Nieważne gdzie, ważne z kim!!!

Kategoria: Korona Gór Polski Strona 5 z 7

Orlica 1084 m n.p.m.

wejście I – 5 listopada 2020 Sylwia i Patryk
wejście II – 14 stycznia 2024 Sylwia, Patryk, Miłosz, Jasiek

Naszą wyprawę rozpoczęliśmy z parkingu, nieopodal pensjonatu Przystanek Alaska w Dusznikach Zdrój od strony Kudowy Zdrój. Trudno nie zauważyć po stronie parkingu takiej atrakcji jak Kamień Rubartscha. Heinrich Rubartsch był propagatorem aktywnego wypoczynku i prekursorem turystyki, a także narciarstwa w okolicach Orlicy i Zieleńca. Nazywano go Liczyrzepą z Orlicy z powodu wyglądu i sympatii jaką był darzony. Zatem, gdzie jest ośrodek sportów zimowych Zieleniec to pewnie każdy wie, ale już nie każdy wie, że leży właśnie na zboczu góry Orlica. W 1882 r. Heinrich Rubartsch wybudował na szczycie Orlicy 16-metrową drewnianą wieżę widokową, obok której postawił małą gospodę, której fundamenty widoczne są do dnia dzisiejszego. 1-godzinna droga szlakiem zielonym na Orlicę nie jest wymagająca, a jedynie sprawiająca czystą przyjemność z jej pokonywania. Późna jesień w drodze na Orlicę sprawiła, że przenieśliśmy się w krainę, gdzie liście tańczą na wietrze a Duch Gór klaszcze z zachwytu nad swoim dziełem 🙂 Orlica to szczyt graniczny. Wierzchołek góry leży po stronie czeskiej zaledwie 25 metrów od granicy w kierunku zachodnim. Ciekawą atrakcją na szczycie był również obelisk z 2012 roku, który upamiętniał wejście m.in. cesarza Józefa II (wejście w 1779 r.), Quincy Adamsa (późniejszego prezydenta USA, wejście w 1800 r.) oraz Fryderyka Chopina (wejście w 1826 r.).
Podczas naszego „szczytowania” na wierzchołku góry w trakcie budowy była drewniana wieża widokowa. Zapowiada się naprawdę imponująco dlatego nie możemy doczekać się kolejnego wejścia na Orlicę, aby nacieszyć oczy rozpościerającymi się z niej widokami. Droga na szczyt i z powrotem wynosiła ponad 4 km w fantastycznej scenerii górskiej.

Szczeliniec Wielki 919 m n.p.m.

wejście I – 5 listopada 2020 Sylwia i Patryk
wejście II – 20 stycznia 2024 Sylwia, Patryk, Miłosz, Jasiek

Góry stołowe znane głównie ze Skalnego Miasta po stronie Republiki Czeskiej ale uważam, że my, po polskiej stronie również nie mamy się czego wstydzić. Monumentalne masywy skalne przypominają widokami stepy Ameryki Północnej znane z westernów a skalne labirynty do przejścia choćby na Szczelince Wielkim są imponujące i wywołujące wrażenie zapadające na długo w pamięć. Zaczęliśmy zdobywanie wcześnie rano, bo plany na dzień mamy ambitne (jeszcze Orlica i Jagodna). Zapakowaliśmy w Karłowie na bezpłatnym parkingu, oddalonym kawałek od wejścia do Parku Narodowego Gór Stołowych ale nie na tyle aby nas zmęczyć. Wejście do Parku również było darmowe ze względu na fakt, iż jest listopad czyli już po okresie turystycznym. Większość trasy pokonuje się szlakiem żółtym ale tylko do pewnego momentu, samo podejście jak i przejście skalnego labiryntu odbywa się szlakiem zielonym. Na szczycie nie znaleźliśmy tabliczki z opisem szczytu, dlatego zrobiliśmy sobie zdjęcie z najwyższym naszym zdaniem wzniesieniem skalnym. Pieczątkę z kolei dobyliśmy w schronisku. Cała trasa zajęła nam półtorej godziny i nie była mocno wymagająca ze względu na pokonanie różnicy terenu jedynie 227m.

Skalnik 945 m n.p.m.

Nazwa szczytu ewidentnie kojarzy nam się z jednym ze sklepów, w którym chętnie robimy zakupy, głównie przed kolejnymi wyprawami. Warunki na szlaku wyśmienicie złociście jesienne. Samochód zostawiamy na poboczu drogi i ruszamy niebieskim szlakiem w stronę szczytu Skalnika. Początkowo szlak wiedzie przez piękny las ale dość stromym podejściem. Po dojściu Pod Ostrą Małą, gdzie szlaki czerwony, niebieski, zielony, żółty łączą się i rozgałęziają robi się płasko i pojawiają się okazałe skałki, które robią na nas bardzo duże wrażenie. Dalsza podróż odbywa się „Grzbietową Drogą” po „płaskim” aby w pewnym momencie zejść ze szlaku i drogą dojść do szczytu Skalnika. Na szczycie teren ładnie zagospodarowany z tablicami informacyjnymi. Robimy pamiątkowe zdjęcia aby uwiecznić nasze dokonanie oraz przybijamy pieczątkę w naszych książeczkach i spełnić warunek zdobywcy KGP. Droga powrotna mija nam równie przyjemnie i po drodze zachwycamy się ciekawym zjawiskiem przebijającego się światła promieni słonecznych przez lekką mgiełkę dodatkowo rozproszonych przez drzewa. Widok mistyczny i również warty upamiętnienia na zdjęciach.

Śnieżka 1602 m n.p.m.

Śnieżka jest najwyższym szczytem Karkonoszy ale również najwyższym szczytem naszych południowych sąsiadów czyli Republiki Czeskiej. Dlatego zdobywając ją wskoczył nam kolejny szczyt w ramach Korony Europy! Warunki ze względu na wysokość jak i porę roku skrajnie zmienne – na dole jesień na górze zima.

Samochód zostawiamy pod naszą kwaterą noclegową i ruszamy czerwonym szlakiem na szczyt. Czerwony szlak jest trudniejszym podejściem, zwłaszcza na ostatnim odcinku, podejściu pod Dom Śląski. Po drodze mijamy zamknięte schronisko PTTK nad Łomniczką, gdzie robimy chwilowy postój. Dla mnie jest to pierwsze wyjście z nowymi butami KEENa i trochę obawiam się o drobne obcierki na stopach, które jednak na szczęści nie mają miejsca a buciki są super wygodne. Od wodospadu Łomniczki już same skały i strome podejście z poumieszczanymi tabliczkami upamiętniającymi osoby, które straciły życie w górach. Po dojściu w okolice Domu Śląskiego ledwo go wypatrujemy taka jest mgła a do tego zimny wiatr. Wskakujemy do środka na ciepłą herbatkę i drugie śniadanie. Dzwonię do Miłosza, który został z babcią i ma zdalne lekcje z domu ze względu na panującą pandemię corona wirusa. Nawet dobrze się składa bo nie może znaleźć ładowarki do komputera więc daję mu wskazówki na lokalizację zapasowego zasilacza. Przed dalszą droga ubieramy się już cieplej, bo całą droga jest w ekspozycji na zimny wiatr. Wybieramy oczywiście podejście strome czerwonym szlakiem. Na szczycie wita nas bajkowe Obserwatorium Meteorologiczne w kształcie spodków UFO. Chowamy się za nim aby ocieplić się jeszcze kurtkami puchowymi bo na samym szczycie wieje jeszcze mocniej. Następnie robimy serią pamiątkowych zdjęć na i ze szczytu. Bar po czeskiej stronie granicy jest zamknięty więc nie tracąc czasu i aby się nie wychłodzić schodzimy ze szczytu ale już szlakiem niebieskim do Domu Śląskiego, do którego już nie wchodzimy tylko idziemy dalej czarnym szlakiem, który prowadzi w zasadzie cały czas szeroką łagodną drogą służącą jako podjazd dla obsługi do Obserwatorium. Po drodze mijamy Kocioł Białego Jaru gdzie w 1968 w marcu schodząca lawina zabrała życie 24 osobom. W wyniku której odbyła się głośna na całą Polskę akcja ratownicza na dużą skalę (brało w niej udział 1100 osób). W chwili obecnej wydarzenia z tego okresu są opisane na pamiątkowej tablicy. Dla nas też było przez chwilę w tej okolicy niebezpiecznie gdyż w poprzek drogi poprowadzone są drewniane rynny dla odprowadzania wody aby nie podmywała drogi. Sylwia stanęła na niej i mokre drewno okazało się bardzo śliskie. Dlatego poślizgnęła się o mało nie upadając i nie robiąc sobie większej krzywdy, na szczęście skończyło się bez upadku. Dalsza droga odbyła się już bez żadnych przygód i zmęczeni ale szczęśliwi dotarliśmy na nasza kwaterę, gdzie chwilkę odpoczęliśmy, spakowaliśmy się i pojechaliśmy dalej na kolejny szczyt.

Łysica 612 m n.p.m.

wejście I – 19 października 2020
wejście II – 5 grudnia 2020
wejście III – 2 sierpnia 2021
wejście IV – 30 kwietnia 2022 GSŚ

Na powrocie z naszego tourne po drodze taka miła przerwa. Zatrzymaliśmy się w bardzo przyjemnym miejscu – Agroturystyce u Banasia gdzie korzystaliśmy ze wszelkich dostępnych uciech dla ciała tj. groty solnej z mini tężniami i sauny. Sama Łysica bardzo przyjemna z łatwym podejściem.

Tarnica (1346 m n.p.m.): Bieszczadzka Królowa w uścisku chmur

wejście I – 9 sierpnia 2019
wejście II – 18 października 2020
wejście III – 3 sierpnia 2021

Bieszczady to kraina, gdzie historia miesza się z legendą, a jesień w ciągu godziny potrafi ustąpić miejsca surowej zimie. Ruszyliśmy na najwyższy szczyt regionu, by sprawdzić, czy legendarne Biesy i Czady będą nam dzisiaj przychylne. To była wyprawa przez dwa światy – od złotych liści w Wołosatem po lodowy pancerz na szczycie Tarnicy.

Bieszczady, zielone Bieszczady… miejsce, o którym mówią, że zamieszkują je Biesy i ich pomocnicy Czady. Legenda głosi, że te drugie są bardziej przychylne ludziom i chyba faktycznie tak było – nie tylko nie przeszkadzały nam w marszu, ale napełniały nasze dusze tym specyficznym, magicznym klimatem. Choć Tarnica to najwyższa góra w regionie, to jednak przede wszystkim dzięki „bieszczadzkim zielonym aniołom” udało nam się ją zdobyć sprawnie a przede wszystkim bezpiecznie.

Naszą wędrówkę zaczęliśmy w Wołosatem. To miejsce symboliczne – dla jednych tutaj kończy się, a dla innych zaczyna legendarny Główny Szlak Beskidzki (GSB). Zostawiliśmy auto na parkingu i ruszyliśmy kawałek asfaltem za niebieskimi znakami. Po około pół kilometra szlak niebieski odbija od czerwonego GSB. Kupiliśmy bilety wstępu do Bieszczadzkiego Parku Narodowego i weszliśmy w głąb dziczy.

Trasa prowadziła nas przez malownicze łąki i bieszczadzkie lasy. Ludzi było zaskakująco mało, co pewnie wynikało z pochmurnej, mglistej aury. Im wyżej się wspinaliśmy, tym bardziej jesień ustępowała pola zimie. Temperatura spadła poniżej zera, a wiatr zaczął smagać nas lodowatym tchem. Na szczęście dodatkowe warstwy ubrań uratowały sytuację. Po około 2,5 godziny stanęliśmy na wierzchołku Królowej Bieszczadów.

Niestety, Tarnica tym razem schowała swoją panoramę za niskim pułapem chmur. Zamiast widoków na ukraińską stronę, dostaliśmy surowy, niemal polarny klimat. Metalowy krzyż na szczycie majaczył we mgle, tworząc niesamowite tło do pamiątkowych zdjęć. Szybkie pieczątki do książeczek i ucieczka w dół przed mrozem.

Co ciekawe, droga powrotna dostarczyła nam sporo śmiechu. Schodziliśmy cali oblepieni śniegiem (częściowo dzięki naszym wygłupom na górze), co budziło niemałe przerażenie u turystów, których mijaliśmy niżej. Ich pytające spojrzenia mówiły wszystko – obawiali się, że na górze trwa właśnie regularna śnieżyca. Nie wyprowadzaliśmy ich z błędu! Na koniec, tuż przy wejściu do parku, odwiedziliśmy jeszcze stare cerkwisko i cmentarz – miejsce pełne ciszy i bieszczadzkiej zadumy.

Informacje o trasie

Nasza trasa na Tarnicę prowadziła z miejscowości Wołosate niebieskim szlakiem. Całość wędrówki (w górę i w dół) zamknęła się w około 11,5 kilometrach, a suma podejść wyniosła 654 metry. Czas wejścia na szczyt przy trudnych, zimowych warunkach na górze wyniósł około 2,5 godziny cała trasa w obu kierunkach trochę powyżej 4 godzin. Parking w Wołosatem jest płatny, podobnie jak wstęp na teren Bieszczadzkiego Parku Narodowego (bilety można kupić w kasie przy szlaku).

Porady i Ciekawostki

  • Skąd się wzięły Bieszczady? Według ludowych podań (autorstwa Mariana Hessa), nazwa pochodzi od dwóch demonów: Biesa i Czada. Bies był zły i potężny, Czad mały i psotny, ale pomocny ludziom. Ich wieczna walka miała ukształtować ten górzysty krajobraz. Inna, bardziej naukowa wersja mówi, że nazwa wywodzi się od słowa „Beskid”, które dawniej oznaczało pasmo górskie.
  • Tarnica, czyli „Siodło”: Nazwa najwyższego szczytu pochodzi z języka rumuńskiego (słowo tarniță) i oznacza siodło lub przełęcz. Jeśli spojrzycie na Tarnicę z daleka, jej charakterystyczny kształt z wyraźnym wcięciem (Przełęczą pod Tarnicą) faktycznie przypomina pasterskie siodło.
  • Historia Metalowego Krzyża: Ten, przy którym zrobiliśmy zdjęcie, stoi na szczycie od 2000 roku. Ma 8,5 metra wysokości i upamiętnia nie tylko wizytę Karola Wojtyły (przyszłego papieża Jana Pawła II) w Bieszczadach w 1953 roku, ale jest też symbolem przetrwania i wiary tutejszych mieszkańców.
  • Wołosate – wieś, której nie ma: Zanim wejdziecie na szlak, warto poświęcić chwilę na wspomniane przez nas cerkwisko. Wołosate było niegdyś dużą wsią bojkowską, która niemal przestała istnieć po 1947 roku w wyniku akcji „Wisła”. Stare fundamenty cerkwi pw. św. Dymitra i nieliczne nagrobki to jedyne, co pozostało po dawnych mieszkańcach.
  • Pogodowy Rollcoaster: Tarnica uczy pokory. Nawet jeśli w Wołosatem świeci słońce, na szczycie może panować huraganowy wiatr i mróz. Zawsze miejcie w plecaku czapkę i rękawiczki, nawet jeśli wydaje Wam się, że jest ciepło!

Lackowa 997 m n.p.m.

wejście I – 17 października 2020
wejście II – 5 sierpnia 2021

Niby szybka góra, niby Beskid Niski a ciężko było bardzo. Głownie ze względu na bardzo strome podejście ale również pogoda nas nie rozpieszczała bo padał deszcz. Do tego bardzo strome podejście w mokrej skale i błocie, sam nie wiem czy było gorsze na podejściu czy na zejściu.

Radziejowa (1262 m n.p.m.): Jesienny spacer na najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego

Beskid Sądecki jesienią ma w sobie coś magicznego. Nawet gdy pogoda jest „lekko dżdżysta”, a szlaki pustoszeją, wędrówka na Radziejową – najwyższy punkt tego pasma – dostarcza mnóstwo satysfakcji. To był dzień pełen logistycznych wyzwań, stromych podejść i spokoju, który można znaleźć tylko na szlaku poza sezonem.

Nasza przygoda z Radziejową zaczęła się od… lekcji cierpliwości za kółkiem. Choć od poprzednio zdobytej Wysokiej dzieliło nas w linii prostej zaledwie 15 km, to natura (a konkretnie brak bezpośredniego połączenia drogowego przez góry) zmusiła nas do pokonania ponad 60-kilometrowego objazdu. Finalnie dotarliśmy na zaplanowany punkt startu czyli na Przełęcz Obidza, skąd ruszyliśmy w kierunku szczytu.

Początkowo szliśmy za znakami czerwonymi i zielonymi, by po chwili wejść na szlak niebieski. Pogoda nas nie rozpieszczała – drobna mżawka sprawiła, że na trasie spotkaliśmy zaledwie kilku śmiałków. Miało to jednak swój urok – góry wydawały się tylko dla nas.

Prawdziwa zabawa zaczęła się, gdy szlak niebieski odbił od czerwonego. Droga nagle przypomniała nam, że Radziejowa to nie byle jakie wzniesienie – zrobiło się strome podejście i trzeba było włożyć trochę wysiłku w każdy krok. Oddech złapaliśmy dopiero w okolicach Małego Rogacza, gdzie teren zaczął się przyjemnie wypłaszczać. Kolejnym punktem kontrolnym było rozdroże pod Wielkim Rogaczem, gdzie pożegnaliśmy niebieskie znaki i wróciliśmy na Główny Szlak Beskidzki (czerwony).

Ostatnim wyzwaniem była Przełęcz Żłóbki. Tutaj czekało nas końcowe podejście, ale świadomość, że szczyt jest już blisko, dodawała sił. Na ostatniej prostej droga znów stała się łaskawa i płaska, prowadząc nas prosto pod imponującą, nową wieżę widokową.

Obowiązkowy zestaw zdobywcy: pamiątkowe zdjęcie pod tabliczką, pieczątki do naszych książeczek KGP i chwila zadumy nad konstrukcją wieży. Aby nie wracać identycznie tą samą drogą, postanowiliśmy nieco urozmaicić powrót, schodząc na leśną drogę i nadkładając kawałek dystansu. To był dobry ruch – Beskid Sądecki z tej perspektywy wyglądał równie pięknie!

Informacje Praktyczne:
Parking: Na Przełęczy Ibidzy znajduje się bezpłatny parking na końcu wsi, tuż przy wejściu na szlaki.
Startowaliśmy z Przełęczy na Obidzy (Gromadzka), kierując się początkowo szlakiem zielono-czerwonym, następnie niebieskim przez Mały Rogacz, by finałowy odcinek od Wielkiego Rogacza pokonać czerwonym szlakiem prowadzącym przez Przełęcz Żłóbki prosto na szczyt Radziejowej (1262 m n.p.m.).
Cała pętla wyniosła 10,6 km i 470 m przewyższeń. Pokonanie trasy zajęło nam troszkę ponad 3 godziny.

Porady i Ciekawostki

  • Skąd ta Obidza? Nazwa przełęczy i miejscowości budzi ciekawość. Językoznawcy wywodzą ją od słowa „obidzać”, co w dawnej gwarze pasterskiej oznaczało „obchodzić” (np. obchodzić stado dookoła). Inna teoria mówi o „obidzy” jako o grodzonym miejscu dla owiec. Jedno jest pewne – to jeden z najwyżej położonych i najbardziej widokowych punktów dojazdu autem w tym regionie.
  • Radziejowa i jej „Radziej”: Nazwa najwyższego szczytu Beskidu Sądeckiego pochodzi prawdopodobnie od imienia lub nazwiska dawnego właściciela tych terenów – Radzieja. Co ciekawe, góra ta niemal w całości porośnięta jest lasem, w którym dominuje świerk, niestety mocno przetrzebiony w ostatnich latach przez kornika.
  • Historia wieży: Wieża, pod którą stanęliśmy, to nowa konstrukcja oddana do użytku w 2020 roku. To już trzecia budowla w tym miejscu! Pierwsza z 1991 roku została zniszczona przez piorun, druga z 2006 roku musiała zostać rozebrana ze względu na zły stan techniczny (drewno zaatakował grzyb). Obecna wieża ma około 22 metrów wysokości i jest znacznie solidniejsza.
  • Rogacze i ich rola: Mały i Wielki Rogacz to dwa charakterystyczne punkty na trasie. Ich nazwa jest typowo ludowa i odnosi się do kształtu wzniesień. Są one kluczowe dla orientacji, bo to właśnie tutaj krzyżują się najważniejsze szlaki pasma Radziejowej.
  • Dla kogo ta trasa? Trasa z Obidzy jest uznawana za jedną z najłatwiejszych dróg na Radziejową, co nie znaczy, że jest nudna. Jest idealna na jesień, bo nawet przy mniejszej widoczności, sam spacer przez lasy Pasma Radziejowej ma niepowtarzalny klimat.

Wysoka 1050 m n.p.m.

Pieniny … to mówi wszystko! Góry tak piękne jak Tatry, albo piękniejsze a do tego mniej turystów zwłaszcza tych z przypadku. Mieliśmy ruszyć z miejscowości Jaworki, ale bliżej do szlaku było z parkingu pod szlakiem, dlatego też to właśnie tam zostawiliśmy auto. Prosto z parkingu weszliśmy do Wąwozu Homole i pomimo deszczowej pogody urzekliśmy się jego pięknem. Wąwóz jest malowniczo wyżłobionym kanionem w skale przez potok Kamionka na długości niecałego kilometra. Szlag poprowadzony jest na przemian po obu stronach rzeczki z przeprawami mostowymi nad jej nurtem. Po jest dosyć wczesna to i na szczęście ludzi jest bardzo mało i idzie się w ciszy napałając się dźwiękami natury. Natura również czuje ciszę i spokój i wychodzi nam na spotkanie. Mamy okazję a w zasadzie to dzięki Sylwii, która zauważa przy drodze nieporadnie wdrapującą się salamandrę. Nie ingerując i nie stresują oglądamy jej zmagania z pewnej odległości. Cóż za cudowne uczucie, ostatni raz widziałem salamandrę w jej naturalnym środowisku ostatni raz mając chyba około 8 lat i będąc z rodzicami na wczasach w górach. Przechodząc kolejny raz nad potokiem Kamionka odbijamy na Polanę pod Wysoką i którą docieramy pod las, który ze względu na niski pułap chmur wydaje się być cały spowity mgłą. W lesie zaczyna się już bardziej strome podejście, które wymaga od nas częstszych odpoczynków. Przy rozstaju Pod Wysoką odbijamy w lewo i lasem ale już po skałach zaczynamy jeszcze bardziej strome podejście. Wilgotność w powietrzu jest duża a skały bardzo śliskie dlatego musimy bardzo uważać aby nie złapać przez pośpiech niepotrzebnej kontuzji. Na szczęście udaje się cało i sprawnie, zwłaszcza ostatni bardzo stromy odcinek podejść bezpiecznie i cieszyć się osiągnięciem szczytu i tylko tym bo cały szczyt spowijają chmury i nie ma żadnych widoków. Robimy pomimo wszystko pamiątkowe zdjęcie oraz wbijamy stempelek do naszych książeczek. Powrót odbywa dokładnie tą samą drogą a my z tęsknotą w sercu wiemy, że wrócimy tu kiedyś z chłopcami i może wówczas uda nam się nacieszyć oczy widokami.

Turbacz 1310 m n.p.m.

W dniu 15 października 2020 roku zdobyliśmy kolejny szczyt w ramach KGP. Turbacz to najwyższy szczyt Gorców, znajdujący się w centralnym punkcie pasma o wysokości 1310 m n.p.m. Sam wierzchołek Turbacza znajduje się poza Gorczańskim Parkiem Narodowym, którego granica przebiega po wschodniej oraz po północnej stronie szczytu. Zanim wybraliśmy się na szlak koniecznie musieliśmy się ogrzać i dosprzętowić. Wyprawa na Babią Górę tego samego dnia dała nam się mocno we znaki. Patryk przemoczył obie pary butów, które miał na cały wyjazd i zmuszony był zakupić nowe. Dlatego poszukałam po trasie sklepu sportowego w Nowym Targu i udaliśmy się na zakupy, które okazały się owocne, Patryk kupił buty Samolona, polar i spodnie Milo oraz kupiliśmy po parze skarpet z wełny merino. Po zaparkowaniu auta przy szlaku, ruszyliśmy zielonym szlakiem z okolic Nowego Targu, osiedle Oleksówka o godz. 14:26. Początkowo zeszliśmy trochę ze szlaku trafiając w ślepy zaułek i niestety musieliśmy się zawrócić aby dotrzeć do właściwej drogi. Dalej już nie błądziliśmy i najpierw przeszliśmy małym mostkiem przez rzeczkę, aby za chwilę podążać stromą drogą po kamieniach, wówczas wydawało się nam to męczące, ale jak się okazało najgorsze było jeszcze przed nami. Pogoda była pochmurna, a wszędzie dookoła mokro. Kamienista droga po wyjściu z lasu zmieniła się na błotnistą breję z koleinami po ciężkim sprzęcie, zapewne leśników. Ach te piękne, nowe buty Patryka. Ileż można się męczyć, aby ich nie ubrudzić. Skakał, omijał kałuże o mało się nie poślizgnął kilka razy aż w pewnym momencie nie wierzyłam kiedy moim oczom ukazał się widok sceny świadomego i celowego działania polegającego na wchodzeniu w błoto przez Patryka nowiutkimi Salomonami z czystą premedytacją. Po wszystkim nastąpiła ulga i swoboda w zdobywaniu góry Turbacz w tak niekomfortowych błotnych warunkach. Nowe, stare buty załatwiły sprawne zdobywanie kolejnych kilometrów. W końcu doszliśmy do rozwidlenia na Hali Bukowina Waksmundzka, gdzie szlaki zielony, czarny i niebieski połączyły się. Po drodze pogoda zaczęła się poprawiać, nawet słońce zaszczyciło nas swoją obecnością, w przesłonach którego udało nam się zrobić przepiękne pamiątkowe zdjęcia. Widok był cudownie uroczy. Wychodzące słońce spowodowało podniesienie się temperatury powyżej zera przez co roztapiał się zalegajączy lód i śnieg, również ten na drzewach i gałęziach. W tych okolicznościach doszliśmy do Schroniska PTTK na Turbaczu położonego pod szczytem, na wysokości 1283 m. Schronisko wyłoniło się spomiędzy drzew urzekając nas swoim monumentalnym, pięknym kamiennym budynkiem o dwóch prostopadłych skrzydłach z arkadowym wejściem i strzelistym dachem z mansardami, krytym gontem (budynek jest ogromny i posiada ponad 100 miejsc noclegowych). Uroczyste otwarcie Schroniska odbyło się w 1958 roku (projekt: Anna Górska). Sam szczyt Turbacza znajduje się niecałe 5 minut drogi od schroniska. Zatem podążyliśmy bezpośrednio na szczyt czerwonym szlakiem. Po drodze świat zwariował, topniejące sople umieszczone nad naszymi głowami w wyniku dodatniej temperatury zaczęły odrywać się i spadać raz przed nami a raz za nami. Tacy jesteśmy przezorni, a kasków nie zabraliśmy 🙂 zrobiło się całkiem niebezpiecznie. Na szczycie szybkie zdjęcie i w drodze powrotnej przybijamy w schronisku pieczątki do naszych książeczek. Z uwagi na panującą w tym czasie pandemię, schronisko było nieczynne dla turystów. Warto zauważyć, że sam szczyt Turbacz jest mało popularny turystycznie w odróżnieniu od schroniska PTTK. Przed schroniskiem znajduje się największy w Gorcach węzeł szlaków turystycznych. Z tarasu przed wejściem roztacza się rozległa panorama Pienin i Tatr ponad wzniesieniami Pogórza Spisko-Gubałowskiego – od Tatr Bielskich z Hawraniem przez Tatry Wysokie z Łomnicą, Gerlachem, Wysoką i Świnicą po Tatry Zachodnie z Kasprowym Wierchem, Bystrą i Banówką. Przez szczyt przebiega Główny Szlak Beskidzki. Wyprawa okazała się owocna, bo po 4:15 h przebyliśmy 13,4 km drogi w obie strony osiągając 608 m przewyższeń. Na parkingu byliśmy o godz. 18:42. W nagrodę za osiągnięcia dnia: Babia Góra i Turbacz, udaliśmy się na pyszną pizzę do Nowego Targu. Ach.. cóż to była za górska przygoda.

Strona 5 z 7

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén