Nieważne gdzie, ważne z kim!!!

Autor: Patryk Strona 3 z 4

Wysoka Kopa # 2: Świąteczna przygoda w krainie cietrzewia i kwarcu

Tuż po zejściu ze Skalnika, nie tracąc ani chwili, ruszyliśmy w stronę najwyższego pasma Gór Izerskich. Wielkanocna sobota 2025 roku rozpieszczała nas pogodą, ale i uczyła pokory – czasochłonne pierwsze podejście tego dnia zmusiło nas do modyfikacji planów. Postawiliśmy na wariant z Rozdroża Izerskiego, licząc na sprawne zdobycie kolejnego szczytu do Korony Gór Polski przed zmrokiem.

Ruszyliśmy zielonym szlakiem, który przywitał nas typowym dla Izerów terenem – miejscami bagnistym, z wystającymi korzeniami i sporą ilością błota po wiosennych roztopach.

Po drodze mijaliśmy imponującą Kopalnię Kwarcu Stanisław. To miejsce o księżycowym krajobrazie zrobiło na chłopcach ogromne wrażenie. Trudno się dziwić – to najwyżej położony kamieniołom w Polsce (1050 m n.p.m.). Choć dziś panuje tu cisza, kiedyś tętniło tu życie przemysłowe, a wydobywany kwarc trafiał do hut szkła w całym kraju. Chłopcy musieli oczywiście „zaliczyć” każdą większą skałę w okolicy Izerskich Garbów.

Podejście pod samą Wysoką Kopę to marsz przez teren objęty ochroną. Od naszej ostatniej wizyty rejon szczytu został całkowicie zamknięty dla turystów – to teraz rezerwat Cietrzewia. Te niezwykle rzadkie ptaki potrzebują spokoju do tokowania, dlatego szanując przyrodę, nie wchodziliśmy na sam wierzchołek. Oficjalna tablica „Wysoka Kopa” czekała na nas przy szlaku. To tam, w pełnym składzie, świętowaliśmy zdobycie szczytu.

W drodze powrotnej, walcząc z uciekającym czasem, zdecydowaliśmy się na skrót łączący szlak czerwony z żółtym. I tu zaczęła się nasza mała rodzinna komedia. Podczas gdy my parliśmy do przodu, mama z ciocią Anią tak mocno zaangażowały się w rozmowę, że kompletnie przegapiły moment skrętu. Na szczęście, dzięki instrukcjom („cały czas w dół!”), spotkaliśmy się wszyscy cali i zdrowi na szlaku żółtym, tuż przed finałowym dojściem do parkingu.

Informacje o trasie

  • Szczyt: Wysoka Kopa (1126 m n.p.m.) – najwyższy punkt Gór Izerskich.
  • Dystans: 9,4 km (pętla).
  • Czas przejścia: 3 godziny 38 minut.
  • Suma podejść: 391 m.
  • Najwyższy punkt: 1106 m n.p.m. (zgodnie z pomiarem przy tablicy).

Porady i Informacje praktyczne

Parking i dojazd:

  • Startowaliśmy z Rozdroża Izerskiego (parking przy drodze 358). Miejsce jest popularne, ale dość pojemne. W święta i weekendy warto być tu przed południem.

Pieczątka do książeczki KGP:

  • Drewniana skrzynka z pieczątką znajduje się na słupku pod tablicą „Wysoka Kopa”. Warto mieć ze sobą własny tusz – ten na miejscu bywa wyschnięty.

Trudności na szlaku:

  • Szlak jest technicznie łatwy, ale Izery słyną z błota. Solidne, nieprzemakalne buty to podstawa, co widać na naszych zdjęciach z podejścia.

Ciekawostki historyczne i turystyczne:

  • Kopalnia Stanisław: Legenda głosi, że kwarc wydobywano tu już w XIII wieku. Surowe warunki sprawiają, że zima trwa tu rekordowo długo.
  • Ochrona Cietrzewia: Pamiętajcie, że wchodzenie na sam szczyt (poza wyznaczony szlak) jest zabronione. Cietrzewie to jedne z najbardziej płochliwych ptaków w Polsce – każda płosząca je osoba może przyczynić się do ich zniknięcia z tych gór.
  • Widoki: Przy dobrej widoczności z okolic Kopalni Stanisław widać nie tylko Karkonosze ze Śnieżką, ale nawet odległe o wiele kilometrów elektrownie w Turowie.

Zasada „cały czas w dół”:

  • Nasza przygoda z mamą i ciocią pokazuje, że w Izerach łatwo o dekoncentrację. Jeśli zgubicie orientację na skrótach, trzymanie się kierunku spadku terenu zazwyczaj doprowadzi Was do Drogi Sudeckiej, ale zawsze warto mieć mapę w telefonie (polecamy mapa-turystyczna.pl lub mapy.cz).

Skalnik # 2 – Wielkanocne zdobywanie najwyższego szczytu Rudaw Janowickich

Pierwszy ze szczytów wytypowanych podczas naszego rodzinnego, wielkanocnego wyjazdu w góry, padł łupem 19 kwietnia 2025 roku (w wyprawie brali udział: Elżbieta, Ania, Sylwia, Patryk, Miłosz oraz Janek). Postanowiliśmy nie zmieniać nic w planie z naszego pierwszego podejścia – planowaliśmy zostawić samochód na parkingu przy niebieskim szlaku podejściowym w Czarnowie. Rzeczywistość szybko jednak zweryfikowała nasze zamiary. Parking był całkowicie oblężony, co zmusiło nas do szukania miejsca nieco dalej. Na szczęście udało nam się uniknąć płatnego parkingu – stanęliśmy przy drodze w pobliżu szlaku żółtego.
Wędrówkę zaczęliśmy od odcinka asfaltowego, który doprowadził nas do skrętu w las. To właśnie tam zaczęła się właściwa zabawa i podejście, na którym trzeba było w końcu zacząć „łapać wysokość”.

Po drodze mijaliśmy punkt „Pod Ostrą Małą”, gdzie łączą i rozgałęziają się szlaki. Szlak na szczyt od tej pory wiedzie po niemal płaskim terenie, co po wcześniejszym podejściu było miłą odmianą.

Sam szczyt Skalnika (944 m n.p.m.) jest całkowicie zalesiony i pozbawiony szerokiej panoramy, ale dla zdobywców Korony Gór Polski jest punktem obowiązkowym. Znaleźliśmy tablicę z nazwą szczytu, zrobiliśmy pamiątkowe fotki i przystąpiliśmy do rytuału przybijania pieczątek w naszych książeczkach. Miłosz i Janek bardzo poważnie podeszli do tego zadania!

W drodze powrotnej nie mogliśmy odmówić sobie wejścia na wyeksponowaną Ostrą Małą. To platforma widokowa wykuta w skale, z której rozpościera się bajeczna panorama na Karkonosze, Kotlinę Jeleniogórską i pozostałe szczyty Rudaw Janowickich. To właśnie tutaj góry pokazały nam swoje najpiękniejsze oblicze. Chłopcy byli zachwyceni – na skałkach pod szczytem domagali się kolejnych zdjęć, które miały uwiecznić ich odwagę i sprawność we wspinaczce po głazach.

Po zejściu do samochodu nie traciliśmy czasu. Szybkie pakowanie, chwila na uzupełnienie płynów i ruszyliśmy w stronę kolejnego wyzwania zaplanowanego na ten dzień – Wysokiej Kopy w Górach Izerskich. Wielkanocny maraton trwał w najlepsze!

Informacje o trasie:

  • Dystans: ok. 6 km (w obie strony).
  • Czas przejścia: ok. 2 h (spokojnym, rodzinnym tempem).
  • Suma podejść: ok. 240 m.
  • Szlak: Żółty (dojście), Niebieski i Zielony (rejon szczytu).
  • Punkt startu: Czarnów (okolice dawnego schroniska Czartak / szlak żółty).

Porady i wskazówki:

  • Parking: Jeśli planujecie wycieczkę w weekend lub święta, parking w Czarnowie przy szlaku niebieskim zapełnia się błyskawicznie. Warto przyjechać bardzo wcześnie lub szukać miejsca przy drodze niżej, tak jak zrobiliśmy to my.
  • Punkt widokowy: Nie pomijajcie Ostrej Małej! Sam szczyt Skalnika jest w lesie i nie oferuje widoków, natomiast platforma na Ostrej Małej to jeden z najlepszych punktów widokowych w całych Sudetach. Na skały prowadzą wygodne kamienne schodki.
  • Pieczątka: Pieczątka zazwyczaj znajduje się w skrzynce na szczycie Skalnika. Warto mieć własny tusz, bo ten w skrzynkach często wysycha.

Ciekawostki:

  • Dwa wierzchołki: Skalnik ma dwa wierzchołki. Wyższy (944 m) jest zalesiony, natomiast niższy (935 m) to właśnie Ostra Mała z jej słynnymi formacjami skalnymi – Koniem Apokalipsy i Skalnym Mostem w pobliżu.
  • Friesensteine: Przed wojną skały na Ostrej Małej nazywano Friesensteine. Już wtedy były popularnym celem wycieczek, a schody na platformę widokową wykuto w 1886 roku.
  • Rudawy Janowickie: Choć Skalnik jest najwyższym szczytem tego pasma, Rudawy często są pomijane na rzecz Karkonoszy. To błąd – są tu jedne z najbardziej fantazyjnych formacji skalnych z piaskowca i granitu w Polsce.

Adršpach: Spacer wśród skalnych olbrzymów i czeska uczta

Zejście ze szczytu Čáp poszło nam błyskawicznie, a krótka, 11-minutowa przejażdżka dzieliła nas od głównej atrakcji dnia – Skalnego Miasta w Adršpach.

Zamiast szukać miejsca na głównym, często zatłoczonym parkingu, obraliśmy inną strategię: zaparkowaliśmy przy jednej z lokalnych restauracji. Zanim ruszyliśmy na szlak, postanowiliśmy zadbać o zapasy energii. Knedle w gulaszu i zimne piwo to zestaw obowiązkowy, który sprawił, że na zwiedzanie ruszyliśmy w wyśmienitych nastrojach.

Po zakupieniu biletów (130 CZK za osobę) i uzbrojeniu się w mapę, weszliśmy w krainę piaskowca. Przygodę zaczęliśmy od turkusowego jeziorka (dawna piaskownia), a następnie ruszyliśmy zielonym szlakiem w głąb labiryntu. Rozmiary tutejszych formacji są wręcz przytłaczające – przy naszych rodzimych Błędnych Skałach Adršpach wygląda jak kraina gigantów.

Przy wodospadach odbiliśmy na żółty szlak, chcąc dotrzeć do wyżej położonego jeziorka. Niestety, na miejscu okazało się ono suchym osadnikiem („osuchem”), co nieco ostudziło nasz entuzjazm. Atmosferę dodatkowo zagęściła grupa hałaśliwej młodzieży – jeden z chłopaków zapędził się w stromy, niebezpieczny teren. Nie chcąc być świadkami nieszczęśliwego wypadku, szybko ewakuowaliśmy się z tego miejsca, wracając na główną pętlę zielonego szlaku.

Spacerując powrotną drogą, podziwialiśmy kunszt natury, choć naszą uwagę zwróciły liczne pozostałości po niemieckiej obecności w tych rejonach (dawne napisy i tablice), które budziły w nas mieszane uczucia. Mimo to, majestat skał wygrywał z każdą refleksją historyczną. Po powrocie na parking uznaliśmy, że zwiedzanie było tak intensywne, iż zasługujemy na drugą turę czeskiej kuchni. Smażony ser z frytkami i obowiązkowe piwo były idealnym zwieńczeniem tej wyprawy.

Informacje o trasie

  • Miejsce: Adršpašské skály (Adršpach), Czechy.
  • Czas zwiedzania: ok. 2,5 – 3 godziny (spokojnym tempem).
  • Trasa: Pętla szlakiem zielonym z odbiciem na żółty (do wodospadów i górnego jeziorka).
  • Koszt wstępu: 130 CZK / osoba (warto sprawdzić aktualne ceny online, bo w sezonie bywają zmienne).
  • Trudność: Bardzo łatwa, choć schody przy wodospadach i na żółtym szlaku mogą zmęczyć.

Porady i Informacje praktyczne

Strategia parkingowa:

  • Jeśli planujecie posiłek, parking przy restauracjach to strzał w dziesiątkę. Często przy skorzystaniu z menu parking jest tańszy lub darmowy, a unikacie tłoku na głównym placu przy wejściu.

Bilety online:

  • Adršpach wprowadził system rezerwacji biletów przez internet. Warto kupić je wcześniej na oficjalnej stronie – jest taniej niż w kasie, a przede wszystkim macie gwarancję wejścia (w szczycie sezonu liczba turystów jest limitowana).

Bezpieczeństwo i szlak:

  • Przykład młodzieży, którą spotkaliśmy, pokazuje, że skały budzą niepotrzebną brawurę. Piaskowiec bywa kruchy i bardzo śliski (szczególnie zimą!). Trzymajcie się wyznaczonych barierek i stopni – upadek w takim terenie rzadko kończy się tylko na strachu.

Ciekawostka historyczna:

  • Skalne Miasto stało się popularne dopiero po wielkim pożarze lasu w 1824 roku, który odsłonił niedostępne wcześniej labirynty skalne. Od tego czasu zaczęto wyznaczać pierwsze ścieżki turystyczne.
  • Niemieckie napisy, które widzieliśmy, to często pamiątki po dawnych turystach z XVIII i XIX wieku (w tym słynnym poecie Goethe’m), kiedy te tereny były pod silnym wpływem kultury niemieckiej.

Co warto zobaczyć?

  • Gotycka Brama: Symbol Adršpachu, postawiona w 1839 roku jako wejście do labiryntu.
  • Wielki Wodospad: Ma 16 metrów wysokości i robi największe wrażenie po zawołaniu czeskiego hasła „Krakonoši, dej nám vodu!”.

Čap: Lodowa przygoda i bajkowe widoki na zakończenie roku

28 grudnia 2024 roku, tuż po południu, wyruszyliśmy, by zdobyć kolejny punkt na naszej liście Sudeckiego Włóczykijia– tajemniczy szczyt Čap. Góry zimą potrafią zaskoczyć już na etapie dojazdu. Nasza pierwsza próba dotarcia do zaplanowanego miejsca startu zakończyła się szybkim odwrotem – droga wyglądała tak niepewnie, że woleliśmy nie ryzykować utknięcia w szczerym polu. Nadłożyliśmy drogi, objechaliśmy wzniesienie i choć nie dojechaliśmy do samego startu szlaku, zostawiając auto około pół kilometra wcześniej, była to słuszna decyzja.

Słońce świeciło wysoko, więc dziarsko ruszyliśmy przed siebie. Do przejścia mieliśmy nieco ponad 3 kilometry w jedną stronę. Spacer zajął nam równą godzinę, ale nie był to zwykły marsz. O ile podejście technicznie nie było trudne, o tyle aura postanowiła nas przetestować – szlak pokrywała warstwa zdradliwego lodu.

Ostatni odcinek podejścia był po prostu urokliwy – las rzednie, ustępując miejsca bajkowym formacjom skalnym. Sam szczyt nas oczarował. Čap to nie tylko punkt wysokościowy, to niesamowite zgrupowanie piaskowcowych skałek. Centralnym punktem jest potężna skała przypominająca maczugę (tzw. Čapská palice). Nie mogliśmy sobie odmówić wejścia na jedną z platform widokowych. O ile wspinaczka poszła gładko, o tyle zejście po oblodzonej skale wymagało już od nas „harpaganiarskiej” zwinności i sporej uwagi. Panorama z góry, z widocznym w oddali pofałdowanym krajobrazem, była najlepszą nagrodą za ostrożne stąpanie po lodzie.

Nasyciliśmy oczy, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie do książeczki i ruszyliśmy w dół. Czas nas gonił, bo w planach na ten dzień mieliśmy jeszcze wizytę w Skalnym Mieście, a grudniowe dni są przecież bardzo krótkie.

Informacje o trasie

  • Szczyt: Čap (386 m n.p.m.) – wybitne wzniesienie na Wyżynie Dubieńskiej (część krainy Kokořínsko).
  • Odznaka: Szczyt zaliczany do projektu Sudecki Włóczykij.
  • Dystans: ok. 3 km w dwie strony (licząc z dojściem od parkingu).
  • Czas przejścia: ok. 1 godziny w obie strony.
  • Suma podejść: ok. 124 m.

Porady i Informacje praktyczne

Dojazd i parking:

  • W okresie zimowym drogi dojazdowe do mniejszych czeskich miejscowości mogą być nieodśnieżone lub oblodzone. Jeśli nawigacja kieruje Was w wąską, niepewną drogę – zróbcie tak jak my: pojedźcie dookoła głównymi trasami. Lepiej przejść dodatkowy kilometr z buta, niż czekać na traktor!

Bezpieczeństwo (Raczki!):

  • Čap słynie z piaskowcowych schodów i podejść. Zimą, przy wahaniach temperatury, te miejsca zamieniają się w lód. Warto mieć w plecaku raczki turystyczne. My musieliśmy bardzo uważać na końcówce, gdzie skały były wyjątkowo śliskie.

Ciekawostka turystyczna – „Čapská palice”:

  • Charakterystyczna formacja skalna na szczycie to tzw. „skalny grzyb” lub maczuga. Powstała w wyniku nierównomiernego wietrzenia piaskowca. Górna warstwa jest twardsza i chroni „nogę” maczugi przed zniszczeniem. To jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli regionu Kokořínsko.

Historia w tle:

  • Na szczycie w XIV wieku znajdował się mały zamek obronny (Hrad Čap). Do dziś przetrwały jedynie resztki piwnicy wykutej w skale oraz cysterna na wodę. Warto się rozejrzeć, by poczuć ducha dawnych wieków.

Logistyka:

  • Trasa na Čap jest idealna jako „szybka akcja” przed obiadem lub, tak jak w naszym przypadku, przystanek w drodze do większych atrakcji typu Adršpach czy Teplice.

Skalna Czaszka: Nocna przygoda w sercu Gór Stołowych i mroczna tajemnica z przeszłości

23 grudnia 2024 roku, godzina 15:10. Podczas gdy większość ludzi kończyła przedświąteczne zakupy, my podjęliśmy szybką decyzję: ruszamy w góry! Naszym celem była Skalna Czaszka – jedna z najbardziej niesamowitych, a zarazem nieco ukrytych perełek Gór Stołowych. Wiedzieliśmy, że zmrok zapada teraz błyskawicznie, więc plan zakładał wersję „ekspres”.

Już na samym początku góry nas sprawdziły. Zmyleni śladami na śniegu, poszliśmy w złym kierunku i musieliśmy nadrabiać drogi. Warunki były trudne – temperatura oscylowała wokół zera, a topniejący od gruntu śnieg zamienił szlak w śliską i mokrą pułapkę.

Po drodze minęliśmy miejsce, które zawsze wywołuje dreszcz i zmusza do refleksji. To tutaj, w 1997 roku, doszło do tragicznego i do dziś niewyjaśnionego morderstwa dwójki studentów. Stojąc tam w zapadającym zmroku, czuć było ciężar tej historii. Zapaliliśmy w myślach symboliczne światełko i ruszyliśmy dalej, by zdążyć przed całkowitą ciemnością.

Pod samą Skalną Czaszką zameldowaliśmy się po 47 minutach walki z błotem i własnym błędem nawigacyjnym. Widok tej formacji w ostatnich promieniach dnia był wart każdego wysiłku. Skała do złudzenia przypomina ludzką czaszkę, dumnie górując nad okolicą.

Zamiast wracać po własnych śladach, włączył nam się „tryb Harpagana”. Postanowiliśmy zamknąć pełną pętlę o długości 7 kilometrów. To wtedy zaczęła się prawdziwa zabawa. Rozlewiska, kałuże wielkości jezior i rzeki płynące środkiem szlaku zmusiły nas do marszu na przełaj. Gdy zgasło słońce, a nasza główna czołówka odmówiła posłuszeństwa, zostaliśmy z latarką w telefonie.

W całkowitych ciemnościach, omijając strumienie, dotarliśmy do odcinka z drewnianymi pomostami i schodami. Choć zazwyczaj wolimy dzikie ścieżki, tym razem te udogodnienia przyjęliśmy z ogromną wdzięcznością – dawały poczucie bezpieczeństwa, gdy światło telefonu ledwo omiatało śliskie stopnie. Do auta dotarliśmy zmęczeni, mokrzy, ale niesamowicie ukontentowani.

Informacje o trasie

  • Cel: Skalna Czaszka (okolice Narożnika).
  • Dystans: ok. 6,6 km (pełna pętla).
  • Czas przejścia: ok. 2 godziny 10 minut (z przygodami i marszem po ciemku).
  • Trudność: Umiarkowana (zimą bardzo ślisko i mokro).

Porady i Informacje praktyczne

Dojazd i parking:

  • Najwygodniej zaparkować na Parkingu powyżej Lisiej Przełęczy (droga między Karłowem a Radkowem). Stamtąd podejście pod Narożnik i dalej w stronę Skalnej Czaszki jest stosunkowo szybkie.

Nawigacja i bezpieczeństwo:

  • Latarki to podstawa! Nasza wyprawa pokazała, że jedna czołówka to za mało, a telefon w niskich temperaturach szybko traci baterię. Zawsze miejcie zapasowe źródło światła.
  • Skalna Czaszka znajduje się poza głównym, znakowanym szlakiem (prowadzi do niej wydeptana ścieżka od szlaku niebieskiego). Łatwo ją przegapić, zwłaszcza gdy podąża się za „fałszywymi” śladami na śniegu.

Miejsca pamięci:

  • Przy szlaku niebieskim pod Narożnikiem znajduje się tablica upamiętniająca Anię i Roberta, studentów zamordowanych w 1997 roku. To miejsce ważne dla historii regionu, skłaniające do zadumy nad bezpieczeństwem w górach.

Infrastruktura:

  • Odcinek powrotny w stronę Karłowa jest świetnie przygotowany – drewniane pomosty chronią cenne torfowiska i pomagają przejść suchą stopą przez najbardziej podmokłe tereny. Schody na stromych podejściach są bardzo pomocne, gdy skały są oblodzone lub mokre.

Ciekawostka o Skalnej Czaszce:

  • To jedna z najbardziej fotogenicznych formacji w Górach Stołowych. Nie jest tak oblegana jak Szczeliniec czy Błędne Skały, co pozwala cieszyć się nią w ciszy (o ile nie traficie na hałaśliwych turystów). Jej kształt to wynik tysięcy lat erozji piaskowca.

Twierdza Kłodzka: Podziemne labirynty i finałowa obrona na Górze Fortecznej 369 m n.p.m.

22 grudnia 2024 roku, tuż przed świętami, wyruszyliśmy z Kudowy-Zdroju z jasnym celem: Góra Forteczna (369 m n.p.m.). To było nasze „podejście numer dwa” (a właściwie kolejne), bo poprzednie wizyty kończyły się fiaskiem – Twierdza była już nieczynna dla zwiedzających. Tym razem zameldowaliśmy się na miejscu z odpowiednim zapasem czasu, gotowi na spotkanie z historią.

Zwiedzanie z przewodnikiem zaczęliśmy od części naziemnej, ale to, co tygrysy lubią najbardziej, czekało pod ziemią. Sieć tuneli przeciwminerskich to prawdziwy labirynt! Przeciskanie się przez wąskie korytarze uświadamia, jak niesamowitą i przemyślaną konstrukcją jest kłodzka warownia.

Historia tego miejsca jest niezwykle barwna – od czeskiej warowni, przez potężną austriacką przebudowę, aż po pruskie unowocześnienia. Twierdza wielokrotnie przechodziła z rąk do rąk, a w polskie władanie trafiła dopiero po zakończeniu II wojny światowej.

Najważniejszym punktem naszej „wspinaczki” był Donjon. To najwyższy dziedziniec i zarazem miejsce ostatniej obrony. To właśnie tutaj zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie, dokumentując zdobycie tego nietypowego szczytu. Stojąc tam, czuć potęgę architektury militarnej, która przez wieki budziła respekt u najeźdźców.

Dla nas, fanów polskiej kinematografii, dodatkowym smaczkiem był fakt, że to właśnie w tych murach kręcono finałowy odcinek kultowego serialu „Czterej pancerni i pies”. Przechadzając się po dziedzińcach, niemal słyszało się ryk silnika Rudego 102!

Informacje o trasie

  • Szczyt: Góra Forteczna (369 m n.p.m.).
  • Lokalizacja: Twierdza Kłodzka, Kłodzko.
  • Data wyprawy: 22.12.2024.
  • Czas zwiedzania: ok. 2,5 – 3 godziny (część górna + tunele).
  • Trudność: Łatwa (spacerowa), ale w tunelach bywa ciasno i nisko!
  • Dojazd: Trasa Kudowa-Zdrój – Kłodzko (ok. 40 min).

Porady i Informacje praktyczne

Godziny otwarcia – nasza lekcja:

  • Zawsze sprawdzajcie aktualne godziny otwarcia Twierdzy na ich oficjalnej stronie, zwłaszcza w okresie zimowym. My nauczyliśmy się na własnych błędach – zimą kasy zamykają się wcześniej, a bez biletu nie wejdziecie na najwyższy punkt Góry Fortecznej.

Co wybrać: góra czy dół?

  • Jeśli macie czas, koniecznie wybierzcie pakiet łączony. Część naziemna (Donjon, bastiony) oferuje wspaniałe widoki na Kotlinę Kłodzką i Masyw Śnieżnika, natomiast tunele przeciwminerskie to niesamowita przygoda i dreszczyk emocji (niepolecane dla osób z silną klaustrofobią!).

Parking:

  • Wokół Twierdzy jest kilka parkingów. Najwygodniej zaparkować na dole, niedaleko wejścia głównego, ale w weekendy bywa tam ciasno. Warto rozważyć spacer z okolic rynku kłodzkiego.

Ciekawostka historyczna i filmowa:

  • Donjon: To serce twierdzy. W razie oblężenia obrońcy mogli się tu schronić i bronić niezależnie od reszty obiektu. Posiada własne magazyny, studnię i piekarnię.
  • Filmowy ślad: W ostatnim odcinku „Czterech pancernych” Twierdza Kłodzka „grała” więzienie, z którego załoga Rudego uwalniała zakładników. Szukajcie tablic informacyjnych – w wielu miejscach przypominają o planie filmowym.

Pogoda pod ziemią:

  • Pamiętajcie, że w tunelach panuje stała temperatura (ok. 8-10°C). Zimą może tam być cieplej niż na zewnątrz, ale latem warto zabrać bluzę!

Hyrlata 1103 m n.p.m.: Bieszczadzka walka o każdy oddech i „partyzantka” na szlaku

10 listopada 2024 roku, tuż przed Narodowym Świętem Niepodległości, postawiliśmy na Hyrlatę (1103 m n.p.m.). Parking przy szlaku powitał nas kilkoma autami, co zwiastowało, że nie będziemy sami, ale prawdziwa przygoda zaczęła się już po kilku metrach. Ruszyliśmy z Roztok Górnych zielonym szlakiem prosto w błotnisty teren, by po chwili zmierzyć się z przeszkodą wodną. Przeprawa po poziomo położonych słupach energetycznych nad bystrym potokiem była jak balansowanie na linie – niby most, a jednak adrenalina skoczyła! Druga przeprawa po kamieniach i w końcu „poważny” szlak: utwardzona droga gruntowa i początek morderczego podejścia.

Miłosz tego dnia był po prostu nie do zdarcia. Zasuwał przodem, rzucając nam wyzwanie, i tylko co jakiś czas łaskawie na nas czekał. Sylwia, ambitnie depcząc mu po piętach, również rwała do przodu, choć co jakiś czas litowała się nad resztą ekipy. Ja i Janek? Cóż, my uprawialiśmy styl „kroczek za kroczkiem”, walcząc o każdy haust bieszczadzkiego powietrza. W pewnym momencie nawet piękne widoki przestały nas cieszyć – liczyło się tylko to, by iść dalej.

Przy ostatnim podejściu zmęczenie osiągnęło zenit. Wtedy zapadła strategiczna decyzja: „partyzantka”! Schowaliśmy nasze plecaki w krzakach pod grubą warstwą liści, by ostatnie metry pod szczyt pokonać na lekko. To był strzał w dziesiątkę! Bez balastu na plecach daliśmy radę zameldować się na wierzchołku. Szybkie, pamiątkowe foto i odwrót – góra dała nam tak popalić, że chłopcy stracili zapał do jakichkolwiek planów na jutro.

Powrót, choć teoretycznie lżejszy, wymagał ogromnej koncentracji. Strome zejścia pokryte grubą warstwą jesiennych liści były zdradliwe i śliskie. Do auta dotarliśmy po 3,5 godziny, mając w nogach 9 kilometrów i 550 metrów przewyższenia. Finał dnia był trudny – Cisna oblężona, brak szans na szybkie jedzenie, a na kwaterze dopadły mnie dreszcze. Na szczęście Sylwia, nasza nadworna aptekarka, szybko zareagowała i lekarstwa przeciwgrypowe postawiły mnie na nogi.


Informacje o trasie

  • Szczyt: Hyrlata (1103 m n.p.m.) – masyw w Bieszczadach Zachodnich.
  • Dystans: ok. 9 km (powrót tą samą drogą).
  • Czas przejścia: ok. 3 godziny 30 minut.
  • Suma podejść: ok. 550 m.
  • Szlak: Zielony (z Roztok Górnych).

Porady i Informacje praktyczne

Parking i start:

  • Auto najlepiej zostawić na parkingu w Majdanie (niedaleko stacji kolejki leśnej) lub w okolicach Lisznej. Zielony szlak jest stosunkowo nowy (otwarty kilka lat temu) i prowadzi przez teren, który dawniej był dostępny tylko dla nielicznych.

Uważaj na „śliskie dywany”:

  • Listopad w Bieszczadach to nie tylko błoto, ale przede wszystkim gruba warstwa liści na stromych zejściach. Pod liśćmi często kryją się mokre korzenie i luźne kamienie. Kijki trekkingowe na tej trasie to absolutna konieczność, zwłaszcza przy schodzeniu z Hyrlatej.

Strategia z plecakami:

  • Nasz patent z ukryciem plecaków przed finałowym podejściem uratował nam wyprawę. Jeśli czujecie, że „odcina Wam prąd”, nie wstydźcie się odciążyć kręgosłupa – byle tylko zapamiętać charakterystyczne drzewo lub krzak!

Ciekawostka turystyczna:

  • Hyrlata długo pozostawała „dziką górą”, ponieważ nie prowadził na nią żaden znakowany szlak PTTK. Dopiero niedawno udostępniono ją turystom. Dzięki temu lasy na zboczach zachowały swój pierwotny, karpacki charakter. Sam szczyt jest częściowo zalesiony, ale oferuje ciekawe wglądy w stronę pasma granicznego i na słowacką stronę.

Jedzenie w Cisnej:

  • W długie weekendy i święta Cisna bywa „zakorkowana” turystycznie. Jeśli planujecie posiłek po trasie, warto mieć w aucie „żelazną porcję” jedzenia (np. kabanosy, czekoladę) lub rezerwować stolik wcześniej, jeśli to możliwe.

Zdrowie na szlaku:

  • Jesienne Bieszczady potrafią zdradzić – podczas wysiłku jest ciepło, ale na postojach organizm błyskawicznie się wychładza. Dreszcze po powrocie to sygnał ostrzegawczy. Zawsze miejcie w aucie suchą koszulkę na zmianę, by przebrać się natychmiast po zejściu ze szlaku.

Stryb 1011 m n.p.m.: Grzbietem granicznym ku słowackim panoramom

Niedziela, 10 listopada 2024 roku. Pobudka o 7:00, szybka kawa, śniadanie i już o 8:00 siedzieliśmy w samochodzie. Wiedzieliśmy, że przed nami ambitny plan – dwa konkretne szczyty jednego dnia. Ruszyliśmy w stronę Cisnej, mijając miejsca, które przywołały falę wspomnień z naszej przejścia Głównego Szlaku Beskidzkiego (GSB). Po dotarciu w okolice Przełęczy nad Roztokami (801 m n.p.m.) ruszyliśmy zielonym szlakiem.

Początkowy kilometr asfaltem był tylko rozgrzewką. Przy wieży widokowej na przełęczy skręciliśmy w las, wchodząc na wspólny odcinek szlaku czerwonego i niebieskiego. Góry od razu nas sprawdziły – strome, ponadkilometrowe podejście na Rypi Wierch (1003 m n.p.m.) wycisnęło z nas pierwsze poty. Jednak to, co zaczęło się później, wynagrodziło każdą kroplę wysiłku.

Dalsza droga grzbietem przez Sinkową i Manewą to kwintesencja Bieszczadów. Szlak prowadzi otwartymi przestrzeniami, a widoki na stronę słowacką dosłownie zapierają dech. Ciepły, jesienny wiatr niósł ze sobą charakterystyczny, słodkawo-cierpki zapach wyschniętych liści bukowych – dla takich chwil się tu wraca.

Na szczycie Stryb (1011 m n.p.m.) zameldowaliśmy się w doskonałych humorach. Czas na tradycyjny, harpaganiarski popas! Sylwia zaserwowała mistrzowskie kanapeczki z konserwą turystyczną i soczystą żółtą papryką, a ja odpaliłem kuchenkę. Nic nie smakuje lepiej na tysiącu metrów niż gorąca, owocowa herbata parzona wprost na szlaku.

Droga powrotna, choć tą samą trasą, była znacznie lżejsza. Korzystając z zapasu czasu, weszliśmy jeszcze na wieżę widokową na Przełęczy nad Roztokami, by raz jeszcze ogarnąć wzrokiem okolicę. Szybki powrót do auta, 2 kilometry podjazdu na kolejny parking i… zaczęła się druga odsłona dnia, czyli Hyrlata, która – jak już wiecie – miała nas jeszcze solidnie przetestować.


Informacje o trasie

  • Szczyty: Stryb (1011 m n.p.m.), Rypi Wierch (1003 m n.p.m.).
  • Dystans: ok. 12 km (w obie strony).
  • Czas przejścia: ok. 4 godziny (z przerwą na herbatę).
  • Suma podejść: ok. 590 m.
  • Szlak: Zielony (do przełęczy) -> Czerwony/Niebieski (graniczny).

Porady i Informacje praktyczne

Dojazd i parking:

  • Najlepiej zaparkować na Przełęczy nad Roztokami (801 m n.p.m.). Dojazd z Cisnej prowadzi przez Majdan i Roztoki Górne. Droga jest asfaltowa, choć miejscami wąska i kręta.

Wieża widokowa na przełęczy:

  • To konstrukcja drewniana. Warto na nią wejść, bo oferuje świetny wgląd w Dolinę Roztok oraz na stronę słowacką (obszar Chronionego Krajobrazu „Vychodne Karpaty”).

Charakterystyka szlaku:

  • Szlak niebieski na tym odcinku to szlak graniczny. Idąc na Stryb, poruszacie się dokładnie po linii granicy państwowej. Pamiętajcie o dokumentach tożsamości, choć w strefie Schengen granica jest otwarta.
  • Podejście na Rypi Wierch jest kondycyjne – warto mieć kijki, zwłaszcza jeśli na szlaku leżą mokre liście, które potrafią być bardzo śliskie.

Ciekawostka turystyczna:

  • Nazwa Stryb ma pochodzenie wołoskie i prawdopodobnie odnosi się do stromego zbocza. Cały ten odcinek grzbietowy jest częścią Międzynarodowego Rezerwatu Biosfery „Karpaty Wschodnie”. To jedno z najlepszych miejsc w Bieszczadach, by uciec od tłumów panujących na Tarnicy czy Połoninach.

Logistyka „dwupaku”:

Jeśli planujecie Stryb i Hyrlatę jednego dnia (tak jak my), zacznijcie od Stryba. Jest nieco łatwiejszy technicznie, co pozwala na dobrą rozgrzewkę przed morderczym podejściem na Hyrlatą.

Magura Stuposiańska 1016 m n.p.m.: Sentymentalny powrót i morze mgieł nad Ustrzykami

Tuż po zdobyciu Dwernika Kamienia, o godzinie 11:30, wskoczyliśmy do auta, by ruszyć na kolejny cel – Magurę Stuposiańską (1016 m n.p.m.). Przejazd w stronę Ustrzyk Górnych był czystą przyjemnością dla oczu. Po lewej stronie dumnie prężyła się Połonina Caryńska, a po prawej ku niebu biły Mała i Wielka Rawka. Widząc parking pod Bacówką pod Małą Rawką pękający w szwach, tylko utwierdziliśmy się w przekonaniu, że wybór mniej obleganej Magury to strzał w dziesiątkę.

Przejazd przez Ustrzyki Górne obudził w nas mnóstwo wspomnień. To tutaj, półtora roku temu, kończyliśmy lub zaczynali etapy naszej wielkiej przygody z GSB. Sklepiki, pole namiotowe, restauracje – każde z tych miejsc ma swoją historię. Samochód zostawiliśmy 5 km za centrum, w miejscu, gdzie niebieski szlak przecina drogę. O 11:52 byliśmy już na trasie.

Początek szlaku przywitał nas bieszczadzką klasyką: krzaki i podmokły teren, ale szybko weszliśmy w głąb pięknego bukowego lasu. Pogoda była identyczna jak rano – słonecznie, a w dolinach wciąż zalegało malownicze morze mgieł. Droga prowadziła nas niemal cały czas pod górę, a pod nogami szeleścił gruby, złocisty dywan liści. To jeden z tych dźwięków, które najbardziej kojarzą się z jesienią w Bieszczadach.

Pokonanie 550 metrów przewyższenia wymagało trochę wysiłku, ale liczne wypłaszczenia pozwalały na złapanie oddechu. Na szczycie zrobiliśmy dłuższą przerwę na pamiątkowe fotki i celebrację kolejnego zdobytego wierzchołka.

Cała pętla o długości blisko 10 km zajęła nam 3,5 godziny. Po zejściu do auta zafundowaliśmy sobie jeszcze sesję rozciągania na mostku nad rzeczką Wołosaty. Znalezienie obiadu po sezonie okazało się wyzwaniem, ale reklama „Pizzerii w Górach” w Wołosatem uratowała nam dzień. Fasolka po bretońsku na przystawkę i solidna pizza przywróciły nam siły. Dzień zakończyliśmy zakupami w Wetlinie – od oscypków po nowe kurtki 4F dla chłopców, ładując baterie przed jutrzejszym, prawdziwym wyzwaniem.


Informacje o trasie

  • Szczyt: Magura Stuposiańska (1016 m n.p.m.).
  • Szlak: Niebieski (odcinek z Ustrzyk Górnych w stronę Widełek).
  • Dystans: ok. 9,6 km (w obie strony).
  • Czas przejścia: 3 godziny 35 minut (z przerwami).
  • Suma podejść: ok. 550 m.

Porady i Informacje praktyczne

Parking i dojazd:

  • Szlak niebieski przecina drogę wojewódzką nr 897 około 5 km za Ustrzykami Górnymi w stronę Wołosatego/Widełek. Można tam znaleźć miejsce na poboczu lub nieduży parking leśny. Jest to świetna alternatywa dla zatłoczonych parkingów pod połoninami.

Charakterystyka podejścia:

  • Magura Stuposiańska słynie z „bieszczadzkiej buczyny”. Podejście jest dość stałe i może dać w kość, szczególnie gdy pod liśćmi ukryte jest błoto. Kijki trekkingowe bardzo pomagają na zejściu, chroniąc kolana przed poślizgiem na „liściastym dywanie”.

Jedzenie poza sezonem:

  • Listopad w Bieszczadach to czas, kiedy wiele kultowych knajp się zamyka. Jeśli szukacie pewnego miejsca na obiad, Wołosate i tamtejsza „Pizzeria w Górach” to sprawdzony adres, który działa nawet wtedy, gdy w Ustrzykach hula tylko wiatr. Ich fasolka po bretońsku to idealny „rozgrzewacz”.

Ciekawostka turystyczna:

  • Magura Stuposiańska jest szczytem zwornikowym – rozchodzą się z niej grzbiety w kilku kierunkach. Choć sam szczyt jest zalesiony, po drodze (szczególnie jesienią, gdy liście opadną) można liczyć na ciekawe prześwity na gniazdo Tarnicy i Halicza.

Sentyment GSB:

Dla tych, którzy przeszli Główny Szlak Beskidzki, Ustrzyki Górne są miejscem kultowym. Warto na chwilę zatrzymać się na mostku nad Wołosatym – to właśnie tam wielu piechurów kończy swoją 500-kilometrową przygodę.

Dwernik Kamień 1004 m n.p.m.

Wstajemy o 7:30, szybkie ogarnięcie się najlepsze jakie może być w warunkach schroniskowych (śpimy w Przystanek Smerek) i już o 8:00 siadamy z chłopcami do śniadania. Na śniadanie kanepczki do wyboru do koloru, jak kto lubi, jedne z serem inne z wędliną, a jeszcze inne z nutellą, wszystkie przygotowane przez Sylwię. My do śniadania zapijamy się świeżutko zmieloną i zaparzoną kawką przygotowaną przeze mnie, a chłopcy herbatą. O 8:30 siedzimy już w aucie i ruszamy w kierunku Ustrzyk Górnych. Droga jak przystało na Bieszczady kręta ale i bardzo malownicza, uroku dodaje słońce wydobywające resztki kolorów z tych liści na drzewie, które jeszcze nie zdążyły spaść. Po lewej naszej stronie majestatycznie góruje nad całą okolicą Połonina Wetlińska z widoczną wyraźnie przy dzisiejszej pięknej, słonecznej pogodzie Chatką Puchatka (Schroniskiem/Schronem turystyczny). Natomiast niższe partie i dolinki niemal zalane są morzem tajemniczej mgły, która jak się później okazuje, utrzymuje się przez cały dzień. Zjawisko to jest bardzo ciekawe zwłaszcza, że będąc w zasięgu mgły, temperatura powietrza bardzo spada, nawet poniżej zera, a podczas zdobywania wysokości powietrze jest coraz cieplejsze. My mijając kolejne widoki skręcamy w miejscowości Brzegi Górne, która przecina szlak czerwony  pomiędzy Połoniną Wetlińska a Połoniną Caryńska i po około 5 kilometrach zatrzymujemy się na małym parkingu. Z niego to właśnie ruszamy na nasz pierwszy dzisiejszy szczyt. Na parkingu znajduje się już kilka aut w tym jedno przy wiatce, w której pali się już ognisko a przy którym grzeje się gość, który jak się okazuje spał w aucie. Od razu przypominają się nam nasze niezapomniane czelendże sprzed czterech lat. Na szczyt Dwernika Kamień ruszamy szlakiem czerwonym, który od razu z wyjścia z parkingu zaczyna powoli piąć się do góry, niezbyt ostro ale równo, cały czas przez lasy Bukowe aby finalnie osiągnąć ponad 400 metrów przewyższeń.  Ścieżka prowadząca na szczyt, jest na całym odcinku zalana brązowymi liśćmi, których szeleszczenie towarzyszy nam do samej góry. Ostatnie 200m przed szczytem dostarcza nam zapierających w piersiach widoków, gdyż szlak tutaj przebiega po grzbiecie szczytu, gdzie z jednej strony znajduje się stroma przepaść otwierająca przed nami piękne widoki na Połoninę Wetlińską, tym razem od drugiej strony. Tutaj również znajdujemy tablice pamiątkowe umieszczone przez przyjaciół z sentencjami poświęconymi ludziom wiązanymi z tymi górami. Dla Miłosza sam szczyt niesie również wartość naukową, zgodną z jego kierunkiem kształcenia, gdyż na samym szczycie znajduje się punkt poziomej osnowy geodezyjnej, określającej dokładną lokalizację szczytu góry Dwernik Kamień. Robimy sobie kilka pamiątkowych zdjęć, zasiadamy do drugiego śniadania i tak pozytywnie naładowani ruszamy do auta. Droga powrotna już dużo łatwiejsza, bo w dół ale i tak trzeba uważać bo pod grubym dywanem liści potrafią zaskoczyć luźne kamienie, tak więc kijki okazują się nieodzownym pomocnikiem. Sylwia niestety nie ma swoich kijków bo ich nie uznaje, ale na szczęście Miłosz przychodzi jej z pomocą i odstępuje jej jeden ze swoich. Jestem z niego niezmiernie dumny, gdyż robi to sam z siebie. Przy aucie jesteśmy o 11:23, gdzie robimy jeszcze ostatnie fotki i ruszamy dalej.

Strona 3 z 4

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén