesiony, znajduje się tam sporo formacji skalnych, z których przy dobrej widoczności można dostrzec Góry Bialskie oraz czeską stronę Sudetów Wschodnich. Ciekawostką jest, że przed laty szczyt ten nazywano Kovadlina (po czesku), a polska nazwa jest bezpośrednim tłumaczeniem. Nie mogło się obejść bez celebracji – szybko wyciągnęliśmy nasze książeczki, by przybić upragnione pieczątki potwierdzające zdobycie kolejnego szczytu do kolekcji i to przedostatniego.

Nasyceni atmosferą sukcesu i zimowymi krajobrazami, zdecydowaliśmy się na powrót łagodniejszym, zielonym szlakiem. To była dobra decyzja – kolana mogły odpocząć, a my mogliśmy spokojnie podziwiać, jak las powoli przygotowuje się do wieczoru. Ta pętla to idealne domknięcie dnia w Górach Złotych.

Informacje Praktyczne:
Parking: W Bielicach znajduje się bezpłatny parking na końcu wsi, tuż przy wejściu na szlaki.
Wyposażenie: Zimą raczki to absolutna podstawa – podejścia bywają oblodzone.
Warianty podejścia: Jeśli idziecie z dziećmi lub w bardzo śliskich warunkach, wybierzcie szlak zielony w obie strony. Żółty wariant po skałkach jest efektowny, ale przy oblodzeniu może być zdradliwy bez raczków.
Dla zdobywców: Pieczątka KGP znajduje się na szczycie w drewnianej skrzynce. Jeśli skrzynka byłaby pusta, pieczątkę znajdziecie też w leśniczówce w Bielicach lub w pobliskiej Chacie Cyborga.

Góry Bialskie w zimowej szacie: Rudawiec (1106 m n.p.m.) z Bielic

Góry Bialskie, przez wielu nazywane „polskimi Bieszczadami” lub „najdzikszymi górami w Polsce”, przywitały nas w ten mroźny dzień iście bajkowym krajobrazem. 
Naszą przygodę zaczęliśmy w Kudowie, skąd o 9:30 wyruszyliśmy w półtoragodzinną trasę do Bielic. Ta urokliwa wieś, położona w dolinie Białej Lądeckiej, to idealny punkt startowy dla każdego, kto szuka spokoju i ucieczki od komercji. Bielice – dla jednych koniec świata, dla nas to początek naszej dzisiejszej przygody.
Termometr pokazał -7°C, co przy lekkim wietrze od razu zmotywowało nas do działania. Szybki serwis: plecaki na plecy, raczki na buty (niezbędne przy tym oblodzeniu!) i ruszamy całą naszą trójką na szlak (Sylwia, Elżbieta i Patryk).

Początkowe 1,5 km to przyjemny spacer „po płaskim” doliną rzeki szlakiem zielono-niebieskim. Tutaj jednak trzeba zachować czujność! Uważajcie na rozejście szlaków. Nasz zielony szlak w pewnym momencie ostro odbija w prawo, pnąc się pod górę, podczas gdy niebieski biegnie dalej dnem doliny.
Kolejny kilometr to konkretne podejście. Dzięki niemu szybko zyskaliśmy wysokość (całkowite przewyższenie na trasie to ok. 435 m). Dalej było już lżej – szlak prowadzi przez malownicze leśne tereny, które tego dnia wyglądały jak z „Krainy Lodu”.

Po przekroczeniu 4. kilometra szlak skręca w prawo i prowadzi nas wzdłuż granicy polsko-czeskiej. Po drodze mijamy szczyt Iwinka (1079 m n.p.m.): Choć to „tylko” przystanek w drodze na cel, widoki oszronionych drzew robiły na nas niesamowite wrażenie.

Równo na 5. kilometrze zameldowaliśmy się na Rudawcu (1106 m n.p.m.). To najwyższy punkt Gór Bialskich (według niektórych źródeł), a dla nas kolejny krok do zdobycia drugiej Korony Gór Polski. Formalności musiało stać się zadość – pieczątki wbite do książeczek, pamiątkowe fotki zrobione i… szybka ewakuacja, bo mroźny wiatr nie pozwalał na długie biesiadowanie.

Schodziliśmy sprawnie, utrzymując równe tempo. Po drodze zboczyliśmy nieco ze szlaku, by sprawdzić lokalny Schron Noclegowy oraz już na dole zwiedzamy pomnik Andrzeja Kranicica: Niezwykłe miejsce upamiętniające lokalnego przewodnika i miłośnika gór. Charakterystyczny rower i narty wkomponowane w pomnik zatrzymują na chwilę refleksji.

Cała pętla zamknęła się w 10 km i zajęła nam około 3,5 godziny. To była jednak dopiero pierwszy z dwóch naszych dzisiejszych szczytów. Mama została przy aucie na zasłużony odpoczynek, a my… od razu ruszyliśmy w stronę Kowadła!

Informacje Praktyczne:
Parking: W Bielicach znajduje się bezpłatny parking na końcu wsi, tuż przy wejściu na szlaki.
Wyposażenie: Zimą raczki to absolutna podstawa – podejścia bywają oblodzone.
Ciekawostka: Rudawiec znajduje się w pobliżu rezerwatu „Puszcza Śnieżnej Białki”, gdzie można podziwiać fragmenty pierwotnego lasu dolnośląskiego.
Dla zdobywców: Pieczątka KGP znajduje się na szczycie w metalowej skrzynce.

Tajemnica Skalnej Czaszki i tragiczna historia Narożnika – Zima w Górach Stołowych

Góry Stołowe nigdy nie przestają nas zaskakiwać. Choć sezon letni dawno za nami, te rejony o tej porze roku mają w sobie coś magicznego – mieszankę słońca, szronu i gęstej mgły, która dodaje skałom dramatyzmu. Tym razem naszym celem była legendarna Skalna Czaszka oraz czwarty co do wysokości szczyt tego pasma – Narożnik (851 m n.p.m.). Po spokojnym poranku i obowiązkowej „drugiej kawie”, o godzinie 11:00 ruszyliśmy w drogę. Po 15 minutach od wyjścia zameldowaliśmy się na bezpłatnym parkingu na Lisiej Przełęczy (790 m n.p.m.).

Dzień zaczęliśmy z przytupem, bo od geocachingu. Pierwszy kesz ukryty w wiatce parkingowej padł łupem Sylwii! To jej absolutny debiut w roli poszukiwacza skarbów, więc ekscytacja była ogromna. Szybki wpis do LogBooka i ruszamy za niebieskimi znakami szlaku, który początkowo prowadzi stromo pod górę kamiennymi stopniami.

Podejście na Narożnik z Lisiej Przełęczy nie jest długie, ale potrafi wycisnąć pot, zwłaszcza gdy pod nogami pojawia się pierwszy szron. W połowie drogi udało mi się odnalezyć drugiego kesza, więc humory dopisywały. Szlak prowadzi tutaj wzdłuż krawędzi piaskowcowych urwisk, skąd rozpościerają się pierwsze panoramy.

Jednak góry to nie tylko radość, ale i pamięć. Zatrzymaliśmy się przy miejscu tragicznej śmierci dwójki studentów z 1997 roku. Mała kapliczka i tablica pamiątkowa na skale przypominają o niewyjaśnionej do dziś zbrodni.

Na szczycie Narożnika próbowaliśmy namierzyć trzeciego kesza, ale bezskutecznie, więc dokonaliśmy jego reaktywacji. Kontynuowaliśmy wędrówkę szlakiem niebieskim w stronę Kopy Śmierci. Po drodze minęliśmy charakterystyczne formy skalne.

Aby dotrzeć do samej Skalnej Czaszki, musieliśmy odbić ze szlaku niebieskiego w oznakowaną ścieżkę prowadzącą po schodach w dół urwiska (około 15-20 minut za Narożnikiem). Dojście zajęło nam ok. 1,5 godziny od startu. Ta formacja robi niesamowite wrażenie – natura potrafi być genialnym rzeźbiarzem, a „oczodoły” czaszki są wystarczająco duże, by w nich usiąść.

Dalsza część naszej pętli prowadziła przez tzw. Ścieżkę nad Urwiskiem. Po drodze krajobraz stawał się coraz bardziej surowy, a drzewa pokrywał biały nalot szronu.

Schodząc niżej, weszliśmy w gęstszy las, gdzie skały przybierały coraz bardziej fantazyjne, pionowe formy.

Szlak w tym miejscu łagodnieje i przechodzi w szeroką drogę leśną, idealną na chwilę oddechu przed ostatnim podejściem.

Na koniec, w drodze powrotnej odwiedzamy Geoatrakcje Gór Stołowych. Pierwsze są Podmorskie Tarasy, które jednak na nas nie robią dużego wrażenia a dotarcie do nich wymaga pokonania kilkudziesięciu schodków.

Natomiast druga Geoatrakcją Gór Stołowych była Wisząca Skała do której dotarcie również wymagało ostrej wspinaczki po schodach.

Dalej ruszamy w kierunku Skał Puchacza, gdzie domykamy pętlę i przechodzimy na drugą stronę szosy (droga „Stu Zakrętów”). Wybieramy żółty szlak prowadzący do Fortu Karola. Wybudowany w 1790 roku jako pruska strażnica, dziś jest ruiną z jednym z najlepszych punktów widokowych w regionie. Niestety, pogoda zmieniła się całkowicie – słońce zniknęło, a gęsta mgła ograniczyła widoczność do kilku metrów. Co ciekawe, mimo wiosny w dolinach, tutaj wciąż zalegało mnóstwo śniegu.

Wracaliśmy do auta spełnieni, choć przemoczeni przez mgłę. Góry Stołowe zimą to zupełnie inna bajka niż w lecie – mniej ludzi, więcej ciszy i ta niepewność, co wyłoni się zza kolejnego obłoku pary.

Informacje techniczne:
Trasa: Lisia Przełęcz ➔ Narożnik ➔ Skalna Czaszka ➔ Podmorskie Kanały ➔ Wisząca Skała ➔ Fort Karola ➔ Lisia Przełęcz
Szlaki: Niebieski, zielony, niebieski, żółty oraz nieoznakowane dojścia do formacji skalnych
Dystans: ok. 9,1 km
Przewyższenia: ok. 262 m
Czas przejścia: ok. 4 godziny (uwzględniając eksplorację i geocaching)

Biskupia Kopa #2: Zachód słońca nad chmurami i smaki pogranicza

Nie tracąc ani minuty po zejściu ze Złotego Chlumu, przejechaliśmy na parking Petrovy Boudy znajdujący się również po czeskiej stronie. Wesoła atmosfera i dobre humory nie opuszczały naszej czwórki (Elżbieta, Ania, Sylwia i Patryk), choć słońce zaczynało już powoli chylić się ku zachodowi.

Ruszyliśmy zielonym szlakiem, który początkowo prowadził nas szeroką, kamienistą drogą przez otwarty teren, by z czasem zagłębić się w gęsty las.

To, co zobaczyliśmy po drodze, dosłownie odebrało nam mowę. Zamglone pasma górskie, skąpane w pomarańczowym blasku zachodzącego słońca przedzierającego się przez chmury, stworzyły bajkową scenerię.

Mimo zmęczenia poprzednią trasą, te dwa kilometry podejścia pokonaliśmy w 45 minut, napędzani widokami, które zmieniały się z każdą minutą.

Na szczycie (890 m n.p.m.) tradycyjnie przybiliśmy pieczątki i zrobili wspólne zdjęcie pod wieżą. Wtedy zapadła spontaniczna decyzja: schodzimy na polską stronę do Górskiego Domu Turysty „Pod Biskupią Kopą”.

Zapach regionalnych specjałów przyciągnął nas jak magnes. Zupa czosnkowa i placki po zbójnicku smakowały tam wybitnie, dając nam siły na powrót.

Wiedzieliśmy jednak, że czas ucieka. Aby nie wracać ponownie pod górę na szczyt, wybraliśmy żółty szlak, który tworzył idealną pętlę prowadzącą prosto na parking Petrovy Boudy. Ostatnie kilometry pokonaliśmy już po ciemku. Na szczęście każdy z nas miał w pogotowiu latarkę, więc bezpiecznie, choć w nieco tajemniczej aurze, dotarliśmy do samochodu.

Informacje o trasie

  • Szczyt: Biskupia Kopa (890 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Gór Opawskich.
  • Start: Parking Petrovy Boudy (Czechy).
  • Dystans: ok. 5,7 km (pętla).
  • Czas przejścia: ok. 2 godziny (z biesiadą w schronisku).
  • Suma podejść: ok. 291 m.
  • Kolory szlaków: Zielony (podejście z Czech) -> Żółty (powrót pętlą do parkingu).

Porady i Informacje praktyczne

Parking i dojazd:

  • Wybór parkingu Petrovy Boudy po czeskiej stronie to świetny sposób na skrócenie podejścia i uniknięcie największych tłumów, które zazwyczaj ciągną od strony Jarnołtówka. Parking jest darmowy.

Wieża widokowa:

  • Na szczycie znajduje się charakterystyczna biała wieża (Josefs-Warte). To najstarsza wieża widokowa w Jesionikach (z 1898 r.). Jeśli dotrzecie tam przed zachodem słońca, panorama na Pradziada i polskie niziny jest bezkonkurencyjna.

Górski Dom Turysty:

  • Pamiętajcie, że schronisko leży nieco poniżej szczytu po polskiej stronie. To jedyne schronisko w Górach Opawskich. Ich zupa czosnkowa to już legenda – idealnie rozgrzewa po zimowej wędrówce.

Bezpieczeństwo po zmroku:

  • Nasza przygoda pokazuje, że w grudniu czołówka to wyposażenie obowiązkowe, nawet na krótkich trasach. Słońce chowa się za horyzont błyskawicznie, a kamienisty żółty szlak w drodze powrotnej wymaga dobrego oświetlenia pod stopami.

Ciekawostka historyczna:

  • Biskupia Kopa od wieków była górą graniczną. Kiedyś dzieliła biskupstwo wrocławskie od ołomunieckiego (stąd nazwa), a dziś stanowi granicę państwową między Polską a Czechami.

Zlaty Chlum: Kamienna wieża, leśne źródła i świąteczny klimat Křížového vrchu

Tym razem udało nam się bez przeszkód dotrzeć w zaplanowane miejsce startu. Odpalamy mapy, sprawdzamy sprzęt do dokumentowania naszej wędrówki i tuż po godzinie 11:00 ruszamy na szlak.

Pogoda nam sprzyja – temperatura jest na lekkim plusie, co w grudniu w tych górach jest miłą odmianą. Naszym przewodnikiem jest czerwony szlak, którego trzymamy się aż do samego wierzchołka.

Początek to relaksujący spacer leśną ścieżką. Pierwsze pół kilometra idziemy po płaskim terenie, idealnie na rozgrzewkę. Dopiero gdy szlak lekko odbija w lewo, zaczyna się podejście. Nie jest ono jednak męczące – to raczej łagodna wspinaczka, która towarzyszy nam już do końca. Po drodze mijamy dwa urokliwe źródła. To prawdziwe ostoje dla strudzonych wędrowców. Są świetnie zagospodarowane, a wyryte w kamieniu daty świadczą o ich bardzo długiej historii. Widać, że Czesi dbają o te detale.

Na szlaku nie ma tłumów, choć i tak spotykamy więcej turystów niż po naszej stronie granicy. Prawdziwe centrum życia odkrywamy jednak przy rozejściu szlaków czerwonego i niebieskiego. Naszym oczom ukazała się potężna, kamienna wieża widokowa oraz tętniące życiem miejsce piknikowe. Zapach ogniska, ludzie biesiadujący przy stolikach i mała, klimatyczna knajpka – to wszystko tworzyło niesamowitą atmosferę. My jednak nie tracimy czasu na dłuższy popas. Robimy pamiątkowe zdjęcia i ruszamy na sam wierzchołek.

Sam szczyt Złotego Chlumu (891 m n.p.m.) jest nieco przekorny – mocno obrośnięty drzewami, nie oferuje żadnej panoramy. Dlatego szybko decydujemy się na drogę powrotną szlakiem niebieskim.

To był strzał w dziesiątkę! Szlak prowadzi przez pewien czas „łysym” zboczem, otwierając przed nami piękną panoramę na okoliczne góry. Po około kilometrze niebieska ścieżka zamyka pętlę i łączy się z czerwonym szlakiem, którym bezpiecznie wracamy do auta. Na deser zostawiamy sobie zwiedzanie ośrodka Křížový vrch, który oczarował nas swoim bożonarodzeniowym nastrojem.

Informacje o trasie:
Szczyt: Złoty Chlum (891 m n.p.m.) – Jesioniki, Czechy.
Dystans: ok. 4,6 km (pętla).
Czas przejścia: ok. 1-1,5 godziny (spokojnym tempem z postojami).
Suma podejść: ok. 224 m.
Kolory szlaków: Czerwony (podejście) -> Niebieski (częściowy powrót i pętla).

Porady i Informacje praktyczne

Parking i start:

  • My startowaliśmy z okolic Křížového vrchu. Jest to świetne miejsce, bo pozwala połączyć górską wędrówkę z wizytą w pięknym ośrodku turystycznym. Parking bywa obłożony, dlatego godzina 11:00 to ostatni dzwonek, by znaleźć miejsce.

Wieża widokowa Zlatý Chlum:

  • Kamienna wieża ma 26 metrów wysokości i została zbudowana w 1899 roku przez morawsko-śląskie stowarzyszenie górskie. Warto mieć ze sobą gotówkę (korony), jeśli chcecie wejść na górę (wstęp jest płatny). Widok z tarasu obejmuje m.in. Pradziada oraz Jezioro Nyskie.

Źródła na szlaku:

  • Mijane źródła (m.in. Adolfův pramen) mają długą tradycję leczniczą, związaną z pobliskim uzdrowiskiem Jesionik (Lázně Jeseník). Woda w nich jest czysta i zimna – idealna do przemycia twarzy w cieplejsze dni.

Wskazówka nawigacyjna:

  • Nie wracajcie tą samą drogą! Koniecznie wybierzcie niebieski szlak ze szczytu. To on oferuje najlepsze widoki na trasie, których nie uświadczycie na samym zalesionym wierzchołku ani na czerwonym szlaku w gęstym lesie.

Křížový vrch (Krzyżowy Wierch):

  • Na koniec koniecznie zajrzyjcie do tamtejszej restauracji lub hotelu. W okresie świątecznym dekoracje i klimat są tam po prostu magiczne. To idealne miejsce na kawę lub gorącą czekoladę po zejściu z gór.

Babia Góra w zimowej odsłonie na Święto Niepodległości

11 listopada to data symboliczna. Jedni świętują na marszach, inni biegną w zawodach, a my? My po przedwczorajszym biegu postanowiliśmy sprawdzić, czy Królowa Beskidów przyjmie nas łaskawie w ten jesienno-zimowy dzień.
Tym razem poranek był wyjątkowo leniwy. Wstawaliśmy niespiesznie, z lekką nutą niepewności co do składu ekipy. Mama szybko rozwiała wątpliwości, stwierdzając, że to nie jest jej dzień na górskie wyrypy. Szanujemy to – góry mają sprawiać radość, a nie być obowiązkiem. Ruszamy więc we dwoje: szybka kawka, śniadanie, pakowanie plecaków i w drogę.

Start: Przełęcz Krowiarki (1012 m n.p.m.)
Na szlak ruszamy chwilę przed 11:00. Sam dojazd z naszej bazy zajął nam zaledwie 20 minut. Auto zostawiamy na popularnym (i niestety drogim – 30 zł za dzień) parkingu na Przełęczy Krowiarki. Chcieliśmy zajrzeć do sklepiku po pamiątki, ale ceny skutecznie ostudziły nasz zapał. Z pustymi rękami, ale pełni energii, wbijamy pieczątki do książeczek i ruszamy czerwonym szlakiem (Główny Szlak Beskidzki) w stronę szczytu.

Etap 1: Przez las na Sokolicę (1367 m n.p.m.)
Droga nie daje taryfy ulgowej – od razu zaczyna się dość ostre, strome podejście. Pierwszy cel to Sokolica. Choć to dopiero 1/3 dystansu, to pokonujemy tu prawie połowę przewyższenia. Pogoda na dole nas rozpieszcza – typowa, przyjemna wczesna jesień. Jest na tyle ciepło, że szybko zrzucamy warstwy, żeby się nie przegrzać. Idziemy mądrze – robimy krótkie przerwy, by wyrównać oddech. Ten odcinek w osłonie lasu zajmuje nam 50 minut.

Etap 2: Kępa i zmiana krajobrazu (1521 m n.p.m.)
Kolejny przystanek to Kępa. Docieramy tu po 30 minutach od Sokolicy. Warunki wciąż są stabilne, zmęczenia brak. To właśnie tutaj zaczyna się magia Babiej Góry – wychodzimy z lasu w piętro kosodrzewiny. Drzewa karłowacieją, a widoki (teoretycznie) się otwierają.
To kluczowy moment naszej wyprawy: Strategiczny postój na przebranie. Zanim wyjdziemy na otwartą przestrzeń, zmieniamy przepoconą odzież na suchą i docieplamy się. To była najlepsza decyzja dnia! Dzięki temu dalszą, wietrzną zazwyczaj część trasy, pokonujemy w pełnym komforcie termicznym.

Etap 3: Gówniak i wejście w chmury (1617 m n.p.m.)
Po dwóch godzinach od startu meldujemy się na szczycie o uroczej nazwie Gówniak. Tutaj żarty się kończą – a zaczyna zima. Jak widać na naszych zdjęciach, słupek szczytowy pokryty jest już szadzią, a pod butami chrzęści śnieg. Wchodzimy w niskie chmury, które kradną nam widoki, ale w zamian dają niesamowity, tajemniczy klimat.
Ciekawostka: Zastanawialiście się kiedyś, skąd nazwa „Gówniak”? Nie ma ona nic wspólnego z dziećmi! Wywodzi się z czasów pasterskich, kiedy na tych wysokościach wypasano woły. „Wołowe Skałki” były miejscem, gdzie zwierzęta zostawiały po sobie… no właśnie, naturalny nawóz.

Szczyt: Diablak (1725 m n.p.m.) – Kapryśna Królowa łaskawa jak nigdy
Ostatnie 20 minut to marsz po gołych skałach i jedno bardziej strome podejście. W końcu jest! Diablak. To nasze piąte wejście na ten szczyt, ale pierwsze w tak specyficznych warunkach.
Jest biało, mroźnie i mgliście. Ale stał się cud – na Babiej Górze, znanej jako „Matka Niepogód”, jest całkowicie bezwietrznie. To ewenement! Zazwyczaj urywa tu głowę (jak przy poprzednich naszych wizytach), a my mogliśmy spokojnie nacieszyć się chwilą, zrobić zdjęcia przy oblodzonym słupku i zjeść zasłużony posiłek. W menu: banany i domowa suszona wołowina przygotowana przez Sylwię (sztos!).

Z pewnym żalem, ale i rozsądkiem, ruszamy w dół. Mimo że nasze wyjście było późne, czuliśmy się bezpiecznie, wiedząc, że zejdziemy przed zmrokiem. Po drodze mijaliśmy turystów dopiero idących na szczyt – czy byli przygotowani na nocne powroty? Mamy nadzieję, że tak, choć wyglądało to ryzykownie.

W dół lecimy jak na skrzydłach. Na Przełęczy Krowiarki meldujemy się z czasem 4 godziny i 2 minuty (całość trasy). To nasz życiowy rekord na tym odcinku, zrobiony zupełnie „przy okazji”, bez napinki.
Wnioski? Kondycja jest lepsza, niż sądziliśmy a Babia Góra, nawet bez widoków na Tatry, potrafi zachwycić mroźnym klimatem.

Informacje praktyczne – Szlak na Babią Górę
Trasa: Przełęcz Krowiarki – Sokolica – Kępa – Gówniak – Babia Góra (Diablak) – powrót tą samą drogą.
Kolor szlaku: Czerwony (Główny Szlak Beskidzki).
Dystans: ok. 9,5 km (w obie strony).
Suma podejść: ok. 720 m.
Parking: Przełęcz Krowiarki (płatny, ok. 30 zł/dzień). Warto być rano, w weekendy szybko się zapełnia.
Bilety wstępu: Babiogórski Park Narodowy (można kupić online lub w budce przy wejściu).
Wybierając się na Babią Górę jesienią i zimą, pamiętajcie o warstwach. Na dole może być ciepło (jak u nas), a na górze panować zima. Zawsze miejcie w plecaku suchą koszulkę na zmianę, czapkę, rękawiczki i kurtkę przeciwwiatrową. Szlak powyżej granicy lasu jest bardzo eksponowany!

Wiedzieliście, że…? Choć Babia Góra jest znana jako „Matka Niepogód” i słynie z wichur, nasz 11 listopada był wyjątkowo spokojny. Mieliśmy szczęście! A sam szczyt, na którym staliśmy, to tak naprawdę Diablak, najwyższy punkt w całych Beskidach Zachodnich natomiast nazwa Babia Góra odnosi się do całego masywu. Szczyt Diablaka leży dokładnie na granicy polsko-słowackiej. Cały masyw jest objęty ochroną i stanowi Babiogórski Park Narodowy, który ze względu na unikalne piętra roślinne (od lasów po piętro kosodrzewiny i murawy alpejskie) został wpisany na listę Światowych Rezerwatów Biosfery UNESCO. Według jednej z legend Diablak to resztki zamku, który budował diabeł dla babki-czarownicy. Gdy słońce wzeszło, budowla runęła, tworząc stertę kamieni – dzisiejszy szczyt.
Z kolei charakterystyczny, duży kamienny mur na szczycie (za którym i my nie raz się chowaliśmy), to pozostałość po historycznej funkcji – służył jako schronienie przeciwwiatrowe. Znajduje się tam również kamienny ołtarz poświęcony Janowi Pawłowi II oraz pamiątkowa tablica upamiętniająca pomiary geodezyjne i historyczne wydarzenia.

Czupel – jesienna wyprawa na najwyższy szczyt Beskidu Małego

Rankiem, po śniadaniu i filiżance kawy, ruszyliśmy w stronę szczytu Czupel – 930 m n.p.m., zaliczanego do Korony Gór Polski i będącego najwyższym punktem Beskidu Małego. Samochód zostawiliśmy w centrum Międzybrodzia Bialskiego, na parkingu przy sklepie Lewiatan, gdzie wygodnie mogliśmy się przepakować i przygotować kijki oraz ciepłą odzież na chłodny, jesienny dzień.​

Szlak czerwony prowadzi od samego początku równomiernie pod górę, przez bukowo-świerkowy las, którego ściółka pokryta była wilgotnymi liśćmi po wcześniejszych opadach. Pomimo kapryśnej pogody – lekkiego deszczu i 7 stopni C – warunki były idealne do spokojnej, jesiennej wędrówki.

Regularne odpoczynki pozwalały na uniknięcie przegrzania, choć rozbieranie się z kolejnych warstw było konieczne już od pierwszego podejścia.​ Tempo marszu wyznaczała Sylwia, a mama, idąc własnym rytmem, pokazała, że nie zwalnia grupy. Na trasie spotykaliśmy pojedynczych turystów, cieszących się urokami jesieni w Beskidzie Małym.

Ostatnie metry przed szczytem to przełęcz Pod Czuplem (872 m), gdzie czerwony szlak skręca w prawo i łączy się z niebieskim, stanowiącym finalny odcinek na wierzchołek. Droga była kamienista, śliska i pokryta wilgotnymi liśćmi, wymagając od nas szczególnej ostrożności. Na szczycie powitał nas tłum turystów i charakterystyczna tabliczka – choć miejsce nie słynie z panoramicznych widoków, cieszy się dużą popularnością ze względu na przynależność do Korony Gór Polski.​

Na wierzchołku przybiliśmy pieczątki do książeczek – z wyjątkiem mamy, która nie zabrała książeczki KGP w ferworze pakowania na wyjazd. To pretekst do powrotu na tę trasę w przyszłości!

Droga powrotna, po przebraniu się w suche i ciepłe ubrania, okazała się wymagająca – zwłaszcza ze względu na wilgotne liście i mało stabilne podłoże. Jednak czas szybko minął, a trasę o łącznej długości 7 km i przewyższeniu 600 m pokonaliśmy w trzy godziny.​

Informacje praktyczne:
Wybierz dzień o chłodnej pogodzie – unikniesz przegrzania podczas podejścia.
Dobierz odpowiednie buty – szlak jesienią jest śliski, wymaga stabilnego obuwia z bieżnikiem.
Zabierz kijki – pomogą przy stromym i śliskim zejściu.
Sprawdź wyposażenie przed trasą – nie tylko pieczątka, ale też ciepłe ubrania i przekąski (my zabraliśmy suszą wołowinę i jabłka przygotowane przez Sylwię jeszcze przed wyjazdem, hmmm, mniam … mniam).
Na szczycie może być tłoczno – dla pamiątkowego zdjęcia przygotuj się na chwilę oczekiwania.

Podsumowanie:
Czupel to idealny cel na jesienną lub wiosenną wycieczkę – nie tylko dla kolekcjonerów szczytów Korony Gór Polski, lecz także dla miłośników beskidzkiej natury i relaksu w lesie. Umiarkowana trudność, malownicze bukowe lasy i przyjemna atmosfera na szlaku sprawiają, że trasę warto powtórzyć – choćby po pieczątkę do książeczki KGP!

Czarna Góra – krótka, letnia wyprawa w Sudety z widokami na Masyw Śnieżnika

Czarna Góra (1205 m n.p.m.) to jeden z najbardziej znanych szczytów Masywu Śnieżnika, chętnie odwiedzany zarówno zimą przez narciarzy, jak latem przez miłośników pieszych wycieczek.​
Nasza wyprawa rozpoczęła się na Przełęczy Puchaczówka, niedaleko miejscowości Sienna – kluczowego punktu turystycznego regionu. Na miejscu czekał na nas darmowy parking, z którego do wejścia na czerwony szlak prowadzi krótki asfaltowy odcinek.​
Czerwony szlak, przez pierwsze kilkaset metrów połączony z zielonym, prowadzi przez przyjemny, cienisty las, idealny na letnie spacery. Trasa stopniowo zaczyna piąć się w górę, a typowe dla Sudetów świerki dają wytchnienie zwłaszcza w słoneczne dni.​
Po około 500 metrach rozpoczyna się strome podejście w kierunku szczytu i dawniej stojącej tam 14-metrowej wieży widokowej. Chociaż obecnie nie ma po niej śladu (wieża została rozebrana latem 2021 roku ze względu na zły stan techniczny), Czarna Góra nadal zachwyca skalnym punktem widokowym, skąd podziwiać można Masyw Śnieżnika.​

Na samym wierzchołku Czarna Góra, oprócz pozostałości po wieży, znajduje się także charakterystyczny przekaźnik telewizyjny, którego światła są widoczne z wielu kilometrów i po zmroku służą jako orientacyjny punkt dla turystów. Przy dobrej pogodzie można podziwiać panoramę okolicznych gór oraz malownicze doliny.​

Informacje praktyczne:
Parking – darmowy, otwarty na Przełęczy Puchaczówka, blisko do czerwonego szlaku,
Długość trasy – ok. 3,3 km w obie strony, ok. 200 m przewyższenia,
Szlak – dobrze oznaczony, początkowo łagodny, potem stromy przed szczytem,
Wieża widokowa – zamknięta od 2021 roku, ale skalny punkt widokowy dostępny,
Polecane dla rodzin – szlak krótki, atrakcyjny, biegnie wśród lasów i kwiecistych polan, idealny na aktywne popołudnie.

Podsumowanie:
Czarna Góra w Sudetach to doskonały wybór dla osób, które szukają krótkiej, aktywnej wycieczki z pięknymi panoramami i górską atmosferą – zarówno przy letnim słońcu, jak i zimowym narciarskim szaleństwie. Latem zachwyca widokami, spokojem lasu i zielonymi polanami, zimą zamienia się w ulubiony kurort narciarski regionu. To miejsce, gdzie historia wieży widokowej splata się z nowoczesną infrastrukturą oraz rodzinną rekreacją.​

Strona 1 z 20

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén