Byliśmy całą czwórką to znaczy oprócz nas jeszcze moja mama i Miłosz. Trochę się o nich baliśmy ale dali świetnie radę na stromym podejściu. Natomiast ta góra ma typowo brytyjski klimat, zawsze tu pada deszcz. Aby nie zjechać na błocie i mokrych skałach ze stromego podejścia postanowiliśmy wrócić dookoła. Było długo ale fantastycznie i nawet deszcz kiedy przemoczył nas doszczętnie nam tego nie zepsuł.
wejście I – 9 sierpnia 2019 wejście II – 18 października 2020 wejście III – 3 sierpnia 2021
Piękne jak zwykle Bieszczady ale niestety wakacje robią swoje i jako najwyższy szczyt tych gór z niewymagającym podejściem ściąga tłumy i na szlaku trzeba niemal się łokciami rozpychać. Za to widokami zielonych połonin można nacieszyć oczy i strudzoną duszę wędrowca. Jesteśmy tu kolejny raz i na pewno wrócimy, mam tylko nadzieję, że tą okazją będzie GSB.
Kolejny szczyt podczas naszego wakacyjnego, męskiego wypadu w góry. Spanie w samochodzie daje duże możliwości dobrej lokalizacji przy szlaku. Tym razem czerwonym szlakiem z Międzybrodzia Bialskiego.
wejście I – 15 października 2020 Sylwia i Patryk wejście II – 4 lipca 2021 Sylwia, Kuba i Jasiek wejście III – 9 lipca 2021 Patryk i Miłosz wejście IV – 31 grudnia 2021 Sylwia i Patryk Wejście V – 2 listopada 2023 Sylwia i Patryk
Wakacyjny, męski wypad w góry. Ojca z synem. Był czas na męskie rozmowy, biwak i przygodę. Spanie w samochodzie, gotowanie na kuchence turystycznej było cool. Weszliśmy od Zawoi zielonym szlakiem, przez Schronisko PTTK Markowe Szczawiny, następnie żółtym (jednokierunkowym) z łańcuchami a wracaliśmy czerwonym przez Małą Babią Górę.
wejście I – 9 sierpnia 2019 wejście II – 18 października 2020 wejście III – 3 sierpnia 2021
Bieszczady to kraina, gdzie historia miesza się z legendą, a jesień w ciągu godziny potrafi ustąpić miejsca surowej zimie. Ruszyliśmy na najwyższy szczyt regionu, by sprawdzić, czy legendarne Biesy i Czady będą nam dzisiaj przychylne. To była wyprawa przez dwa światy – od złotych liści w Wołosatem po lodowy pancerz na szczycie Tarnicy.
Bieszczady, zielone Bieszczady… miejsce, o którym mówią, że zamieszkują je Biesy i ich pomocnicy Czady. Legenda głosi, że te drugie są bardziej przychylne ludziom i chyba faktycznie tak było – nie tylko nie przeszkadzały nam w marszu, ale napełniały nasze dusze tym specyficznym, magicznym klimatem. Choć Tarnica to najwyższa góra w regionie, to jednak przede wszystkim dzięki „bieszczadzkim zielonym aniołom” udało nam się ją zdobyć sprawnie a przede wszystkim bezpiecznie.
Naszą wędrówkę zaczęliśmy w Wołosatem. To miejsce symboliczne – dla jednych tutaj kończy się, a dla innych zaczyna legendarny Główny Szlak Beskidzki (GSB). Zostawiliśmy auto na parkingu i ruszyliśmy kawałek asfaltem za niebieskimi znakami. Po około pół kilometra szlak niebieski odbija od czerwonego GSB. Kupiliśmy bilety wstępu do Bieszczadzkiego Parku Narodowego i weszliśmy w głąb dziczy.
Trasa prowadziła nas przez malownicze łąki i bieszczadzkie lasy. Ludzi było zaskakująco mało, co pewnie wynikało z pochmurnej, mglistej aury. Im wyżej się wspinaliśmy, tym bardziej jesień ustępowała pola zimie. Temperatura spadła poniżej zera, a wiatr zaczął smagać nas lodowatym tchem. Na szczęście dodatkowe warstwy ubrań uratowały sytuację. Po około 2,5 godziny stanęliśmy na wierzchołku Królowej Bieszczadów.
Niestety, Tarnica tym razem schowała swoją panoramę za niskim pułapem chmur. Zamiast widoków na ukraińską stronę, dostaliśmy surowy, niemal polarny klimat. Metalowy krzyż na szczycie majaczył we mgle, tworząc niesamowite tło do pamiątkowych zdjęć. Szybkie pieczątki do książeczek i ucieczka w dół przed mrozem.
Co ciekawe, droga powrotna dostarczyła nam sporo śmiechu. Schodziliśmy cali oblepieni śniegiem (częściowo dzięki naszym wygłupom na górze), co budziło niemałe przerażenie u turystów, których mijaliśmy niżej. Ich pytające spojrzenia mówiły wszystko – obawiali się, że na górze trwa właśnie regularna śnieżyca. Nie wyprowadzaliśmy ich z błędu! Na koniec, tuż przy wejściu do parku, odwiedziliśmy jeszcze stare cerkwisko i cmentarz – miejsce pełne ciszy i bieszczadzkiej zadumy.
Informacje o trasie
Nasza trasa na Tarnicę prowadziła z miejscowości Wołosate niebieskim szlakiem. Całość wędrówki (w górę i w dół) zamknęła się w około 11,5 kilometrach, a suma podejść wyniosła 654 metry. Czas wejścia na szczyt przy trudnych, zimowych warunkach na górze wyniósł około 2,5 godziny cała trasa w obu kierunkach trochę powyżej 4 godzin. Parking w Wołosatem jest płatny, podobnie jak wstęp na teren Bieszczadzkiego Parku Narodowego (bilety można kupić w kasie przy szlaku).
Porady i Ciekawostki
Skąd się wzięły Bieszczady? Według ludowych podań (autorstwa Mariana Hessa), nazwa pochodzi od dwóch demonów: Biesa i Czada. Bies był zły i potężny, Czad mały i psotny, ale pomocny ludziom. Ich wieczna walka miała ukształtować ten górzysty krajobraz. Inna, bardziej naukowa wersja mówi, że nazwa wywodzi się od słowa „Beskid”, które dawniej oznaczało pasmo górskie.
Tarnica, czyli „Siodło”: Nazwa najwyższego szczytu pochodzi z języka rumuńskiego (słowo tarniță) i oznacza siodło lub przełęcz. Jeśli spojrzycie na Tarnicę z daleka, jej charakterystyczny kształt z wyraźnym wcięciem (Przełęczą pod Tarnicą) faktycznie przypomina pasterskie siodło.
Historia Metalowego Krzyża: Ten, przy którym zrobiliśmy zdjęcie, stoi na szczycie od 2000 roku. Ma 8,5 metra wysokości i upamiętnia nie tylko wizytę Karola Wojtyły (przyszłego papieża Jana Pawła II) w Bieszczadach w 1953 roku, ale jest też symbolem przetrwania i wiary tutejszych mieszkańców.
Wołosate – wieś, której nie ma: Zanim wejdziecie na szlak, warto poświęcić chwilę na wspomniane przez nas cerkwisko. Wołosate było niegdyś dużą wsią bojkowską, która niemal przestała istnieć po 1947 roku w wyniku akcji „Wisła”. Stare fundamenty cerkwi pw. św. Dymitra i nieliczne nagrobki to jedyne, co pozostało po dawnych mieszkańcach.
Pogodowy Rollcoaster: Tarnica uczy pokory. Nawet jeśli w Wołosatem świeci słońce, na szczycie może panować huraganowy wiatr i mróz. Zawsze miejcie w plecaku czapkę i rękawiczki, nawet jeśli wydaje Wam się, że jest ciepło!
Niby szybka góra, niby Beskid Niski a ciężko było bardzo. Głownie ze względu na bardzo strome podejście ale również pogoda nas nie rozpieszczała bo padał deszcz. Do tego bardzo strome podejście w mokrej skale i błocie, sam nie wiem czy było gorsze na podejściu czy na zejściu.
Beskid Sądecki jesienią ma w sobie coś magicznego. Nawet gdy pogoda jest „lekko dżdżysta”, a szlaki pustoszeją, wędrówka na Radziejową – najwyższy punkt tego pasma – dostarcza mnóstwo satysfakcji. To był dzień pełen logistycznych wyzwań, stromych podejść i spokoju, który można znaleźć tylko na szlaku poza sezonem.
Nasza przygoda z Radziejową zaczęła się od… lekcji cierpliwości za kółkiem. Choć od poprzednio zdobytej Wysokiej dzieliło nas w linii prostej zaledwie 15 km, to natura (a konkretnie brak bezpośredniego połączenia drogowego przez góry) zmusiła nas do pokonania ponad 60-kilometrowego objazdu. Finalnie dotarliśmy na zaplanowany punkt startu czyli na Przełęcz Obidza, skąd ruszyliśmy w kierunku szczytu.
Początkowo szliśmy za znakami czerwonymi i zielonymi, by po chwili wejść na szlak niebieski. Pogoda nas nie rozpieszczała – drobna mżawka sprawiła, że na trasie spotkaliśmy zaledwie kilku śmiałków. Miało to jednak swój urok – góry wydawały się tylko dla nas.
Prawdziwa zabawa zaczęła się, gdy szlak niebieski odbił od czerwonego. Droga nagle przypomniała nam, że Radziejowa to nie byle jakie wzniesienie – zrobiło się strome podejście i trzeba było włożyć trochę wysiłku w każdy krok. Oddech złapaliśmy dopiero w okolicach Małego Rogacza, gdzie teren zaczął się przyjemnie wypłaszczać. Kolejnym punktem kontrolnym było rozdroże pod Wielkim Rogaczem, gdzie pożegnaliśmy niebieskie znaki i wróciliśmy na Główny Szlak Beskidzki (czerwony).
Ostatnim wyzwaniem była Przełęcz Żłóbki. Tutaj czekało nas końcowe podejście, ale świadomość, że szczyt jest już blisko, dodawała sił. Na ostatniej prostej droga znów stała się łaskawa i płaska, prowadząc nas prosto pod imponującą, nową wieżę widokową.
Obowiązkowy zestaw zdobywcy: pamiątkowe zdjęcie pod tabliczką, pieczątki do naszych książeczek KGP i chwila zadumy nad konstrukcją wieży. Aby nie wracać identycznie tą samą drogą, postanowiliśmy nieco urozmaicić powrót, schodząc na leśną drogę i nadkładając kawałek dystansu. To był dobry ruch – Beskid Sądecki z tej perspektywy wyglądał równie pięknie!
Informacje Praktyczne: Parking: Na Przełęczy Ibidzy znajduje się bezpłatny parking na końcu wsi, tuż przy wejściu na szlaki. Startowaliśmy z Przełęczy na Obidzy (Gromadzka), kierując się początkowo szlakiem zielono-czerwonym, następnie niebieskim przez Mały Rogacz, by finałowy odcinek od Wielkiego Rogacza pokonać czerwonym szlakiem prowadzącym przez Przełęcz Żłóbki prosto na szczyt Radziejowej (1262 m n.p.m.). Cała pętla wyniosła 10,6 km i 470 m przewyższeń. Pokonanie trasy zajęło nam troszkę ponad 3 godziny.
Porady i Ciekawostki
Skąd ta Obidza? Nazwa przełęczy i miejscowości budzi ciekawość. Językoznawcy wywodzą ją od słowa „obidzać”, co w dawnej gwarze pasterskiej oznaczało „obchodzić” (np. obchodzić stado dookoła). Inna teoria mówi o „obidzy” jako o grodzonym miejscu dla owiec. Jedno jest pewne – to jeden z najwyżej położonych i najbardziej widokowych punktów dojazdu autem w tym regionie.
Radziejowa i jej „Radziej”: Nazwa najwyższego szczytu Beskidu Sądeckiego pochodzi prawdopodobnie od imienia lub nazwiska dawnego właściciela tych terenów – Radzieja. Co ciekawe, góra ta niemal w całości porośnięta jest lasem, w którym dominuje świerk, niestety mocno przetrzebiony w ostatnich latach przez kornika.
Historia wieży: Wieża, pod którą stanęliśmy, to nowa konstrukcja oddana do użytku w 2020 roku. To już trzecia budowla w tym miejscu! Pierwsza z 1991 roku została zniszczona przez piorun, druga z 2006 roku musiała zostać rozebrana ze względu na zły stan techniczny (drewno zaatakował grzyb). Obecna wieża ma około 22 metrów wysokości i jest znacznie solidniejsza.
Rogacze i ich rola: Mały i Wielki Rogacz to dwa charakterystyczne punkty na trasie. Ich nazwa jest typowo ludowa i odnosi się do kształtu wzniesień. Są one kluczowe dla orientacji, bo to właśnie tutaj krzyżują się najważniejsze szlaki pasma Radziejowej.
Dla kogo ta trasa? Trasa z Obidzy jest uznawana za jedną z najłatwiejszych dróg na Radziejową, co nie znaczy, że jest nudna. Jest idealna na jesień, bo nawet przy mniejszej widoczności, sam spacer przez lasy Pasma Radziejowej ma niepowtarzalny klimat.
Pieniny … to mówi wszystko! Góry tak piękne jak Tatry, albo piękniejsze a do tego mniej turystów zwłaszcza tych z przypadku. Mieliśmy ruszyć z miejscowości Jaworki, ale bliżej do szlaku było z parkingu pod szlakiem, dlatego też to właśnie tam zostawiliśmy auto. Prosto z parkingu weszliśmy do Wąwozu Homole i pomimo deszczowej pogody urzekliśmy się jego pięknem. Wąwóz jest malowniczo wyżłobionym kanionem w skale przez potok Kamionka na długości niecałego kilometra. Szlag poprowadzony jest na przemian po obu stronach rzeczki z przeprawami mostowymi nad jej nurtem. Po jest dosyć wczesna to i na szczęście ludzi jest bardzo mało i idzie się w ciszy napałając się dźwiękami natury. Natura również czuje ciszę i spokój i wychodzi nam na spotkanie. Mamy okazję a w zasadzie to dzięki Sylwii, która zauważa przy drodze nieporadnie wdrapującą się salamandrę. Nie ingerując i nie stresują oglądamy jej zmagania z pewnej odległości. Cóż za cudowne uczucie, ostatni raz widziałem salamandrę w jej naturalnym środowisku ostatni raz mając chyba około 8 lat i będąc z rodzicami na wczasach w górach. Przechodząc kolejny raz nad potokiem Kamionka odbijamy na Polanę pod Wysoką i którą docieramy pod las, który ze względu na niski pułap chmur wydaje się być cały spowity mgłą. W lesie zaczyna się już bardziej strome podejście, które wymaga od nas częstszych odpoczynków. Przy rozstaju Pod Wysoką odbijamy w lewo i lasem ale już po skałach zaczynamy jeszcze bardziej strome podejście. Wilgotność w powietrzu jest duża a skały bardzo śliskie dlatego musimy bardzo uważać aby nie złapać przez pośpiech niepotrzebnej kontuzji. Na szczęście udaje się cało i sprawnie, zwłaszcza ostatni bardzo stromy odcinek podejść bezpiecznie i cieszyć się osiągnięciem szczytu i tylko tym bo cały szczyt spowijają chmury i nie ma żadnych widoków. Robimy pomimo wszystko pamiątkowe zdjęcie oraz wbijamy stempelek do naszych książeczek. Powrót odbywa dokładnie tą samą drogą a my z tęsknotą w sercu wiemy, że wrócimy tu kiedyś z chłopcami i może wówczas uda nam się nacieszyć oczy widokami.
W dniu 15 października 2020 roku zdobyliśmy kolejny szczyt w ramach KGP. Turbacz to najwyższy szczyt Gorców, znajdujący się w centralnym punkcie pasma o wysokości 1310 m n.p.m. Sam wierzchołek Turbacza znajduje się poza Gorczańskim Parkiem Narodowym, którego granica przebiega po wschodniej oraz po północnej stronie szczytu. Zanim wybraliśmy się na szlak koniecznie musieliśmy się ogrzać i dosprzętowić. Wyprawa na Babią Górę tego samego dnia dała nam się mocno we znaki. Patryk przemoczył obie pary butów, które miał na cały wyjazd i zmuszony był zakupić nowe. Dlatego poszukałam po trasie sklepu sportowego w Nowym Targu i udaliśmy się na zakupy, które okazały się owocne, Patryk kupił buty Samolona, polar i spodnie Milo oraz kupiliśmy po parze skarpet z wełny merino. Po zaparkowaniu auta przy szlaku, ruszyliśmy zielonym szlakiem z okolic Nowego Targu, osiedle Oleksówka o godz. 14:26. Początkowo zeszliśmy trochę ze szlaku trafiając w ślepy zaułek i niestety musieliśmy się zawrócić aby dotrzeć do właściwej drogi. Dalej już nie błądziliśmy i najpierw przeszliśmy małym mostkiem przez rzeczkę, aby za chwilę podążać stromą drogą po kamieniach, wówczas wydawało się nam to męczące, ale jak się okazało najgorsze było jeszcze przed nami. Pogoda była pochmurna, a wszędzie dookoła mokro. Kamienista droga po wyjściu z lasu zmieniła się na błotnistą breję z koleinami po ciężkim sprzęcie, zapewne leśników. Ach te piękne, nowe buty Patryka. Ileż można się męczyć, aby ich nie ubrudzić. Skakał, omijał kałuże o mało się nie poślizgnął kilka razy aż w pewnym momencie nie wierzyłam kiedy moim oczom ukazał się widok sceny świadomego i celowego działania polegającego na wchodzeniu w błoto przez Patryka nowiutkimi Salomonami z czystą premedytacją. Po wszystkim nastąpiła ulga i swoboda w zdobywaniu góry Turbacz w tak niekomfortowych błotnych warunkach. Nowe, stare buty załatwiły sprawne zdobywanie kolejnych kilometrów. W końcu doszliśmy do rozwidlenia na Hali Bukowina Waksmundzka, gdzie szlaki zielony, czarny i niebieski połączyły się. Po drodze pogoda zaczęła się poprawiać, nawet słońce zaszczyciło nas swoją obecnością, w przesłonach którego udało nam się zrobić przepiękne pamiątkowe zdjęcia. Widok był cudownie uroczy. Wychodzące słońce spowodowało podniesienie się temperatury powyżej zera przez co roztapiał się zalegajączy lód i śnieg, również ten na drzewach i gałęziach. W tych okolicznościach doszliśmy do Schroniska PTTK na Turbaczu położonego pod szczytem, na wysokości 1283 m. Schronisko wyłoniło się spomiędzy drzew urzekając nas swoim monumentalnym, pięknym kamiennym budynkiem o dwóch prostopadłych skrzydłach z arkadowym wejściem i strzelistym dachem z mansardami, krytym gontem (budynek jest ogromny i posiada ponad 100 miejsc noclegowych). Uroczyste otwarcie Schroniska odbyło się w 1958 roku (projekt: Anna Górska). Sam szczyt Turbacza znajduje się niecałe 5 minut drogi od schroniska. Zatem podążyliśmy bezpośrednio na szczyt czerwonym szlakiem. Po drodze świat zwariował, topniejące sople umieszczone nad naszymi głowami w wyniku dodatniej temperatury zaczęły odrywać się i spadać raz przed nami a raz za nami. Tacy jesteśmy przezorni, a kasków nie zabraliśmy 🙂 zrobiło się całkiem niebezpiecznie. Na szczycie szybkie zdjęcie i w drodze powrotnej przybijamy w schronisku pieczątki do naszych książeczek. Z uwagi na panującą w tym czasie pandemię, schronisko było nieczynne dla turystów. Warto zauważyć, że sam szczyt Turbacz jest mało popularny turystycznie w odróżnieniu od schroniska PTTK. Przed schroniskiem znajduje się największy w Gorcach węzeł szlaków turystycznych. Z tarasu przed wejściem roztacza się rozległa panorama Pienin i Tatr ponad wzniesieniami Pogórza Spisko-Gubałowskiego – od Tatr Bielskich z Hawraniem przez Tatry Wysokie z Łomnicą, Gerlachem, Wysoką i Świnicą po Tatry Zachodnie z Kasprowym Wierchem, Bystrą i Banówką. Przez szczyt przebiega Główny Szlak Beskidzki. Wyprawa okazała się owocna, bo po 4:15 h przebyliśmy 13,4 km drogi w obie strony osiągając 608 m przewyższeń. Na parkingu byliśmy o godz. 18:42. W nagrodę za osiągnięcia dnia: Babia Góra i Turbacz, udaliśmy się na pyszną pizzę do Nowego Targu. Ach.. cóż to była za górska przygoda.
wejście I – 15 października 2020 Sylwia i Patryk wejście II – 4 lipca 2021 Sylwia, Kuba i Jasiek wejście III – 9 lipca 2021 Patryk i Miłosz wejście IV – 31 grudnia 2021 Sylwia i Patryk Wejście V – 2 listopada 2023 Sylwia i Patryk
Babia Góra to jest zdecydowanie góra przez duże G (jej inna nazwa to Diablak). Króluje wysokością ponad innymi okolicznymi wierzchołkami i jest bardzo kapryśna oraz nieprzewidywalna pogodowo. W Koronie Gór Polski, pod względem wysokości znajduje się zaraz za Rysami. W końcu i nam przyszło się z nią zmierzyć. Początkowo nic nie zapowiadało naszych przyszłych kłopotów … ale po kolei. Podjechaliśmy na parking w Przełęczy Krowiarki. Samochodów w tym czasie i o tej porze było do policzenia na palcach jednej ręki. Przed nami na szlak ruszył samotny mężczyzna. My udaliśmy się do Informacji Turystycznej gdzie kupiliśmy bilety wstępu do Babiogórskiego Parku Narodowego oraz pamiątki. Warunki na Przełęczy były dobre, określiłbym je jako jesienne, temperatura około 8 stopni. Ruszyliśmy czerwonym szlakiem ku pierwszemu szczytowi czyli Sokolicy (1367 m n.p.m.). Wraz ze zdobywaniem wysokości zaczęło robić się coraz chłodniej, a pojawiające się od początku kałuże zaczęły zmieniać się kupki śnieżno-lodowe. Sytuacja zmieniła się znacznie po wyjściu szlaku z poziomu lasu w teren kosodrzewiny, gdzie momentalnie zrobiło się biało od leżącego śniegu. Właśnie w tym momencie zaczęliśmy sięgać z plecaków ciepłe ubrania i zakładać je na siebie. Zauważyliśmy również pojawiające się ciemne chmury, które nie są zwiastunem ładnej pogody. Nie pomyliliśmy się w tym zakresie, chwilę później nastąpił opad w postaci gęstego, drobnego śniegu. Po wyjściu z kosodrzewin dodatkowo wzmógł się silny wiatr, który spowodował, że śnieg zacinał od boku, a nie padał z góry. Spowodowało to nie tylko dodatkowe obniżenie temperatury odczuwalnej ale również ograniczyło widoczność do około 20m. Było to dla nas o tyle nieprzyjemne, że szlak po „wyjściu” na otwarty skalisty teren nie porośnięty roślinnością oznakowany jest poprzez rozstawione tyczki (latem namalowane znaki są na kamieniach pod nogami). Teraz padający śnieg ograniczał widoczność w ten sposób, że stojąc przy jednaj tycze nie widzieliśmy drugiej i nie wiedzieliśmy w jakim kierunku dokładnie mamy podążać. Na szczęście mężczyzna, który ruszył z parkingu przed nami był na tyle niedaleko, że wciąż były widoczne jego ślady w śniegu. Podążając jego śladami, osłonięci od zacinającego śniegu przemierzaliśmy kolejne metry do momentu kiedy nagle zarwał się pode mną śnieg i prawa noga wpadła mi głęboko, po udo w szczelinę. Pierwsze co pomyślałem i odruchowo zrobiłem to utrzymałem pionową pozycję podpierając się kijkami aby nie doznać złamania. Po chwili jak ochłonąłem poruszałem stopą i upewniłem się, że wszystko jest ok zacząłem powoli wyciągać nogę. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i mogliśmy ruszyć dalej le co się spociłem to moje. Wolę nie myśleć co byśmy zrobili w przypadku urazu. Po przeanalizowaniu sytuacji okazało się, że faktycznie szliśmy po śladach ale nie stawiałem kroków dokładnie w miejsca śladów a mężczyzna idący przed nami zapewne miał takie same problemy z lokalizacją szlaku i zapewne podjął ryzyko podążania na azymut, poza szlakiem. Dalszą podróż już planowaliśmy rozsądniej i inaczej. Mianowicie stawaliśmy przy tyczce, odpalaliśmy mapę w telefonie i obraliśmy kierunek zgodnie ze szlakiem w kierunku kolejnej tyczki, która pojawiała się naszym oczom mniej więcej w połowie drogi pomiędzy tyczkami. W ten sposób doszliśmy na szczyt, gdzie wiało jeszcze mocniej o było bardzo nieprzyjemnie. Pomimo założonych wszystkich ciepłych rzeczy, byliśmy przemarznięci i wymęczeni dlatego nie rozsiadaliśmy się na szczycie i byliśmy cały czas w ruchu, aby nie wytracić resztek ciepła spod ubrań. Sylwia miała przemarznięte dłonie do tego stopnia, że zaczynała tracić w nich czucie. Kiedy usłyszałem o tym od razu, bez chwili zastanowienia oddałem jej swoje grube rękawiczki (sam zostając w cienkich), aby nie doszło do odmrożenia. Na samym szczycie nie było tłumów ale kilka osób tam przebywało, zapewne weszli od innej strony. Droga powrotna ze szczytu była już dużo łatwiejsza. Szliśmy po swoich śladach, ale i pogoda zaczęła się nieznacznie poprawiać. Na parkingu przy aucie przebraliśmy się w suche ubrania i od razu zrobiło się cieplej. Nie byliśmy dobrze przygotowani na takie warunki i zdaliśmy sobie z tego właśnie sprawę. Nasze ubrania to głównie bawełniane koszulki, kurtki nie oddychające spowodowały wystąpienie sytuacji, że spoceni na podejściu zatrzymaliśmy wilgoć przy ciele a silnie wiejący wiatr ze śniegiem powodował zamarzanie ubrań i dodatkowe wychładzanie nas. Poza tym moja druga para butów (wojskowe desantówki a NortFace po Skrzycznym nie wyschły) nie wytrzymała warunków i zapewne ze starości przepuszczała wilgoć. Dlatego skończyłem z mokrymi skarpetami (na szczęście wełnianymi) i wychłodzonymi stopami. Ostatecznie musieliśmy się dosprzętowić w odpowiednie ciuchy i pojechaliśmy na zakupy do sklepu sportowego w Nowym Targu, gdzie zrobiliśmy spore zakupy (ja buty Salomona, spodnie zielone Milo, polar Milo, skarpety z wełny merino).