Płockie Harpagany

Nieważne gdzie, ważne z kim!!!

Śnieżnik w zimowej odsłonie – królestwo śniegu i nowa wieża widokowa

Wstaliśmy o 8:30. Nie powiem, ciężko było wygrzebać się z pościeli, ale szybka kawa i świąteczne śniadanie postawiły nas na nogi. O 9:40 ruszyliśmy naszą trójką w stronę Kletna. Pogoda zapowiadała się całkiem przyjemnie: lekkie słońce i temperatura w okolicach -2 stopni. Punktualnie o 11:00 zostawiliśmy auto na dalszym parkingu (koszt 13 zł za dzień) i ruszyliśmy na nasz dzisiejszy cel – Śnieżnik.
Pierwsze dwa kilometry trasy to łagodne podejście żółtym szlakiem, który prowadzi szeroką, utwardzoną drogą w stronę schroniska i przebiega obok Jaskini Niedźwiedzia. To idealny moment na rozgrzewkę i nacieszenie się zimowym lasem (zwłaszcza, że ku naszemu zdziwieniu spotkaliśmy znajomego z Koronowa).

Wkrótce jednak droga skręciła, a my weszliśmy w gęstszy las. Tutaj zaczęło się prawdziwe podejście – bardziej strome i wymagające, głównie przez zalegający śnieg i wystające kamienie. Ten leśny odcinek składa się z dwóch etapów, przy czym ten drugi potrafi już solidnie wycisnąć pot na czole. Dopiero około czwartego kilometra szlak ponownie wyprowadził nas na otwartą przestrzeń drogi dojazdowej do samego schroniska.

W Schronisku PTTK „Na Śnieżniku” zrobiliśmy chwilę przerwy. To miejsce ma niesamowity klimat, zwłaszcza zimą, gdy z komina unosi się dym, a turyści otrzepują buty ze śniegu. Podbiliśmy pieczątki w naszych książeczkach, złapaliśmy oddech i bez zbędnej zwłoki ruszyliśmy dalej.

Przed nami był ostatni odcinek – zielony szlak prowadzący bezpośrednio na szczyt. Czekało nas tu wielkie zaskoczenie. Pamiętaliśmy ten fragment jako wymagające podejście po wielkich głazach, tymczasem obecnie to łatwa, szeroka i bardzo wygodna ścieżka. Zanim jednak weszliśmy na otwartą halę podszczytową, musieliśmy się dodatkowo docieplić – wiatr w tym miejscu zaczął dąć z ogromną siłą. Na szczęście piękna panorama dodawała nam energii i żaru, rekompensując trud podejścia i zimny wiatr.

Po pokonaniu całego podejścia naszym oczom ukazała się ona – wspaniała, lśniąca w słońcu wieża widokowa. Oddano ją do użytku dwa lata wcześniej, więc widzieliśmy ją na żywo po raz pierwszy. Jej nowoczesna konstrukcja niesamowicie kontrastuje z dzikością Śnieżnika. Oczywiście wejście na górę było obowiązkowe.

Widoki z góry dosłownie zapierają dech. Dziś przejrzystość powietrza była bajeczna – panorama Sudetów rozciągała się aż po horyzont. Na samym szczycie, który jest całkowicie odsłonięty, było jednak niebotycznie zimno. Silny wiatr i niska temperatura sprawiły, że szybko zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia przy tablicach szczytowych.
Zeszliśmy z powrotem do schroniska, żeby się ogrzać. Gorąca zupa na rozgrzewkę przed dalszą drogą była najlepszą decyzją tego dnia. Czas jednak nieubłaganie uciekał, a my nie mieliśmy dużego zapasu przed zachodem słońca. Szybko się zebraliśmy, założyliśmy raczki (nieocenione na wyślizganym szlaku!) i ruszyliśmy tą samą drogą w dół.
Dzięki raczkom i kijkom udało nam się sprawnie i, co najważniejsze, bezpiecznie zejść do samochodu. Śnieżnik po raz kolejny pokazał nam, jak piękne (i mroźne!) potrafią być polskie góry zimą.

Informacje o trasie:

  • Dystans: ok. 13,5 km (w obie strony z Kletna).
  • Czas przejścia: ok. 5,5 h (w zależności od warunków i czasu spędzonego w schronisku).
  • Suma podejść: ok. 750 m.
  • Szlak: Żółty (z Kletna do Schroniska), Zielony (ze Schroniska na Szczyt).
  • Punkt startu: Parking w Kletnie (dalszy 13 zł, bliższy 18 zł).

Porady i wskazówki:

  • Raczki i kijki: Zimą to absolutny must-have. Nawet jeśli na parkingu nie ma śniegu, leśne podejścia pod Śnieżnikiem bywają wyślizgane przez setki turystów i bez raczków zejście może być niebezpieczne.
  • Pogoda na szczycie: Śnieżnik jest znany z bardzo silnych wiatrów. Nawet przy słonecznej pogodzie na dole, na szczycie zawsze miej pod ręką kominiarkę, gogle lub okulary i dodatkową warstwę pod kurtkę.
  • Wieża widokowa: Wstęp na wieżę jest bezpłatny. Warto wejść, nawet jeśli wieje, bo oszklona platforma daje pewną osłonę przed wiatrem podczas podziwiania widoków.

Ciekawostki:

  • Wilhelmturm: Dzisiejsza wieża stoi niedaleko miejsca, gdzie dawniej znajdowała się kamienna wieża widokowa im. cesarza Wilhelma I. Została ona wysadzona w powietrze w 1973 roku ze względu na zły stan techniczny.
  • Słoń ze Śnieżnika: Symbolem szczytu i schroniska jest rzeźba słonia, która znajduje się nieopodal fundamentów dawnego schroniska (po stronie czeskiej). Została postawiona w 1932 roku przez grupę artystów.
  • Specyficzny mikroklimat: Śnieżnik to jedyne miejsce w Sudetach Wschodnich, gdzie występuje piętro alpejskie. Śnieg potrafi tu zalegać nawet przez 200 dni w roku, stąd też wzięła się nazwa góry.

Kowadło – skalny strażnik Gór Złotych i zimowy koniec świata w Bielicach

Prosto ze szczytu Rudawca, nie tracąc ani chwili i nie zaglądając nawet do samochodu, ruszyliśmy na podbój kolejnego celu – Kowadła (989 m n.p.m.). Było tuż przed godziną 15:00, słońce zaczęło już powoli zmieniać barwę na popołudniową, co w połączeniu ze śniegiem dawało niesamowity klimat. Z Bielic, które same w sobie są ciekawym miejscem (powstały w XVII wieku jako wieś drwali i szklarzy), prowadzi zielony szlak. Początkowo ścieżka pnie się dość zdecydowanie pod górę, ale to równy, miarowy wznios, który choć nie pozwala na sprint, to daje ogromną satysfakcję z każdego kroku. Już po chwili za naszymi plecami otworzyła się panorama na dolinę, z której przyszliśmy.

Przez pierwszy kilometr szliśmy szeroką, wygodną drogą leśną. Tutaj należy wspomnieć, że Kowadło to szczyt dość kontrowersyjny – choć zaliczany do Korony Gór Polski jako najwyższy punkt Gór Złotych, niektórzy geografowie wskazują na czeski Smrek, którego wierzchołek jest nieco wyższy, ale leży po stronie naszych sąsiadów. Po około kilometrze szlak odbił w prawo, zanurzając się w gęstszy las.

To tutaj, po przejściu kolejnych 300 metrów, nasza zielona ścieżka połączyła się z żółtym szlakiem. Od tego punktu wędrówka stała się jeszcze ciekawsza, bo ruszyliśmy wzdłuż charakterystycznych biało-czerwonych słupków granicznych, oddzielających Polskę od Czech.

Maszerowanie granicą zawsze ma w sobie coś z ducha przygody, zwłaszcza z takimi widokami jak powyżej. Po około 250 metrach, przed samym wierzchołkiem stanęliśmy przed wyborem. Szlaki rozdzieliły się: zielony łagodnie obchodził szczyt lasem (to właśnie nim wcześniej zdobywaliśmy szczyt), natomiast żółty obiecywał nieco więcej emocji. Wybraliśmy wariant żółty, który prowadzi stromym podejściem po blokach skalnych. To właśnie tym skałkom szczyt zawdzięcza swoją nazwę – ich kształt przy odrobinie wyobraźni przypomina kowadło. Wspinaczka po nich w zimowych warunkach wymagała skupienia, ale była najciekawszym elementem trasy.

Wreszcie, po pokonaniu 2 kilometrów i 45 minutach marszu, stanęliśmy na szczycie. Kowadło przywitało nas mroźnym powietrzem i poczuciem dobrze wykonanego planu. Choć sam wierzchołek jest mocno zalesiony, znajduje się tam sporo formacji skalnych, z których przy dobrej widoczności można dostrzec Góry Bialskie oraz czeską stronę Sudetów Wschodnich. Ciekawostką jest, że przed laty szczyt ten nazywano Kovadlina (po czesku), a polska nazwa jest bezpośrednim tłumaczeniem. Nie mogło się obejść bez celebracji – szybko wyciągnęliśmy nasze książeczki, by przybić upragnione pieczątki potwierdzające zdobycie kolejnego szczytu do kolekcji i to przedostatniego.

Nasyceni atmosferą sukcesu i zimowymi krajobrazami, zdecydowaliśmy się na powrót łagodniejszym, zielonym szlakiem. To była dobra decyzja – kolana mogły odpocząć, a my mogliśmy spokojnie podziwiać, jak las powoli przygotowuje się do wieczoru. Ta pętla to idealne domknięcie dnia w Górach Złotych.

Informacje Praktyczne:
Parking: W Bielicach znajduje się bezpłatny parking na końcu wsi, tuż przy wejściu na szlaki.
Wyposażenie: Zimą raczki to absolutna podstawa – podejścia bywają oblodzone.
Warianty podejścia: Jeśli idziecie z dziećmi lub w bardzo śliskich warunkach, wybierzcie szlak zielony w obie strony. Żółty wariant po skałkach jest efektowny, ale przy oblodzeniu może być zdradliwy bez raczków.
Dla zdobywców: Pieczątka KGP znajduje się na szczycie w drewnianej skrzynce. Jeśli skrzynka byłaby pusta, pieczątkę znajdziecie też w leśniczówce w Bielicach lub w pobliskiej Chacie Cyborga.

Góry Bialskie w zimowej szacie: Rudawiec (1106 m n.p.m.) z Bielic

Góry Bialskie, przez wielu nazywane „polskimi Bieszczadami” lub „najdzikszymi górami w Polsce”, przywitały nas w ten mroźny dzień iście bajkowym krajobrazem. 
Naszą przygodę zaczęliśmy w Kudowie, skąd o 9:30 wyruszyliśmy w półtoragodzinną trasę do Bielic. Ta urokliwa wieś, położona w dolinie Białej Lądeckiej, to idealny punkt startowy dla każdego, kto szuka spokoju i ucieczki od komercji. Bielice – dla jednych koniec świata, dla nas to początek naszej dzisiejszej przygody.
Termometr pokazał -7°C, co przy lekkim wietrze od razu zmotywowało nas do działania. Szybki serwis: plecaki na plecy, raczki na buty (niezbędne przy tym oblodzeniu!) i ruszamy całą naszą trójką na szlak (Sylwia, Elżbieta i Patryk).

Początkowe 1,5 km to przyjemny spacer „po płaskim” doliną rzeki szlakiem zielono-niebieskim. Tutaj jednak trzeba zachować czujność! Uważajcie na rozejście szlaków. Nasz zielony szlak w pewnym momencie ostro odbija w prawo, pnąc się pod górę, podczas gdy niebieski biegnie dalej dnem doliny.
Kolejny kilometr to konkretne podejście. Dzięki niemu szybko zyskaliśmy wysokość (całkowite przewyższenie na trasie to ok. 435 m). Dalej było już lżej – szlak prowadzi przez malownicze leśne tereny, które tego dnia wyglądały jak z „Krainy Lodu”.

Po przekroczeniu 4. kilometra szlak skręca w prawo i prowadzi nas wzdłuż granicy polsko-czeskiej. Po drodze mijamy szczyt Iwinka (1079 m n.p.m.): Choć to „tylko” przystanek w drodze na cel, widoki oszronionych drzew robiły na nas niesamowite wrażenie.

Równo na 5. kilometrze zameldowaliśmy się na Rudawcu (1106 m n.p.m.). To najwyższy punkt Gór Bialskich (według niektórych źródeł), a dla nas kolejny krok do zdobycia drugiej Korony Gór Polski. Formalności musiało stać się zadość – pieczątki wbite do książeczek, pamiątkowe fotki zrobione i… szybka ewakuacja, bo mroźny wiatr nie pozwalał na długie biesiadowanie.

Schodziliśmy sprawnie, utrzymując równe tempo. Po drodze zboczyliśmy nieco ze szlaku, by sprawdzić lokalny Schron Noclegowy oraz już na dole zwiedzamy pomnik Andrzeja Kranicica: Niezwykłe miejsce upamiętniające lokalnego przewodnika i miłośnika gór. Charakterystyczny rower i narty wkomponowane w pomnik zatrzymują na chwilę refleksji.

Cała pętla zamknęła się w 10 km i zajęła nam około 3,5 godziny. To była jednak dopiero pierwszy z dwóch naszych dzisiejszych szczytów. Mama została przy aucie na zasłużony odpoczynek, a my… od razu ruszyliśmy w stronę Kowadła!

Informacje Praktyczne:
Parking: W Bielicach znajduje się bezpłatny parking na końcu wsi, tuż przy wejściu na szlaki.
Wyposażenie: Zimą raczki to absolutna podstawa – podejścia bywają oblodzone.
Ciekawostka: Rudawiec znajduje się w pobliżu rezerwatu „Puszcza Śnieżnej Białki”, gdzie można podziwiać fragmenty pierwotnego lasu dolnośląskiego.
Dla zdobywców: Pieczątka KGP znajduje się na szczycie w metalowej skrzynce.

Tajemnica Skalnej Czaszki i Tragiczna Historia Narożnika – Zima w Górach Stołowych

Góry Stołowe nigdy nie przestają nas zaskakiwać. Choć sezon letni dawno za nami, te rejony o tej porze roku mają w sobie coś magicznego – mieszankę słońca, szronu i gęstej mgły, która dodaje skałom dramatyzmu. Tym razem naszym celem była legendarna Skalna Czaszka oraz czwarty co do wysokości szczyt tego pasma – Narożnik (851 m n.p.m.). Po spokojnym poranku i obowiązkowej „drugiej kawie”, o godzinie 11:00 ruszyliśmy w drogę. Po 15 minutach od wyjścia zameldowaliśmy się na bezpłatnym parkingu na Lisiej Przełęczy (790 m n.p.m.).

Dzień zaczęliśmy z przytupem, bo od geocachingu. Pierwszy kesz ukryty w wiatce parkingowej padł łupem Sylwii! To jej absolutny debiut w roli poszukiwacza skarbów, więc ekscytacja była ogromna. Szybki wpis do LogBooka i ruszamy za niebieskimi znakami szlaku, który początkowo prowadzi stromo pod górę kamiennymi stopniami.

Podejście na Narożnik z Lisiej Przełęczy nie jest długie, ale potrafi wycisnąć pot, zwłaszcza gdy pod nogami pojawia się pierwszy szron. W połowie drogi udało mi się odnalezyć drugiego kesza, więc humory dopisywały. Szlak prowadzi tutaj wzdłuż krawędzi piaskowcowych urwisk, skąd rozpościerają się pierwsze panoramy.

Jednak góry to nie tylko radość, ale i pamięć. Zatrzymaliśmy się przy miejscu tragicznej śmierci dwójki studentów z 1997 roku. Mała kapliczka i tablica pamiątkowa na skale przypominają o niewyjaśnionej do dziś zbrodni.

Na szczycie Narożnika próbowaliśmy namierzyć trzeciego kesza, ale bezskutecznie, więc dokonaliśmy jego reaktywacji. Kontynuowaliśmy wędrówkę szlakiem niebieskim w stronę Kopy Śmierci. Po drodze minęliśmy charakterystyczne formy skalne.

Aby dotrzeć do samej Skalnej Czaszki, musieliśmy odbić ze szlaku niebieskiego w oznakowaną ścieżkę prowadzącą po schodach w dół urwiska (około 15-20 minut za Narożnikiem). Dojście zajęło nam ok. 1,5 godziny od startu. Ta formacja robi niesamowite wrażenie – natura potrafi być genialnym rzeźbiarzem, a „oczodoły” czaszki są wystarczająco duże, by w nich usiąść.

Dalsza część naszej pętli prowadziła przez tzw. Ścieżkę nad Urwiskiem. Po drodze krajobraz stawał się coraz bardziej surowy, a drzewa pokrywał biały nalot szronu.

Schodząc niżej, weszliśmy w gęstszy las, gdzie skały przybierały coraz bardziej fantazyjne, pionowe formy.

Szlak w tym miejscu łagodnieje i przechodzi w szeroką drogę leśną, idealną na chwilę oddechu przed ostatnim podejściem.

Na koniec, w drodze powrotnej odwiedzamy Geoatrakcje Gór Stołowych. Pierwsze są Podmorskie Tarasy, które jednak na nas nie robią dużego wrażenia a dotarcie do nich wymaga pokonania kilkudziesięciu schodków.

Natomiast druga Geoatrakcją Gór Stołowych była Wisząca Skała do której dotarcie również wymagało ostrej wspinaczki po schodach.

Dalej ruszamy w kierunku Skał Puchacza, gdzie domykamy pętlę i przechodzimy na drugą stronę szosy (droga „Stu Zakrętów”). Wybieramy żółty szlak prowadzący do Fortu Karola. Wybudowany w 1790 roku jako pruska strażnica, dziś jest ruiną z jednym z najlepszych punktów widokowych w regionie. Niestety, pogoda zmieniła się całkowicie – słońce zniknęło, a gęsta mgła ograniczyła widoczność do kilku metrów. Co ciekawe, mimo wiosny w dolinach, tutaj wciąż zalegało mnóstwo śniegu.

Wracaliśmy do auta spełnieni, choć przemoczeni przez mgłę. Góry Stołowe zimą to zupełnie inna bajka niż w lecie – mniej ludzi, więcej ciszy i ta niepewność, co wyłoni się zza kolejnego obłoku pary.

Informacje techniczne:
Trasa: Lisia Przełęcz ➔ Narożnik ➔ Skalna Czaszka ➔ Podmorskie Kanały ➔ Wisząca Skała ➔ Fort Karola ➔ Lisia Przełęcz
Szlaki: Niebieski, zielony, niebieski, żółty oraz nieoznakowane dojścia do formacji skalnych
Dystans: ok. 9,1 km
Przewyższenia: ok. 262 m
Czas przejścia: ok. 4 godziny (uwzględniając eksplorację i geocaching)

Mikołajkowa Dyszka – czyli debiuty, medale i kartacze w stolicy Mazur!

Nasza mikołajkowa przygoda zaczęła się tak naprawdę już w sobotę. Aby uniknąć porannej nerwówki i stresu związanego z dojazdem na ostatnią chwilę, podjęliśmy decyzję: ruszamy dzień wcześniej! Sobotę zaczęliśmy od szybkiego pakowania – zarówno mojego, jak i Miłosza (Sylwia jak zwykle była gotowa już wcześniej niż my). Jeszcze tylko obowiązkowa kawka z Sysią przed wyjazdem i około 13:30 startujemy w kierunku Mrągowa.

Droga minęła nam sprawnie i przyjemnie – 2,5 godziny jazdy urozmaiciliśmy jedynie dwoma krótkimi postojami na stacji (bo kawa w trasie smakuje najlepiej!). Na miejscu, u Zbyszka, jak zwykle czekało nas ciepłe powitanie. Po chwili rozmowy ruszyliśmy jeszcze na szybkie zakupy do pobliskiego sklepu, żeby zaopatrzyć się w niezbędne produkty na kolację i biegowe przekąski.

Po powrocie podział obowiązków był prosty i sprawiedliwy: ja ze Zbyszkiem zajęliśmy się… strategicznymi rozmowami przy stole, natomiast Sylwia i Miłosz przejęli stery w kuchni. Poszło im błyskawicznie! Na stole wylądowało pyszne tagliatelle z kurczakiem i sosem curry. Ładowanie węglowodanów przed biegiem zaliczone wzorowo!

Szefowie kuchni spisali się na medal! Tagliatelle curry z kurczakiem – idealne paliwo przed startem.

Wieczór upłynął nam na wspólnych pogaduchach, ale szanując siły przed startem, Zbyszek zarządził koniec integracji już o 22:00. My przenieśliśmy się na dół do naszego pokoiku, gdzie postanowiliśmy się zrelaksować przy kinie domowym. Wyboru dokonał Miłosz i był on w dziesiątkę (film „Wąwóz” na AppleTV). Seans zakończyliśmy równo o północy i grzecznie poszliśmy spać. Musieliśmy być wypoczęci przed jutrzejszym wysiłkiem.

Niedzielny poranek, godzina 9:00. Budziki właściwie nie były potrzebne – adrenalina obudziła nas skuteczniej niż dzwonek! Wszyscy czuliśmy to przyjemne podekscytowanie, które towarzyszy startom, ale dzisiejszy dzień był szczególny. Dla Sylwii i Miłosza to absolutny debiut w zorganizowanych zawodach na dystansie 10 km, a Zbyszek – po naszych skutecznych namowach – postanowił dołączyć, by dotrzymać nam towarzystwa (dla niego po ostatnich maratonach to niedzielny spacerek). Ekipa w komplecie!

Dzień zaczynamy od klasyki gatunku, czyli śniadania biegacza. Na stole lądują białe bułki z masłem i dżemem – paliwo musi być! Jedynie Sylwia wyłamuje się ze schematu, stawiając na lekkość: jogurt z bananem. O 10:00, spakowani i z nastawieniem „byle do mety … i to z uśmiechem!”, ruszamy w kierunku Mikołajek.

Pogoda? Jak na grudzień – łaskawa! Chłodniej niż wczoraj, termometry pokazują 4 stopnie na plusie, ale najważniejsze wiadomości są dwie: nie pada i nie ma lodu. Warunki do biegania idealne.

Gotowi do startu! Humory dopisują.

Na miejscu wita nas tłum biegaczy. Mimo sporego parkingu, wolne miejsca znikają błyskawicznie, ale udaje nam się zaparkować. W biurze zawodów czeka nas małe zaskoczenie – kolejka po pakiety jest imponująca! Wygląda na to, że frekwencja przerosła najśmielsze oczekiwania organizatorów. Cierpliwość jednak popłaca. Odbieramy nasze zestawy: numery startowe, chipy, pamiątkowe koszulki, worki, izotoniki, wafelki i – co najważniejsze w tym dniu – czapeczki Świętego Mikołaja!

Szybkie przebranie, przypięcie numerów, zbędne rzeczy lądują w aucie i… orientujemy się, że czasu na rozgrzewkę zostało niewiele. Kilka wymachów, trucht i już ustawiamy się w strefie startowej.

Punktualnie o 11:45 rozlega się sygnał startu! Ruszamy na trasę Mikołajkowej Dyszki.

Ramię w ramię na trasie. Nie liczy się czas, liczy się wspólna zabawa!

Nasza taktyka była prosta: nie jesteśmy tu po życiówki, jesteśmy tu dla frajdy. Startujemy z tyłu stawki, pilnując, by nie dać się ponieść emocjom i nie spalić na początku. Szybko weryfikujemy tempo – jest równe, komfortowe dla całej naszej czwórki i, co najważniejsze, pozwala na swobodne rozmowy!

Kilometry, które początkowo mijały powoli, z każdą minutą zaczęły uciekać coraz szybciej. Biegło się fantastycznie! Zamiast walki o oddech, mieliśmy czas na podziwianie widoków, żarty i kręcenie pamiątkowych filmów. Zanim się obejrzeliśmy, 1/3 dystansu była już za nami. Punkt zwrotny przy malowniczym Jeziorze Łukajno był momentem przełomowym – teraz już prosto do mety!

Druga piątka minęła błyskawicznie, głównie dzięki świetnej atmosferze i rozmowom. Na trasie czekały punkty z napojami – ciepłe, zimne, do wyboru do koloru. Kiedy zobaczyliśmy znacznik ostatnich 800 metrów, wiedzieliśmy, że to zrobiliśmy. Wykonaliśmy honorową pętlę i wspólnie, ramię w ramię, wpadliśmy na linię mety!

Satysfakcja? Ogromna! Nie tylko dlatego, że ukończyliśmy bieg, ale dlatego, że zrobiliśmy to razem, wspierając się na każdym kilometrze.

Na mecie czekała na nas nagroda – przepiękne, ciężkie medale z motywem Mikołaja-pirata za sterem. Robią wrażenie!

Mikołajkowa ekipa w komplecie. Energia nas nie opuszczała ani na moment

Debiutanci z trofeami! Sylwia i Miłosz – wielkie brawa za pierwszą oficjalną dychę!

Takie cudo zawisło na naszych szyjach. Kawał solidnego żelastwa!

Po wysiłku przyszedł czas na zasłużoną regenerację. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania – do wyboru zupa ogórkowa albo barszczyk z pasztecikami, a na drugie danie pulpety lub regionalne kartacze. Oczywiście nie zabrakło też ciasta, bo bilans kaloryczny musi się zgadzać!

Uzupełnianie kalorii i analiza biegu przy stole. Zasłużony posiłek smakuje najlepiej!

Chwila odpoczynku, ostatnie pamiątkowe zdjęcia, uzupełnienie płynów i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku (i pełnymi brzuchami) spakowaliśmy się w drogę powrotną do Mrągowa.

To był świetny dzień, pełen pozytywnych emocji i sportowego ducha. Mikołajki zdobyte, a my wracamy bogatsi o nowe doświadczenia i piękne medale do kolekcji!

Do zobaczenia na kolejnych startach!

Motomajówka 2024 – Wielka Pętla Bieszczadzka

30.04.2024

Dzień 1: Płock – Warszawa – Dęblin – Puławy

O 15:30 przebieramy się szybko z Sylwią w nasze nowe wypasione stroje i ruszamy w drogę na naszych motorkach na długo wyczekiwaną i zaplanowaną moto-majówkę. Wyjeżdżamy o 16:15. Kierujemy się na Warszawę jadąc drugą stroną Wisły na Iłów. Pierwszy postój mamy po półtorej godzinie jazdy i 70km w Wilkowie Polskim, gdzie zatrzymujemy się w lokalnym sklepiku i kupujemy różne przekąski, słodkości ale i oranżadę. Po chwilowym wytchnieniu ruszamy dalej. Nasza radość rośnie wraz z każdym przejechanym kilometrem pomimo temperatury tego dnia powyżej 30 st.C. Kolejny przystanek już na stacji paliw przy wjeździe do Warszawy. Następny w Otwocku podjeżdżamy do apteki aby zakupić na wszelki wypadek sudokrem, temperatury sprzyjają wszelkiego rodzaju odparzeniom. Zbliżamy się już do naszego pierwszego zaplanowanego przystanku czyli Pałacu Bielińskich w Otwocku Wielkim. Niestety obiekt jest już zamknięty. Na szczęście zabraliśmy naszą pszczółkę – drona DJI, który zrobił robotę. Mogliśmy podziwiać pałac i tereny towarzyszące góry. Z uwagi, że zaczynał się już robić zmrok, zwinęliśmy się szybko i ruszyliśmy w dalszą drogę. Kolejny przystanek to tankowanie w Dęblinie na stacji ORLENu. I to właśnie tutaj, czy to ze zmęczenia czy z nieuwagi czy z obu tych powodów mieliśmy pewien incydent. Po zatankowaniu wsiadłem pierwszy i odpychając się nogami odjechałem kilka metrów spod dystrybutora pod budynek stacji. Natomiast Sylwia wsiadając na objuczony swój motocykl, tak niefortunnie wsiadła, że motocykl zaczął się jej kłaść na boku. Udało się jej oprzeć cały ciężar na nodze i zaczęła mnie wołać aby jej pomóc go postawić. Ja widząc co się dzieje i wiedząc, że może jej przygnieść nogę, zeskoczyłem bez zwłoki z mojego motocykla i szybko rozstawiając nóżkę zrobiłem to na tyle niedokładnie, że po pozostawieniu motocykla i podbiegnięciu do Sylwii, mój motocykl się przewrócił. Sytuacja Sylwii, która w mojej ocenie była bardziej niebezpieczna, gdyż mogła grozić uszczerbkiem zdrowia, została opanowana. Natomiast po oględzinach mojego motocykla, oprócz wykrzywienia lusterka, które jest łatwe do naprawy, stwierdziłem ułamanie końcówki lewej klamki sprzęgła. Na szczęście na tyle małe, że nie będzie przeszkadzało w dalszej jeździe. Po ruszeniu jednak okazało się, że jest problem z wrzucaniem biegów. Po dokładnej obserwacji mechanizmu okazało się, że wystarczy lekko odgiąć dźwignię i wszystko wróciło do porządku. Na stacji oprócz tankowania poszukaliśmy również noclegu na dzisiejszą noc. Sylwia znalazła w Puławach nocleg w dobrej cenie w lokalnym Domu Weselnym. Ruszyliśmy w ciemną, zimną noc mając w świadomości, że to ostatnie kilometry. Po dojechaniu rozpakowaliśmy nasze bagi, zostawiliśmy motorki pod wiatą i po szybkiej kolacji poszliśmy spać.
Czas w podróży: 6,5h,
Dystans: 255km

https://connect.garmin.com/modern/activity/15158864984

01.05.2024

Dzień 2: Puławy – Kazimierz Dolny – Szczebrzeszyn – Zamość – Jarosław – Przemyśl -Sanok

Wstajemy o godzinie 7:00 i tradycyjnie śniadanko z kawką na dobry początek dnia. Sprawność i dobra organizacja pozwala nam już o godzinie 8:00 po zrobieniu pamiątkowego zdjęcia ruszyć w drogę zapakowanymi motorkami. O godzinie 8:40 jesteśmy już w na przepięknym architektonicznie starym rynku malowniczo położonego Kazimierza Dolnego. Kręcimy się robiąc pamiątkowe zdjęcia oraz puszczając naszą Pszczółkę, która jest naszymi oczami z góry. Mijając bokiem Lublin jedziemy do następnego zaplanowanego naszego postoju a mianowicie na ruiny Pałacu w Bychawie, który z opisów i zdjęć wydawał się godny poświecenia czasu. Do przejechania na miejsce mamy około 60 kilometrów i dojeżdżamy o godzinie 10:00. Jednak nie zabawiamy długo, gdyż ruiny są mocno obrośnięte i kompletnie nieatrakcyjne. Opis w internecie jednak jest na tyle interesujący, że nie tylko my się łapiemy na atrakcyjność tego miejsca i podczas naszego krótkiego pobytu przewija się jeszcze kilka osób, które są również rozczarowane jak my. Korzystając z okazji przyjazdu pary na motocyklu pożyczam dodatkowy klucz, aby dokręcić kontrę na nakrętce od lusterka po wczorajszej wywrotce, które się luzuje. Po drodze do naszego kolejnego punktu zatrzymujemy się na stacji ORLEN na drugie śniadanko i kawę. U Pana Chrząszcza w Szczebrzeszynie meldujemy się o 11:30.  Nigdy wcześniej tu nie byliśmy, a nieduży ryneczek z chrząszczami z odlewu czy z drewna bardzo nam się podoba i robimy dużo zdjęć. Żabi skok 20km i o 12:30 jesteśmy w naszym ukochanym Zamościu. Parkujemy nasze rumaki na obrzeżach, ale jeszcze w murach starego miasta. Puszczamy Pszczółkę, a następnie spacerujemy napałając się cudownym klimatem i pięknymi kamienicami. Obowiązkowo zachodzimy na agorę z pięknym ratuszem. Główny plac w Zamościu to właśnie agora – na wzór starożytnej Grecji, miejsce zgromadzeń ludności a nie rynek, który służył głownie do handlu. Zamość w okolicy agory posiada dwa miejsca handlu czyli rynki: Rynek Wodny i Rynek Solny. Temperatura waha się cały czas w okolicach 30 stopni co ciężkie jest do wytrzymania w naszych strojach motocyklowych. Dlatego, długo schładzamy się lodami w jednej z lodziarni położonej w grubych murach kamienicy położonej bezpośrednio przy agorze. Jednak siedząc drogi nie ubywa, więc ruszamy w dalsza podróż. Po 6,5 godzinie  i 200 km od wyjazdu w dniu dzisiejszym oraz utrzymującej się wysokiej temperaturze przyszło zmęczenie i senność. Kolejne miejsce na naszej trasie to Szumy na Tanwi czyli perełka Roztocza. Rzeka Tanew uroczo meandrując pośród zielonych lasów przepływa przez progi skalne powodując małe spiętrzenia. Jednak zainteresowanie tym miejscem w długi majowy weekend jest na tak duże, że parking przy drodze pęka w szwach. My podejrzewam, nie mielibyśmy problemu z wciśnięciem gdzieś naszych motorków. Jednak przeraziła nas ta chmara ludzi na trasie do i na miejscu. Chyba nie o to chodzi w obcowaniu w takich miejscach aby nie móc zebrać myśli w hałasie tylko aby odpocząć i napałać się tym pięknem natury. Decyzja zapadła natychmiast, ruszamy dalej.  Na chwilę wytchnienia nie trzeba było długo czekać gdyż 6 km dalej, przy drodze znajduje się ogromny staw hodowlany na środku którego znajduje się wyspa połączona z lądem z jednej strony groblą a z drugiej drewnianym mostkiem a na środku znajduje się ogromna „Karczma Pod Szczęśliwym Karpiem”. To tam udajemy się w celu skosztowania rybnych pyszności, jednak okazuje się, że czas oczekiwania jest nieprzyzwoicie długi i postanawiamy finalnie spożyć nasze zapasy i ruszyć w dalszą drogę do kolejnego naszego przystanku w Jarosławiu. Aby nie kusić losu, 6 km przed Tomaszowem Lubelskim zjeżdżamy w boczną polną drogę w lesie i robimy mały biwaczek podczas którego ucinamy drzemkę. Znużeni i wykończeni temperaturą jaka panował na zwenętrz, zasnęliśmy na ściółce leśnej. Potem jedziemy na Stary Rynek, gdzie po środku placu majestatycznie pnie się ku niebu piękny ratusz w otoczeniu historycznej studni i fantastycznej fontanny, w której Sylwia prawie bierze kąpiel. Następnie jedziemy jeszcze pod dwie budowle sakralne: Klasztor oo. Dominikanów i Cerkiew konkatedralna pw. Przemienienia Pańskiego. Następnie na jednym z mniejszych zielonych placów w mieście również przy chłodzie fontanny zasiadamy i szukamy noclegu na dzisiejszą noc. Po kilku telefonach mamy zarezerwowany nocleg w Sanoku. Jest już co prawda godzina 18:00 ale postanawiamy trochę nadłożyć drogi i zajechać do naszego ukochanego Przemyśla. Z uwagi na późną porę nie informujemy już nikogo ze znajomych tylko udajemy się do jednego – Kapitana Henryka Jaskuły. A dokładnie do jego pomnika znajdującego się na starym mieście nieopodal rynku. Szukając miejsca do zaparkowania robimy kilka rundek wąskimi uliczkami starego miasta wracając wspomnieniami do naszej wcześniejszej wizyty w tym pięknym mieście-twierdzy. O 19:30 robimy sobie pamiątkowe zdjęcie z Kapitanem, tankowanie na stacji oczywiście ORLEN i ruszamy przepięknie malowniczą trasą do Sanoka. Jak się okazuje to właśnie na tej trasie znajduje się grupa najpiękniejszych i najbardziej malowniczych dla motocyklistów zakrętów. My niestety już nie doświadczamy ich uroku gdyż jest ciemno i zimno i jesteśmy maksymalnie skupieni na drodze. Spada również bardzo temperatura do tego stopnia, że musimy dorzucić kilka warstw, w tym dużo dają wkładki przeciwdeszczowe. Po dojechaniu do Sanoka, postanawiamy wjechać w pierwszej kolejności na stację paliw, w celu szybkiego wypicia ciepłej herbatki na rozgrzanie. I tutaj mamy ciekawą przygodę, otóż zawracając na stacji BP w celu pojechania na stację ORLEN nie zatrzymaliśmy się na wyjeździe na znaku STOP, było kompletnie pusto, dobra widoczność no ale stała na parkingu Policja, która to zauważyła i pojechała za nami. Na szczęście nasze wyjaśnienia wystarczyły i skończyło się bez mandatu a tylko na upomnieniu. Po wypiciu herbatki na stacji pojechaliśmy już prosto na zarezerwowaną kwaterę w Zagórzu, gdzie szybko i sprawnie się rozpakowaliśmy. Pamiętamy, że z zewnątrz wchodziliśmy bezpośrednio do małego pokoiku.
Czas w podróży: 14h,
Dystans: 410km

https://connect.garmin.com/modern/activity/15177980481

02.05.2024

Dzień 3: Sanok – Zagórze – Ursa Maior – Ustrzyki Dolne – Lutowiska – Zatwarnica – Tarnawa – Ustrzyki Górne – Cisna – Wola Sękowa u Czapli

Sanok, to miasto, które jeszcze odwiedzimy i dokładnie zwiedzimy 🙂 przepiękny Zamek Królewski/ Muzeum Historyczne, kolekcja ikon/ sztuka cerkiewna XV-XIX wieku, Galeria Zdzisława Beksińskiego, Cerkiew Św. Trójcy, Starówka i Rynek w Sanoku z nutą kuchni podkarpackiej, kościół i klasztor oo. Franciszkanów, ławeczka dobrego wojaka Szwejka (niesamowita postać w dwóch miejscach jednocześnie – Sanok i Przemyśl :-)), Skansen/ Muzeum Budownictwa Ludowego. Zatem czy warto przyjechać i zwiedzić Sanok? – Zdecydowanie TAK.

O poranku, po śniadanku ruszyliśmy na wskazane przez właścicieli lokalu miejsce znajdujące się na wzgórzu. Mianowicie były to Ruiny Klasztoru Karmelitów Bosych w Zagórzu, do których wiodła nas kręta droga otoczona krzyżami tzw. krzyżowa droga. Miejscem było conajmniej urokliwe, stąd zdecydowaliśmy się na upamiętnienie go z lotu ptaka (lot dronem). Z uwagi na sztywne ramy czasowe zmuszeni byliśmy opuścić to miejsce i ruszyć w dalszą drogę. Mieliśmy do pokonania 255 km. Przejeżdżaliśmy przez miejscowości tj. Lesko, Olszanica, Stefkowa, Ustjanowa Dolna, Ustjanowa Górna zatrzymując się w sklepie Ursa Maior (sklep.ursamaior.pl). Ursa Maior znany jest jako niezależny bieszczadzki browar (mikrobrowar), regionalne centrum sztuki, kreatywności i designu. Bieszczadzka Wytwórnia Piwa to przedsięwzięcie, zlokalizowane w Uhercach Mineralnych, między Leskiem a Ustrzykami Dolnymi. Fantastycznie spędziliśmy czas w tym wyjątkowym miejscu napałając sie widokami prac rzemieślniczych, nie omieszkaliśmy zakupić tam książkę o Bieszczadach. Niesamowita pamiątką jest działo sztuki w postaci bluzy Bieszczadzkiego Anioła, którą otrzymałam od Patryka (kosztowała fortunę). Z sentymentu zawsze kiedy jesteśmy w pobliżu, zajeżdżamy do Ursa Maior. I tak dojechaliśmy do miejscowości Ustrzyki Dolne, gdzie w pierwszej kolejności posililiśmy się hamburgerem i wypiliśmy kawę na stacji paliw Orlen. Po drodze do Lutowisk zwiedziliśmy Cerkiew św. Mikołaja w Rabem. Następnie udaliśmy się do Przystani Motocyklowej Czarna Górna ’68, do której marzyliśmy wstąpić i na własne oczy zobaczyć jak wyglądają miejsca noclegowe w drewnianych wiatach tylko dla motocyklistów. Nagraliśmy filmik, kilka fotek pamiątkowych, zakup bluzy asygnowanej napisem Przystań Motocyklowa Bieszczady Czarna Górna ’68 dla Patryka i kierunek Lutowiska. W Lutowiskach naszły nas wspominki z miejsca, gdzie spaliśmy na parkingu w aucie w dobie pandemii (okres zdobywania szczytów z DGP). Następnym przystankiem podczas Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej była Zatwarnica i Kino Końkret, do którego również mamy sentyment. Nie obyło się bez owocowej herbatki na miejscu i kilku pamiątkowych zdjęć. Przejeżdżając przez Tarnawę Niżną zainteresował nas  budynek, który był ośrodkiem uchodźców na potrzeby serialu „Wataha”. Niemniej jednak Tarnawa znana jest również jako Torfowisko Tarnawa. To niezwykłe miejsce w Dolinie Sanu na terenie nieistniejącej już wsi Tarnawa Wyżna. To jedno z kilku bieszczadzkich torfowisk udostępnionych do zwiedzania zwane bieszczadzkimi cudami, które zamierzamy następnym razem zwiedzić. Torfowisko Tarnawa znajduje się na terenie Bieszczadzkiego Parku Narodowego, a wejście na teren torfowiska jest płatny. Z pozyskanych informacji parking kosztuje dodatkowo 10 pln, a turyści zazwyczaj spędzają tutaj około 1,5 h. Długość trasy przez Torfowisko w Tarnawie wynosi 2,4 km. Pomimo, że Torfowisko Tarnawa jest położone raptem 13 km w linii prostej od Ustrzyk Górnych, to podróż na miejsce zajmie tylko ponad 30 minut. Wszystko dlatego, że droga widzie tutaj nieco naokoło. Najpierw przez wieś Stuposiany, która zwana jest bieszczadzkim biegunem zimna. Skierowaliśmy się na Muczne wprost do Zagrody Pokazowej Żubrów. W samym Mucznem wiedzie szlak na Bukowe Berdo, którego szczytu jeszcze nie zdobyliśmy oraz wieża widokowa na Jeleniowatym. W Tarnawie Niżnej mieliśmy również okazję podjechać do stanicy konnej polskich koników. Dzięki uprzejmości zarządzających zaproszono nas na obejrzenie stanicy od środka. Sama stanica była opatrzona przepięknym muralem. Fantastyczne inne zupełnie miejsce do zwiedzania, można było nawet kupić tam małe rękodzieła na pamiątkę. W końcu dojechaliśmy do Ustrzyk Górnych, miejsca, z którego ruszaliśmy na Połoninę Caryńską i Połoninę Wetlińską w ramach GSB w 2023. W Cisnej wstąpiliśmy na obiadokolację do naszego stałego miejsca nieopodal noclegu, który zarezerwowaliśmy na ten odcinek drogi w ramach GSB 2023 – Karczma Łemkowska. Właśnie tam znaleźliśmy nocleg w Woli Sękowej i właśnie tam zauważyliśmy, że już na ekranach można obejrzeć film „Śniła mi się Połonina”. Dlaczego tam? Odpowiedź jest ta sama jak co roku – Majówka. Zatem udaliśmy się w podróż ok. 50 km więcej niż zakładaliśmy pierwotnie, ale nie żałujemy. Wieś Wola Sękowa znajduje się pomiędzy Sanokiem a Duklą pod miejscowością Rymanów. Nocleg na Kamieńcach Agroturystyka Marian Czapla okazał się w pełni trafiony (tel. 13 466 42 49). Pełen spokój i komfort wypoczynku zapewnił nam organista będący zarówno bardzo praktykującym chrześcijaninem jak również okazało się, że lokalnym politykiem z ramienia PiS. Spędziliśmy wspaniały czas przy dobrej przygotowanej we własnym zakresie kolacji i lampce wina (Wilka w czerwonym kapturze).

https://connect.garmin.com/modern/activity/15192300644

03.05.2024

Wola Sękowa – Dukla – Grybów – Kryspisów/Cholerzyn

Fantastyczny pobyt „u Czapli” spowodował, że poranek przebiegał leniwie choć intensywnie tj. śniadanie, pakowanie, dodatkowo mycie pinlocków w dwóch kaskach, co stanowiło wyzwanie, z którym Patryk doskonale sobie poradził J Klimat dość ciekawy, gdyż pobyt spędziliśmy w sąsiedztwie kościoła, a to przyczyniło się, do zdalnego uczestniczenia w mszy św. Ponadto, po zakończonej mszy dom Czapli wypełniali jego goście rodzinni, dzięki czemu zapanowała fajna atmosfera. Zmierzyliśmy się z rzeczywistością i ruszyliśmy w drogę do Kryspinowa. Niby skrótem, niby TET, niby lasem, a tu niebywałe trudności przejazdowe po drodze i…. zawracamy. Decydujemy się podążać drogą asfaltową w kierunku Dukli. Pogoda była słoneczna. Dotarliśmy do Sanktuarium św. Jana z Dukli. Zaparkowaliśmy nasze moto-rumaki na parkingu i zrobiliśmy krótki spacerek podziwiając architekturę budynku. Klasztor oo. Bernardynów w Dukli powstał w 1741 r. Fundatorem był właściciel miasta Józef Wandalin Mniszech. Klasztor i kościół są głównym miejscem kultu św. Jana z Dukli, świątobliwego zakonnika bernardyńskiej prowincji z XV w. Po II wojnie światowej zostały tu przewiezione ze Lwowa główne relikwie Świętego. Od 2009 r. kościół cieszy się statusem sanktuarium na prawach diecezjalnych. Dukielski klasztor stał się centralnym miejscem kultu św. Jana po tym, jak trumna z relikwiami świętego została sprowadzona w 1946 r. ze Lwowa do Rzeszowa, a następnie, w 1974 r. do Dukli. Została ona umieszczona w specjalnie przygotowanej kaplicy. W dniach 9-10 czerwca 1997 r. ziemię dukielską nawiedził Jan Paweł II. 9 czerwcaodwiedził sanktuarium, a następnego dnia podczas mszy św. w Krośnie dokonał aktu kanonizacji św. Jana z Dukli. Zawsze chętnie wracamy do Dukli, bardzo miło nam się kojarzy to miejsce. Na nas już czas i ruszamy w dalsza drogę. Tym razem kierujemy się na Limanową przez miejscowość Lipinki, w której zatrzymaliśmy się, aby zobaczyć w jaki sposób eksploatuje się ropę naftową otworami wiertniczymi, w tej okolicy bardzo licznymi. Niesamowite przeżycie mając je w zasięgu ręki J Wieś Lipinki istnieje od 1860 i jest jedną z najstarszych w Polsce kopalni ropy naftowej, wieś założył w 1363 król Kazimierz III Wielki. Poszukiwania ropy rozpoczęto w 1860 w zachodniej części wsi i wtedy staraniem Jadwigi Straszewskiej i Ksawerego Stawiarskiego zorganizowano pierwszą kopalnię. Niedługim później Stawiarski wybudował rafinerię, która pod kierownictwem dr. chemii Stefana Bartoszewicza jako pierwsza w Polsce rozpoczęła produkcję parafiny. Pod koniec XIX wieku w Lipinkach były dwie kopalnie ropy posiadające blisko 200 szybów i rafinerię o zdolności produkcyjnej około 6 tys. ton. Rafineria i część kopalni została zniszczona w czasie I wojny światowej przez wojska austriackie. Rafineria nie została później odbudowana, natomiast działa kopalnia. Na początku XXI wieku powrócono do poszukiwań węglowodorów w rejonie Lipinek. W latach 2006–2010 niemiecka firma RWE Dea wykonała dwa odwierty położone we wschodniej części Lipinek o nazwie „Pola-1” i „Pola-2” o planowanych głębokościach odpowiednio 3500, 2400 m. Prace poszukiwawcze kontynuowano w następnych latach. W 2016 spółka Orlen Upstream w ramach przedsięwzięcia projektowego poszukiwawczo-wydobywczego węglowodorów o nazwie „Karpaty” zrealizowała odwiert o nazwie „Lipinki-OU1”. Zmęczenie nas dopadło i niemiłosierny głód. Zatrzymaliśmy się z miejscowości Grybów na Starym Rynku. W miłej atmosferze i w słonecznej pogodzie pod parasolem J zajadaliśmy pyszną pizzę, mniam…. Tuż obok była możliwość zakupu lodów, co uczyniliśmy bez wahania. Potem podjechaliśmy pod Zamek Stara Baśń zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie, następnie ruszyliśmy w kierunku Limanowej. Trasę, którą wybrał Patryk nie da się opisać, trzeba to przeżyć. Tak malowniczego krajobraz nie widziałam. Widoki, które się wokół nas roztaczały zapierały dech w piersiach. Z uwagi na zmęczenie i silną potrzebą odpoczynku łącznie z drzemką, zatrzymaliśmy się w przydrożnej zatoczce (ok. 20 km za Nowym Sączem przed Limanową). Tam znajdowała się fantastyczna wiata z przepięknym widokiem na Tatry. Patryk nie odmówił drzemki na ławce, ja usilnie próbowałam zasnąć, ale myśl o krajobrazie, który za chwilę zniknie z mego pola widzenia doprowadziła do tego, że oddaliłam się od miejsca odpoczynku i rozmarzyłam się na zawsze… W Wieliczce zatrzymaliśmy się w McDonalds na pyszna kawkę stwarzająca możliwość postoju i odpoczynku. Z uwagi na bardzo słoneczne dni podróż nas co chwilę nuży. Niemniej jednak szczęśliwi i pełni optymizmu dojeżdżamy na miejsce, czyli Kryspinów Ośrodek Navigare. Witamy się z zaprzyjaźnionym Mateuszem i jego ekipą, parkujemy motocykle na trawie, nierównym i pochyłym terenie ośrodka. Idziemy na ognisko, które ku naszej uciesze przebiega w niezwykle miłej atmosferze przy kiełbasce, kaszaneczce i piwku 🙂 Bawimy się do północy i lądujemy w łóżeczku w przyczepie kempingowej, którą Mateusz nam udostępnił na czas pobytu. To były fantastyczne chwile.

Babia Góra w zimowej odsłonie na Święto Niepodległości

11 listopada to data symboliczna. Jedni świętują na marszach, inni biegną w zawodach, a my? My po przedwczorajszym biegu postanowiliśmy sprawdzić, czy Królowa Beskidów przyjmie nas łaskawie w ten jesienno-zimowy dzień.
Tym razem poranek był wyjątkowo leniwy. Wstawaliśmy niespiesznie, z lekką nutą niepewności co do składu ekipy. Mama szybko rozwiała wątpliwości, stwierdzając, że to nie jest jej dzień na górskie wyrypy. Szanujemy to – góry mają sprawiać radość, a nie być obowiązkiem. Ruszamy więc we dwoje: szybka kawka, śniadanie, pakowanie plecaków i w drogę.

Start: Przełęcz Krowiarki (1012 m n.p.m.)
Na szlak ruszamy chwilę przed 11:00. Sam dojazd z naszej bazy zajął nam zaledwie 20 minut. Auto zostawiamy na popularnym (i niestety drogim – 30 zł za dzień) parkingu na Przełęczy Krowiarki. Chcieliśmy zajrzeć do sklepiku po pamiątki, ale ceny skutecznie ostudziły nasz zapał. Z pustymi rękami, ale pełni energii, wbijamy pieczątki do książeczek i ruszamy czerwonym szlakiem (Główny Szlak Beskidzki) w stronę szczytu.

Etap 1: Przez las na Sokolicę (1367 m n.p.m.)
Droga nie daje taryfy ulgowej – od razu zaczyna się dość ostre, strome podejście. Pierwszy cel to Sokolica. Choć to dopiero 1/3 dystansu, to pokonujemy tu prawie połowę przewyższenia. Pogoda na dole nas rozpieszcza – typowa, przyjemna wczesna jesień. Jest na tyle ciepło, że szybko zrzucamy warstwy, żeby się nie przegrzać. Idziemy mądrze – robimy krótkie przerwy, by wyrównać oddech. Ten odcinek w osłonie lasu zajmuje nam 50 minut.

Etap 2: Kępa i zmiana krajobrazu (1521 m n.p.m.)
Kolejny przystanek to Kępa. Docieramy tu po 30 minutach od Sokolicy. Warunki wciąż są stabilne, zmęczenia brak. To właśnie tutaj zaczyna się magia Babiej Góry – wychodzimy z lasu w piętro kosodrzewiny. Drzewa karłowacieją, a widoki (teoretycznie) się otwierają.
To kluczowy moment naszej wyprawy: Strategiczny postój na przebranie. Zanim wyjdziemy na otwartą przestrzeń, zmieniamy przepoconą odzież na suchą i docieplamy się. To była najlepsza decyzja dnia! Dzięki temu dalszą, wietrzną zazwyczaj część trasy, pokonujemy w pełnym komforcie termicznym.

Etap 3: Gówniak i wejście w chmury (1617 m n.p.m.)
Po dwóch godzinach od startu meldujemy się na szczycie o uroczej nazwie Gówniak. Tutaj żarty się kończą – a zaczyna zima. Jak widać na naszych zdjęciach, słupek szczytowy pokryty jest już szadzią, a pod butami chrzęści śnieg. Wchodzimy w niskie chmury, które kradną nam widoki, ale w zamian dają niesamowity, tajemniczy klimat.
Ciekawostka: Zastanawialiście się kiedyś, skąd nazwa „Gówniak”? Nie ma ona nic wspólnego z dziećmi! Wywodzi się z czasów pasterskich, kiedy na tych wysokościach wypasano woły. „Wołowe Skałki” były miejscem, gdzie zwierzęta zostawiały po sobie… no właśnie, naturalny nawóz.

Szczyt: Diablak (1725 m n.p.m.) – Kapryśna Królowa łaskawa jak nigdy
Ostatnie 20 minut to marsz po gołych skałach i jedno bardziej strome podejście. W końcu jest! Diablak. To nasze piąte wejście na ten szczyt, ale pierwsze w tak specyficznych warunkach.
Jest biało, mroźnie i mgliście. Ale stał się cud – na Babiej Górze, znanej jako „Matka Niepogód”, jest całkowicie bezwietrznie. To ewenement! Zazwyczaj urywa tu głowę (jak przy poprzednich naszych wizytach), a my mogliśmy spokojnie nacieszyć się chwilą, zrobić zdjęcia przy oblodzonym słupku i zjeść zasłużony posiłek. W menu: banany i domowa suszona wołowina przygotowana przez Sylwię (sztos!).

Z pewnym żalem, ale i rozsądkiem, ruszamy w dół. Mimo że nasze wyjście było późne, czuliśmy się bezpiecznie, wiedząc, że zejdziemy przed zmrokiem. Po drodze mijaliśmy turystów dopiero idących na szczyt – czy byli przygotowani na nocne powroty? Mamy nadzieję, że tak, choć wyglądało to ryzykownie.

W dół lecimy jak na skrzydłach. Na Przełęczy Krowiarki meldujemy się z czasem 4 godziny i 2 minuty (całość trasy). To nasz życiowy rekord na tym odcinku, zrobiony zupełnie „przy okazji”, bez napinki.
Wnioski? Kondycja jest lepsza, niż sądziliśmy a Babia Góra, nawet bez widoków na Tatry, potrafi zachwycić mroźnym klimatem.

Informacje praktyczne – Szlak na Babią Górę
Trasa: Przełęcz Krowiarki – Sokolica – Kępa – Gówniak – Babia Góra (Diablak) – powrót tą samą drogą.
Kolor szlaku: Czerwony (Główny Szlak Beskidzki).
Dystans: ok. 9,5 km (w obie strony).
Suma podejść: ok. 720 m.
Parking: Przełęcz Krowiarki (płatny, ok. 30 zł/dzień). Warto być rano, w weekendy szybko się zapełnia.
Bilety wstępu: Babiogórski Park Narodowy (można kupić online lub w budce przy wejściu).
Wybierając się na Babią Górę jesienią i zimą, pamiętajcie o warstwach. Na dole może być ciepło (jak u nas), a na górze panować zima. Zawsze miejcie w plecaku suchą koszulkę na zmianę, czapkę, rękawiczki i kurtkę przeciwwiatrową. Szlak powyżej granicy lasu jest bardzo eksponowany!

Wiedzieliście, że…? Choć Babia Góra jest znana jako „Matka Niepogód” i słynie z wichur, nasz 11 listopada był wyjątkowo spokojny. Mieliśmy szczęście! A sam szczyt, na którym staliśmy, to tak naprawdę Diablak, najwyższy punkt w całych Beskidach Zachodnich natomiast nazwa Babia Góra odnosi się do całego masywu. Szczyt Diablaka leży dokładnie na granicy polsko-słowackiej. Cały masyw jest objęty ochroną i stanowi Babiogórski Park Narodowy, który ze względu na unikalne piętra roślinne (od lasów po piętro kosodrzewiny i murawy alpejskie) został wpisany na listę Światowych Rezerwatów Biosfery UNESCO. Według jednej z legend Diablak to resztki zamku, który budował diabeł dla babki-czarownicy. Gdy słońce wzeszło, budowla runęła, tworząc stertę kamieni – dzisiejszy szczyt.
Z kolei charakterystyczny, duży kamienny mur na szczycie (za którym i my nie raz się chowaliśmy), to pozostałość po historycznej funkcji – służył jako schronienie przeciwwiatrowe. Znajduje się tam również kamienny ołtarz poświęcony Janowi Pawłowi II oraz pamiątkowa tablica upamiętniająca pomiary geodezyjne i historyczne wydarzenia.

Czupel – jesienna wyprawa na najwyższy szczyt Beskidu Małego

Rankiem, po śniadaniu i filiżance kawy, ruszyliśmy w stronę szczytu Czupel – 930 m n.p.m., zaliczanego do Korony Gór Polski i będącego najwyższym punktem Beskidu Małego. Samochód zostawiliśmy w centrum Międzybrodzia Bialskiego, na parkingu przy sklepie Lewiatan, gdzie wygodnie mogliśmy się przepakować i przygotować kijki oraz ciepłą odzież na chłodny, jesienny dzień.​

Szlak czerwony prowadzi od samego początku równomiernie pod górę, przez bukowo-świerkowy las, którego ściółka pokryta była wilgotnymi liśćmi po wcześniejszych opadach. Pomimo kapryśnej pogody – lekkiego deszczu i 7 stopni C – warunki były idealne do spokojnej, jesiennej wędrówki.

Regularne odpoczynki pozwalały na uniknięcie przegrzania, choć rozbieranie się z kolejnych warstw było konieczne już od pierwszego podejścia.​ Tempo marszu wyznaczała Sylwia, a mama, idąc własnym rytmem, pokazała, że nie zwalnia grupy. Na trasie spotykaliśmy pojedynczych turystów, cieszących się urokami jesieni w Beskidzie Małym.

Ostatnie metry przed szczytem to przełęcz Pod Czuplem (872 m), gdzie czerwony szlak skręca w prawo i łączy się z niebieskim, stanowiącym finalny odcinek na wierzchołek. Droga była kamienista, śliska i pokryta wilgotnymi liśćmi, wymagając od nas szczególnej ostrożności. Na szczycie powitał nas tłum turystów i charakterystyczna tabliczka – choć miejsce nie słynie z panoramicznych widoków, cieszy się dużą popularnością ze względu na przynależność do Korony Gór Polski.​

Na wierzchołku przybiliśmy pieczątki do książeczek – z wyjątkiem mamy, która nie zabrała książeczki KGP w ferworze pakowania na wyjazd. To pretekst do powrotu na tę trasę w przyszłości!

Droga powrotna, po przebraniu się w suche i ciepłe ubrania, okazała się wymagająca – zwłaszcza ze względu na wilgotne liście i mało stabilne podłoże. Jednak czas szybko minął, a trasę o łącznej długości 7 km i przewyższeniu 600 m pokonaliśmy w trzy godziny.​

Informacje praktyczne:
Wybierz dzień o chłodnej pogodzie – unikniesz przegrzania podczas podejścia.
Dobierz odpowiednie buty – szlak jesienią jest śliski, wymaga stabilnego obuwia z bieżnikiem.
Zabierz kijki – pomogą przy stromym i śliskim zejściu.
Sprawdź wyposażenie przed trasą – nie tylko pieczątka, ale też ciepłe ubrania i przekąski (my zabraliśmy suszą wołowinę i jabłka przygotowane przez Sylwię jeszcze przed wyjazdem, hmmm, mniam … mniam).
Na szczycie może być tłoczno – dla pamiątkowego zdjęcia przygotuj się na chwilę oczekiwania.

Podsumowanie:
Czupel to idealny cel na jesienną lub wiosenną wycieczkę – nie tylko dla kolekcjonerów szczytów Korony Gór Polski, lecz także dla miłośników beskidzkiej natury i relaksu w lesie. Umiarkowana trudność, malownicze bukowe lasy i przyjemna atmosfera na szlaku sprawiają, że trasę warto powtórzyć – choćby po pieczątkę do książeczki KGP!

XI Charytatywny Bieg Niepodległości w Zembrzycach

W sobotę przed południem ruszyliśmy do Zemborzyc, gdzie czekał na nas pierwszy start w zorganizowanym biegu. Droga z miejsca naszego pobytu zajęła około 25 minut, a na miejscu wszystko było przygotowane wzorowo – odbiór pakietów startowych przebiegł szybko i bezproblemowo. Wpisowe 80 zł gwarantowało numer startowy (Sylwia 882, ja 881), ubezpieczenie oraz drobne upominki, m.in. przyprawy, baton, woda, breloczek a do wyboru był kubek termiczny lub parasolka.

Gdy przymocowaliśmy chipy do sznurówek, ruszyliśmy na krótki rekonesans trasy i marszową rozgrzewkę. Następnie o 12:50 odbyło się uroczyste otwarcie biegu – śpiewanie hymnu, wspólna rozgrzewka pod opieką prowadzącej i krótkie przemówienia organizatorów. Ta sportowa atmosfera dodała nam energii i podniosła poziom motywacji.

O godzinie 13:00 stanęliśmy na starcie. Zdecydowaliśmy biec wolnym tempem, traktując ten bieg przede wszystkim jako sprawdzian i przygodę. Początkowe 6:10 min/km okazało się jednak zbyt szybkie dla nas – puls skoczył do ponad 150 ud./min, a zmęczenie przyszło bardzo szybko. Po niespełna 1,5 km dopadł mnie dokuczliwy ból w pachwinach, który zmusił do chwilowego przejścia do marszu, jednak ból przy bieganiu i chodzeniu był niemal taki sam, więc wróciłem do biegu. Sylwia wspierała mnie bez przerwy, mimo że prosiłem ją, by biegła swoim tempem.
Na 3. kilometrze pojawił się lekki skurcz w prawej łydce, który na szczęście szybko ustąpił. Ostatecznie przyjęliśmy strategię, że ból pachwin podczas biegu jest bardziej znośny niż przy marszu – tak dobiegliśmy ostatni kilometr. Na stadionie czekała na nas mama, dokumentując ostatnie chwile biegu zdjęciami. Ostatnie metry pozwoliły nawet na wyprzedzenie dwóch zawodników i finisz z czasem 48:29 (pełne wyniki dostępne tutaj).
Po przekroczeniu mety odebraliśmy pierwsze w życiu medale z biegu masowego, co było dla nas ogromnym przeżyciem. Uzupełniliśmy płyny, przebraliśmy się w suche ubrania, a potem udaliśmy się na ciepły żurek i słodkie gofry serwowane dla uczestników. Nie czekaliśmy na oficjalne zakończenie, bo chłód zaczął doskwierać, ale wracaliśmy do domu pełni radości i nowej motywacji.

To był wyjątkowy i wartościowy debiut biegowy – pokazujący, że nie wynik, a wspólne przeżywanie i radość z ruchu są najważniejsze. Z niecierpliwością czekamy na kolejne starty!

Czarna Góra – krótka, letnia wyprawa w Sudety z widokami na Masyw Śnieżnika

Czarna Góra (1205 m n.p.m.) to jeden z najbardziej znanych szczytów Masywu Śnieżnika, chętnie odwiedzany zarówno zimą przez narciarzy, jak latem przez miłośników pieszych wycieczek.​
Nasza wyprawa rozpoczęła się na Przełęczy Puchaczówka, niedaleko miejscowości Sienna – kluczowego punktu turystycznego regionu. Na miejscu czekał na nas darmowy parking, z którego do wejścia na czerwony szlak prowadzi krótki asfaltowy odcinek.​
Czerwony szlak, przez pierwsze kilkaset metrów połączony z zielonym, prowadzi przez przyjemny, cienisty las, idealny na letnie spacery. Trasa stopniowo zaczyna piąć się w górę, a typowe dla Sudetów świerki dają wytchnienie zwłaszcza w słoneczne dni.​
Po około 500 metrach rozpoczyna się strome podejście w kierunku szczytu i dawniej stojącej tam 14-metrowej wieży widokowej. Chociaż obecnie nie ma po niej śladu (wieża została rozebrana latem 2021 roku ze względu na zły stan techniczny), Czarna Góra nadal zachwyca skalnym punktem widokowym, skąd podziwiać można Masyw Śnieżnika.​

Na samym wierzchołku Czarna Góra, oprócz pozostałości po wieży, znajduje się także charakterystyczny przekaźnik telewizyjny, którego światła są widoczne z wielu kilometrów i po zmroku służą jako orientacyjny punkt dla turystów. Przy dobrej pogodzie można podziwiać panoramę okolicznych gór oraz malownicze doliny.​

Informacje praktyczne:
Parking – darmowy, otwarty na Przełęczy Puchaczówka, blisko do czerwonego szlaku,
Długość trasy – ok. 3,3 km w obie strony, ok. 200 m przewyższenia,
Szlak – dobrze oznaczony, początkowo łagodny, potem stromy przed szczytem,
Wieża widokowa – zamknięta od 2021 roku, ale skalny punkt widokowy dostępny,
Polecane dla rodzin – szlak krótki, atrakcyjny, biegnie wśród lasów i kwiecistych polan, idealny na aktywne popołudnie.

Podsumowanie:
Czarna Góra w Sudetach to doskonały wybór dla osób, które szukają krótkiej, aktywnej wycieczki z pięknymi panoramami i górską atmosferą – zarówno przy letnim słońcu, jak i zimowym narciarskim szaleństwie. Latem zachwyca widokami, spokojem lasu i zielonymi polanami, zimą zamienia się w ulubiony kurort narciarski regionu. To miejsce, gdzie historia wieży widokowej splata się z nowoczesną infrastrukturą oraz rodzinną rekreacją.​

Strona 1 z 19

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén