Rankiem, po śniadaniu i filiżance kawy, ruszyliśmy w stronę szczytu Czupel – 930 m n.p.m., zaliczanego do Korony Gór Polski i będącego najwyższym punktem Beskidu Małego. Samochód zostawiliśmy w centrum Międzybrodzia Bialskiego, na parkingu przy sklepie Lewiatan, gdzie wygodnie mogliśmy się przepakować i przygotować kijki oraz ciepłą odzież na chłodny, jesienny dzień.
Szlak czerwony prowadzi od samego początku równomiernie pod górę, przez bukowo-świerkowy las, którego ściółka pokryta była wilgotnymi liśćmi po wcześniejszych opadach. Pomimo kapryśnej pogody – lekkiego deszczu i 7 stopni C – warunki były idealne do spokojnej, jesiennej wędrówki.
Regularne odpoczynki pozwalały na uniknięcie przegrzania, choć rozbieranie się z kolejnych warstw było konieczne już od pierwszego podejścia. Tempo marszu wyznaczała Sylwia, a mama, idąc własnym rytmem, pokazała, że nie zwalnia grupy. Na trasie spotykaliśmy pojedynczych turystów, cieszących się urokami jesieni w Beskidzie Małym.
Ostatnie metry przed szczytem to przełęcz Pod Czuplem (872 m), gdzie czerwony szlak skręca w prawo i łączy się z niebieskim, stanowiącym finalny odcinek na wierzchołek. Droga była kamienista, śliska i pokryta wilgotnymi liśćmi, wymagając od nas szczególnej ostrożności. Na szczycie powitał nas tłum turystów i charakterystyczna tabliczka – choć miejsce nie słynie z panoramicznych widoków, cieszy się dużą popularnością ze względu na przynależność do Korony Gór Polski.
Na wierzchołku przybiliśmy pieczątki do książeczek – z wyjątkiem mamy, która nie zabrała książeczki KGP w ferworze pakowania na wyjazd. To pretekst do powrotu na tę trasę w przyszłości!
Droga powrotna, po przebraniu się w suche i ciepłe ubrania, okazała się wymagająca – zwłaszcza ze względu na wilgotne liście i mało stabilne podłoże. Jednak czas szybko minął, a trasę o łącznej długości 7 km i przewyższeniu 600 m pokonaliśmy w trzy godziny.
Informacje praktyczne: Wybierz dzień o chłodnej pogodzie – unikniesz przegrzania podczas podejścia. Dobierz odpowiednie buty – szlak jesienią jest śliski, wymaga stabilnego obuwia z bieżnikiem. Zabierz kijki – pomogą przy stromym i śliskim zejściu. Sprawdź wyposażenie przed trasą – nie tylko pieczątka, ale też ciepłe ubrania i przekąski (my zabraliśmy suszą wołowinę i jabłka przygotowane przez Sylwię jeszcze przed wyjazdem, hmmm, mniam … mniam). Na szczycie może być tłoczno – dla pamiątkowego zdjęcia przygotuj się na chwilę oczekiwania.
Podsumowanie: Czupel to idealny cel na jesienną lub wiosenną wycieczkę – nie tylko dla kolekcjonerów szczytów Korony Gór Polski, lecz także dla miłośników beskidzkiej natury i relaksu w lesie. Umiarkowana trudność, malownicze bukowe lasy i przyjemna atmosfera na szlaku sprawiają, że trasę warto powtórzyć – choćby po pieczątkę do książeczki KGP!
W sobotę przed południem ruszyliśmy do Zemborzyc, gdzie czekał na nas pierwszy start w zorganizowanym biegu. Droga z miejsca naszego pobytu zajęła około 25 minut, a na miejscu wszystko było przygotowane wzorowo – odbiór pakietów startowych przebiegł szybko i bezproblemowo. Wpisowe 80 zł gwarantowało numer startowy (Sylwia 882, ja 881), ubezpieczenie oraz drobne upominki, m.in. przyprawy, baton, woda, breloczek a do wyboru był kubek termiczny lub parasolka.
Gdy przymocowaliśmy chipy do sznurówek, ruszyliśmy na krótki rekonesans trasy i marszową rozgrzewkę. Następnie o 12:50 odbyło się uroczyste otwarcie biegu – śpiewanie hymnu, wspólna rozgrzewka pod opieką prowadzącej i krótkie przemówienia organizatorów. Ta sportowa atmosfera dodała nam energii i podniosła poziom motywacji.
O godzinie 13:00 stanęliśmy na starcie. Zdecydowaliśmy biec wolnym tempem, traktując ten bieg przede wszystkim jako sprawdzian i przygodę. Początkowe 6:10 min/km okazało się jednak zbyt szybkie dla nas – puls skoczył do ponad 150 ud./min, a zmęczenie przyszło bardzo szybko. Po niespełna 1,5 km dopadł mnie dokuczliwy ból w pachwinach, który zmusił do chwilowego przejścia do marszu, jednak ból przy bieganiu i chodzeniu był niemal taki sam, więc wróciłem do biegu. Sylwia wspierała mnie bez przerwy, mimo że prosiłem ją, by biegła swoim tempem. Na 3. kilometrze pojawił się lekki skurcz w prawej łydce, który na szczęście szybko ustąpił. Ostatecznie przyjęliśmy strategię, że ból pachwin podczas biegu jest bardziej znośny niż przy marszu – tak dobiegliśmy ostatni kilometr. Na stadionie czekała na nas mama, dokumentując ostatnie chwile biegu zdjęciami. Ostatnie metry pozwoliły nawet na wyprzedzenie dwóch zawodników i finisz z czasem 48:29 (pełne wyniki dostępne tutaj). Po przekroczeniu mety odebraliśmy pierwsze w życiu medale z biegu masowego, co było dla nas ogromnym przeżyciem. Uzupełniliśmy płyny, przebraliśmy się w suche ubrania, a potem udaliśmy się na ciepły żurek i słodkie gofry serwowane dla uczestników. Nie czekaliśmy na oficjalne zakończenie, bo chłód zaczął doskwierać, ale wracaliśmy do domu pełni radości i nowej motywacji.
To był wyjątkowy i wartościowy debiut biegowy – pokazujący, że nie wynik, a wspólne przeżywanie i radość z ruchu są najważniejsze. Z niecierpliwością czekamy na kolejne starty!
Czarna Góra (1205 m n.p.m.) to jeden z najbardziej znanych szczytów Masywu Śnieżnika, chętnie odwiedzany zarówno zimą przez narciarzy, jak latem przez miłośników pieszych wycieczek. Nasza wyprawa rozpoczęła się na Przełęczy Puchaczówka, niedaleko miejscowości Sienna – kluczowego punktu turystycznego regionu. Na miejscu czekał na nas darmowy parking, z którego do wejścia na czerwony szlak prowadzi krótki asfaltowy odcinek. Czerwony szlak, przez pierwsze kilkaset metrów połączony z zielonym, prowadzi przez przyjemny, cienisty las, idealny na letnie spacery. Trasa stopniowo zaczyna piąć się w górę, a typowe dla Sudetów świerki dają wytchnienie zwłaszcza w słoneczne dni. Po około 500 metrach rozpoczyna się strome podejście w kierunku szczytu i dawniej stojącej tam 14-metrowej wieży widokowej. Chociaż obecnie nie ma po niej śladu (wieża została rozebrana latem 2021 roku ze względu na zły stan techniczny), Czarna Góra nadal zachwyca skalnym punktem widokowym, skąd podziwiać można Masyw Śnieżnika.
Na samym wierzchołku Czarna Góra, oprócz pozostałości po wieży, znajduje się także charakterystyczny przekaźnik telewizyjny, którego światła są widoczne z wielu kilometrów i po zmroku służą jako orientacyjny punkt dla turystów. Przy dobrej pogodzie można podziwiać panoramę okolicznych gór oraz malownicze doliny.
Informacje praktyczne: Parking – darmowy, otwarty na Przełęczy Puchaczówka, blisko do czerwonego szlaku, Długość trasy – ok. 3,3 km w obie strony, ok. 200 m przewyższenia, Szlak – dobrze oznaczony, początkowo łagodny, potem stromy przed szczytem, Wieża widokowa – zamknięta od 2021 roku, ale skalny punkt widokowy dostępny, Polecane dla rodzin – szlak krótki, atrakcyjny, biegnie wśród lasów i kwiecistych polan, idealny na aktywne popołudnie.
Podsumowanie: Czarna Góra w Sudetach to doskonały wybór dla osób, które szukają krótkiej, aktywnej wycieczki z pięknymi panoramami i górską atmosferą – zarówno przy letnim słońcu, jak i zimowym narciarskim szaleństwie. Latem zachwyca widokami, spokojem lasu i zielonymi polanami, zimą zamienia się w ulubiony kurort narciarski regionu. To miejsce, gdzie historia wieży widokowej splata się z nowoczesną infrastrukturą oraz rodzinną rekreacją.
Rodzinna wyprawa na Kalenicę w Górach Sowich (trzeci co do wysokości w Górach Sowich) była pełna przygód i niezapomnianych widoków! Już od samego początku, tuż po zwiedzaniu Kompleksu podziemnego Osówka, zapakowaliśmy plecaki, ruszyliśmy na Przełęcz Jugowską (805 m n.p.m.) i wystartowaliśmy z parkingu pełni energii oraz entuzjazmu.
Trasa prowadziła nas przez malowniczy las — pierwsze chwile na szlaku były okazją do wspólnego zdjęcia, zanim zaczęliśmy na dobre się wspinać. Po drodze spotkaliśmy charakterystyczny, drewniany drogowskaz na rozstaju dróg, a dobre humory towarzyszyły nam, nawet podczas podejścia na Słoneczną (494 m n.p.m.).
Chłopcy z uśmiechem zdobywali kolejne metry wysokości – były też chwile triumfu na skałkach, gdzie każdy chciał choć przez chwilę poczuć się jak zdobywca szczytów. Wspólne pamiątkowe zdjęcie pod tabliczką na Kalenicy zaliczamy do obowiązkowych punktów każdego rodzinnego wyjścia.
Sercem tej wyprawy była jednak stalowa wieża widokowa na szczycie Kalenicy. Zrobiliśmy pod nią kilka zdjęć, podziwiając widok na Bielawę i całą okolicę. Powrót prowadził przez urokliwy szlak z mnóstwem omszałych skał, a także mijał ciekawe, rzeźbione kapliczki.
W schronisku Zygmuntówka nie zabrakło typowego rodzinnego zamieszania, trochę odpoczynku i chwili na kolejne zdjęcie. Malowniczy krajobraz rozpościerający się obok schroniska na długo zostanie w naszej pamięci.
To był wspaniały dzień — mnóstwo śmiechu, wspólnej radości, górskich przygód oraz zdjęć dokumentujących każdą ważną chwilę tej rodzinnej przygody!
Praktyczne informacje: Parking znajdziesz na Przełęczy Jugowskiej – jest dużo miejsca i łatwo zostawić auto niedaleko szlaku. Wycieczka na Kalenicę jest idealna nawet dla rodzin z dziećmi – trasa nie jest trudna, a podejścia są krótkie i łagodne. Na Zimnej Polanie warto zrobić krótki postój na odpoczynek – są tam ławki i wiata (po drodze spotkasz charakterystyczne drogowskazy). Czerwony szlak prowadzi na szczyt, a tablica Słoneczna łatwo przeoczyć – warto wypatrywać po lewej stronie drzewa. Na szczycie Kalenicy czeka wiata turystyczna i stalowa wieża widokowa – wejście na nią jest bezpłatne, ale przy zwiedzaniu z dziećmi zalecana jest ostrożność. Po drodze mijasz omszałe skałki i ciekawe kapliczki, które warto zobaczyć i uwiecznić na zdjęciach. Dobrym miejscem na odpoczynek i posiłek jest schronisko Zygmuntówka – mają bar, miejsce na ognisko i piękną polanę.
Co warto zabrać? Wygodne buty trekkingowe – trasa momentami bywa kamienista i śliska, szczególnie po deszczu. Kurtkę przeciwdeszczową lub softshell – pogoda w górach bywa nieprzewidywalna. Wodę i przekąski – na szlaku nie ma możliwości zakupu prowiantu aż do schroniska. Powerbank do telefonu lub aparatu – mnóstwo okazji do zdjęć rodzinnnych na tle gór, skałek i wieży widokowej. Mały plecak – na bluzę, mapę, dokumenty, prowiant. Czapka, okulary przeciwsłoneczne, krem z filtrem – duża część trasy biegnie przez odkryte polany. Latarka lub czołówka – jeśli planujesz wracać wieczorem (czasem w schronisku bywają przerwy w dostawie prądu).
Góry Sowie na pewno jeszcze wrócą w nasze rodzinne plany podróżnicze — polecamy każdemu, kto lubi aktywnie spędzać czas razem!
Po śniadaniu nasza rodzina zebrała się, by zdobyć ostatni szczyt Miłosza z listy Korony Gór Polski – Skrzyczne (1257 m n.p.m.), najwyższy punkt Beskidu Śląskiego i kultowy cel dla każdego miłośnika polskich gór. Ruszyliśmy pieszo z kwatery, a już od wczesnych godzin żar lał się z nieba, zapowiadając wyjątkowo upalny dzień. Aby dojść do początku żółtego szlaku, trzeba było pokonać około kilometra od miejsca noclegu. Początek trasy to strome, odkryte podejście wzdłuż wyciągu narciarskiego, które od razu wystawiło nas na próbę – intensywny upał oraz roje dokuczliwych gzów nie ułatwiały wspinaczki. Odsłonięty teren sprawiał, że promienie słońca szybko odbierały siły, dlatego regularne przerwy i łyk wody były niezbędne.
Po mozolnym podejściu w końcu dotarliśmy do górnej stacji kolejki pod Małym Skrzycznem (1211m n.p.m.), gdzie znajduje się niewielki lokal gastronomiczny. Niestety, z powodu braku prądu sprzedaż była chwilowo niemożliwa, jednak obsługa stanęła na wysokości zadania i poczęstowała nas karafką wody z lodem i owocami – orzeźwienie było natychmiastowe i dodało sił na ostatni odcinek.
Od Małego Skrzycznego do głównego szczytu prowadzi już łagodniejszy, zielony szlak niemal po płaskim terenie, a mijane widoki zrekompensowały wszelkie trudy wcześniejszego marszu.
Po chwili dotarliśmy na szczyt oraz do kultowego schroniska PTTK na Skrzycznem. W schronisku zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i przybiliśmy upragnione pieczątki w książeczkach górskich. Kolejnym punktem była zasłużona przerwa na drugie śniadanie, solidne nawodnienie i podziwianie rozległej panoramy Beskidu Śląskiego i Tatr w oddali.
Tablica na szczycie, który znajduje się nieopodal Schroniska PTTK przybliża zarówno historię miejsca jak i panujący tu klimat:
„Turysto, stoisz teraz dokradnie na szczycie Skrzycznego (1257 m n.p.m.), wchodzącego w skład Korony Gór Polski. Od weków góra ta miara wielkie znaczenie dla tutejszych mieszkańców. Tutaj pozyskiwano drewno, na wykarczowanych halach wypasano owce, tu ukrywali sie zbójnicy, z czasem rozwinęła sie turystyka, a nieco pózniej przybyli narciarze. Kolejne pokolenia tworzyły wiec swoista magie Skrzycznego, gazie ponoć jeszcze można usłyszeć echa śpiewu zbójników, odgłosy dawnych góralskich trombit i rechot żab, które tu żyły w małym jeziorku zarośniętym sitowiną. Bo zgodnie z „Dziejopisem Żywieckim” (1704, autor Andrzej Komoniecki) nazwa góry pochodzi właśnie od skrzeczenia żab: „Stad nazwana ta góra jest Skrzecznia, gdyż w tym jeziorze żaby często skrzeczą, tak że je daleko pod wieczór słychać”. Turysto, tak tu onegdaj bywało… Zadumaj się więc nad historia tego miejsca, ale też czerp radość z przebywania tutaj, bo w obecnych czasach Skrzyczne to góra nie tylko dla miłośników turystyki pieszej i sportów śnieżnych, ale także dla paralotniarzy, rowerzystów, biegaczy ekstremalnych i osób uprawiających wszelkie inne formy aktywności ruchowej.”
Zdecydowaliśmy, że powrót odbędzie się inną trasą – niebieskim szlakiem, którym pięć lat temu podchodziliśmy z Sylwią. Szlak uległ pewnym zmianom, na szczęście z korzyścią dla miłośników pięknych widoków – nowe przebiegi odsłaniają kolejne krajobrazy. Samo zejście okazało się jednak wymagające przez stromizny i znaczne zmęczenie, stąd ostatnie metry były już odczuwalne i dłużyły się wyjątkowo mocno. Po zejściu wróciliśmy do centrum Szczyrku, przechadzając się między lokalnymi straganami oraz sklepikami – tym razem nie znaleźliśmy jednak nic ciekawego i postanowiliśmy wrócić na zasłużony odpoczynek.
Praktyczne wskazówki z trasy Planując wejście latem – wyrusz wcześnie rano, gdy wciąż jest chłodniej. Weź dużo wody – upał i otwarty teren potrafią szybko pozbawić sił. Nakrycie głowy, okulary, krem z filtrem obowiązkowe. Uważaj na gzy i owady – przydadzą się odstraszacze! Zejście niebieskim szlakiem to nowe widoki, ale wymagający teren – zaplanuj przerwy.
Skrzyczne to nie tylko kolejna „zaliczona” góra, ale miejsce pełne tętniącego życiem schroniska, przepięknych beskidzkich panoram i poczucia spełnionej przygody. Dla Miłosza był to wyjątkowy dzień – symboliczne zamknięcie górskiej korony w prawdziwie letnim stylu.
Tym razem postanowiliśmy zdobyć Radziejową od mniej popularnej, ale bardzo urokliwej strony, zaczynając wędrówkę z Przełęczy Marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego. Parking przy szlaku okazał się dużym udogodnieniem – był bezpłatny i przestronny, dzięki czemu bez stresu mogliśmy ruszyć na szlak. Szlak zielony prowadził nas najpierw przez otwartą polanę, a następnie łagodnie wprowadził w gęsty, pachnący las. Po niespełna kilometrze od parkingu trafiliśmy pomiędzy zabudowania małej wioski. W tym miejscu Sylwia przypomniała sobie, że zapomniała przełożyć książeczki KGP i GOT do nowego plecaka. Szybko wróciła po nie, a reszta z nas podążała dalej powoli, by nie nadwyrężać kondycji i zachować siły na ewentualne późniejsze podejście pod Czupel. Trasa wiodła przez kwieciste łąki i cieniste partie lasu, zapewniając przyjemne urozmaicenie krajobrazu. Wysokie trawy i dzikie kwiaty kołysały się na wietrze, a odgłosy ptaków i szum drzew sprzyjały spokojnej, niemęczącej wędrówce. Dzięki naszym wskazówkom Sylwia szybko nas dogoniła i dalszą drogę pokonaliśmy już wspólnie.
Wkrótce dotarliśmy na polanę na samym szczycie Radziejowej. Obowiązkowe zdjęcia przy tabliczce szczytu i pieczątki w książeczkach potwierdzały zdobycie wierzchołka.
Z radością wspięliśmy się również na nową wieżę widokową – pięć lat temu stara drewniana konstrukcja była już zamknięta dla turystów i w kiepskiej kondycji. Obecnie wieża prezentuje się znakomicie i pozwala podziwiać imponujące panoramy Beskidu Sądeckiego i Tatr.
Mimo pokusy, by dłużej nasycać się widokami, szybkie popołudnie zmusiło nas do powrotu. Zejście okazało się znacznie krótsze i minęło nam na żywych rozmowach. Czuć było już zmęczenie upalnego dnia, więc zrezygnowaliśmy z dodatkowego wejścia na Czupel, odkładając ten plan na inną, chłodniejszą okazję.
Wyprawa zajęła nam niecałe trzy godziny, podczas których pokonaliśmy trochę ponad 7 kilometrów i około 500 metrów przewyższenia. Nawet przy niższej kondycji trasa jest umiarkowanie wymagająca, ale niezwykle widokowa i dająca dużą satysfakcję.
Praktyczne wskazówki: Parking przy przełęczy jest bezpłatny i wygodny. Szlak zielony jest malowniczy, prowadzi zarówno przez las, jak i widokowe polany. Nowa wieża widokowa na Radziejowej jest bezpieczna, a widoki z niej warte każdego kroku. W upalne dni pamiętaj o dobrym nawodnieniu, okryciu głowy i kremie z filtrem. Nie zapomnij książeczki KGP i GOT – pieczątka z Radziejowej to satysfakcjonujące zwieńczenie wysiłku!
Takie wyprawy udowadniają, że Beskid Sądecki oferuje nie tylko piękne szlaki i rozległe panoramy, ale także niezapomniane, rodzinne chwile oraz możliwość doświadczenia spokoju płynącego z kontaktu z naturą i regionalną historią.
Pierwszym celem naszej wakacyjnej górskiej wyprawy była Radziejowa – najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego (1266 m n.p.m.), znana z rozległych panoram i malowniczych szlaków. Po noclegu w Nowym Sączu czekał nas około 40-minutowy przejazd do wioski Obidza, będącej tradycyjnym punktem startowym na Radziejową. Od ostatniej wizyty minęło pięć lat i przez ten czas sporo się zmieniło. Droga dojazdowa do Obidzy została zamknięta dla ruchu turystycznego około 3 km przed wsią, a na poboczu powstał nowy, płatny parking. Chcąc uniknąć asfaltowego odcinka, zdecydowaliśmy się poszukać miejsca na prywatnej posesji i udało się – za 20 zł za dzień zostawiliśmy auto tuż przy planowanym miejscu startu. Około 9:30 ruszyliśmy niebieskim szlakiem, który prowadzi przez lasy i polany, oferując po drodze widoki na Tatry.
Trasa na Radziejową jest niezwykle malownicza. Po około 3 km dotarliśmy na szczyt Wielki Rogacz (1182 m n.p.m.), co prawda wszystko jest zarośnięte i nie ma widoków ale jest miła planka na odpoczynek.
Dalej droga prowadziła czerwonym szlakiem, który po kolejnych 2 km doprowadził nas na sam szczyt Radziejowej. Tam czekała na nas wieża widokowa, z której rozpościera się spektakularny widok na Tatry, Pieniny, Beskid Sądecki i Niski.
Na szczycie Radziejowej przybiliśmy pieczątki w książeczkach GOT, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i weszliśmy na wieżę widokową. To właśnie tutaj, ku mojemu zaskoczeniu, cała rodzina odśpiewała mi „Sto lat” – tego dnia obchodziłem urodziny. Było to niezwykle wzruszające przeżycie – świętować w tak pięknych okolicznościach przyrody, w gronie najbliższych. Otrzymałem również wyjątkowy prezent od Sysi, który sprawił mi ogromną radość.
Pomimo upału świetnie radziliśmy sobie z trasą, regularnie nawadniając się i robiąc przerwy na drugie śniadanie w cieniu lasu na szczycie. W drodze powrotnej schodziliśmy bardzo ostrożnie ponieważ podczas podchodzenia, przydarzyło mi się drobne poślizgnięcie na kamieniach i niewielka obcierka – na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Wędrówka kamienistym szlakiem wśród zielonych zboczy zajęła nam około 3 godzin, a dystans wyniósł niecałe 10 km.
Informacje praktyczne: Parking: Sprawdź aktualne zasady dojazdu do Obidzy – możliwe, że trzeba będzie zostawić auto na płatnym parkingu kilka kilometrów wcześniej lub poszukać miejsca na prywatnej posesji. Szlaki: Trasa niebieskim i czerwonym szlakiem jest dobrze oznakowana, prowadzi przez różnorodne tereny – od lasów po widokowe polany. Wieża widokowa: Warto wejść na wieżę na Radziejowej – panorama Tatr i okolic to niezapomniane przeżycie. Wyposażenie: W słoneczne dni nie zapomnij o nakryciu głowy, wodzie i kremie z filtrem. Szlak miejscami jest kamienisty – solidne buty trekkingowe to podstawa. Bezpieczeństwo: Uważaj na śliskie kamienie, szczególnie podczas zejścia.
Podsumowanie: Wędrówka na Radziejową to doskonały pomysł na aktywny dzień w górach, połączony z podziwianiem niezwykłych widoków i przeżywaniem rodzinnych chwil. To także okazja do refleksji nad pięknem beskidzkiej przyrody, historią regionu i własnymi przeżyciami. Takie wyprawy pozostają w pamięci na długo – szczególnie, gdy można je połączyć z wyjątkowym świętem w gronie najbliższych.
Od rana się pakujemy, przepraszam w zasadzie to od wczorajszego popołudnia, jednak to nie ma znaczenia od kiedy, bo i tak mamy cały czas z tyłu głowy, że czegoś zapomnimy albo nie pomyślimy, że się przyda i nie spakujemy. Ja tradycyjnie jadę z przygotowanej listy, którą za każdym razem rozbudowuję, ale Sylwia ma również swój wkład. Po spakowaniu, a następnie zapakowaniu tego na motocykle udaje nam się wyruszyć około godziny 16:00. Trasę już wcześniej omawialiśmy i wybraliśmy w naszej ocenie najbardziej optymalną z walorami przyrody czyli bocznymi trasami z małym ruchem samochodów, możliwie najkrótszą i urokliwą. Do nawigacji podczas naszej wyprawy używamy po raz pierwszy, zakupionej niedawno Garmina Montany 701i. Pierwszy przystanek robimy po 50 km na stacji ORLEN za Iłowem. I tutaj pierwsza niespodzianka, bo na stacji spotykamy kolegę z synem – Sławka, który akurat wraca z Warszawy do Płocka. Chwilę rozmawiamy i wymieniamy spostrzeżenia odnośnie motocykli. My przegryzamy po ciepłym hot-dogu popijając herbatką, docieplamy się, zakładając kolejne warstwy ubrań i ruszamy dalej. Kolejny postój robimy już za Warką po kolejnych 130 km (180 km od domu) na lokalnej stacji paliw w Głowaczowie, gdzie rozgrzewamy się gorącą herbatką. Pomimo, że jest zimno, to jedzie się dobrze i nie czujemy zmęczenia drogą, a dzięki temu nasza uwaga i koncentracja jest na odpowiednim poziomie. Małe problemy napotykamy już w Kozienicach, gdzie są remonty i kiepsko są oznakowane objazdy. Nawigacja Garmin nie uwzględnia zmiany trasy wcześniej zaakceptowanej, ma to oczywiście swoje dobre strony, ale w takich przypadkach jak obecny nasz, jest to trochę uciążliwe. Dodatkowo odczuwamy rzekome, inteligentne światła (z pętlą indukcyjną), które naszych motocykli nie widzą i stoimy jak wariaci na czerwonym przez trzy zmiany świateł. Jednak wszystkie niedogodności udaje się nam przezwyciężyć i szczęśliwie dojechać do naszego pierwszego planowanego noclegu, czyli do Puław (Dom Weselny Arkadia/Bernat tel. 696023560 kwota 150 zł/2 os./ dobę). Jest to dokładnie to samo miejsce, w którym zatrzymaliśmy się rok temu podczas ubiegłorocznej motomajówki. Szybko instalujemy się w czystym pokoiku z łazienką i rozgrzewamy się herbatką. Właścicielka słysząc, że mamy pojechać jeszcze na zakupy, a widząc jak jesteśmy zmarznięci proponuje użyczyć nam swój samochód, z czego bez zastanowienia korzystamy. Wyjazd jest przygodą, bo oprócz muzyki – disco-polo, której nie umiemy przełączyć, Sylwia musi trzymać swoje drzwi od pasażera, bo nie trzyma zamek i na zakrętach się otwierają :). Zakupy robimy sprawnie i resztę wieczoru spędzamy relaksując się przy przygotowanej przez Sylwię kolacji.
Dzień 2 – Puławy-Przemyśl (poniedziałek 28-IV-2025)
Wstajemy bardzo niespiesznie, jemy śniadanko, pijemy kawkę (z małym wypadkiem ekspresu) i pakujemy bagaże z powrotem na motocykle. Chwile jeszcze rozmawiamy z właścicielami i ruszamy. Początkowe problemy z interkomem Sylwii udaje się szybko naprawić i przywrócić pełną funkcjonalność, w końcu to nie tylko wygoda, ale i nasze bezpieczeństwo. Rano niestety nie poświęcaliśmy dość czasu na dokładne zaplanowanie drogi i nawigacja poprowadziła nas ku naszemu rozczarowaniu przez cały Lublin. Pierwszy przystanek robimy po 90 km (w miejscowości Wysokie) na stacji paliw ORLEN z tankowaniem paliwa i przegryzką w postaci hot-dogów i kawy. Pierwszy punkt naszej dzisiejszej trasy – Szczebrzeszyn osiągamy około godziny 14:30. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcia z sympatycznymi chrząszczami z wiersza Jana Brzechwy. Dla nas wiążą się one również z miłymi wspomnieniami, ponieważ odwiedziliśmy je, również rok temu podczas naszej pierwszej moto-bieszczadzkiej majówki. Bez większej zwłoki ruszamy dalej, gdyż nasz następny cel jest 15 km dalej, a jest nim stolica Roztocza, słynne miasto Zwierzyniec (niestety rok temu je ominęliśmy). Miasto jest niezwykle urokliwe z ciekawą historią. Otóż początkowo było letnią rezydencją Zamoyskich. Zalążkiem osady był dwór myśliwski zbudowany nad stawem, a nieopodal znajdował się wielki zwierzyniec, w którym trzymano jelenie, sarny, łosie i dziki. W mieście funkcjonował młyn, browar, a także Zarząd Ordynacji Zamoyskiej. W późniejszym czasie został zbudowany Kościół „Na Wodzie” pw. św. Jana Nepomucena, który zachwyca swoim pięknem do dnia dzisiejszego, a który odwiedziliśmy podczas krótkiego spaceru. Przed dalszą podróżą robimy pamiątkowe zakupy u miłej artystki mającej swój kramik przy Stawie Kościelnym. Niecałe 40 km dalej znajduje się kolejny nasz planowy przystanek – Szumy na Tanwi (rok temu nie zdecydowaliśmy się na zwiedzanie, ze względu na oblegające tłumy). Parking prawie pusty, w przeciwieństwie do ubiegłorocznych tłumów daje nam poczucie bliskości uroków natury. Nie mylimy się, idziemy w ciszy słysząc tylko śpiewy ptaków i szum wody, która przelewa się przez skalne progi na Rzece Tanew. Na szczęście podczas naszego spaceru mijamy bardzo mało ludzi, co daje nam możliwość w pełni obcowania z magią otaczającej nas przyrody. Świeże powietrze, szum wody i spacer wzmagają w nas apetyt, a znając już okolicę postanawiamy podjechać na pyszne dania z ryb do Karczmy Pod Szczęśliwym Karpiem znajdującej się wyspie stawu hodowlanego (niecałe 10 km dalej). Rok temu tłumy ludzi i czas oczekiwania na zamówienie ponad godzinę, zniechęcił nas do pozostania w tym miejscu. Natomiast w tym roku również szczęście nam nie dopisało, bo na miejscu okazało się, że lokal jest w dniu dzisiejszym zamknięty. Głodni i źli ruszamy dalej licząc na smaczny posiłek, jednak jest czas przed majówką i nie mamy szczęścia. Nawet w Jarosławiu nie mamy szczęścia i okazuje się, że wybrane przez nas lokale są w poniedziałek pozamykane. W akcie desperacji i dużego głodu kończymy na szybkim kebabie. Na drodze przed samym Jarosławiem natrafiamy na około 8 odcinków z ruchem wahadłowym, oczywiście tylko raz trafiamy na zielone światło w pozostałych przypadkach długo stoimy na czerwonym świetle. Podczas jednego z postoi uszkadza mi się mocowanie pinlocka i podczas próby naprawy na postoju przewraca mi się motocykl. W wyniku upadku złamała mi się prawa owiewka kierownicy, a pinlocka muszę schować do bagażu, bo naprawa jest bardziej wymagająca i nie jest możliwa na miejscu. Z Jarosławia ruszamy już prosto do miejsca naszego dzisiejszego noclegu – Przemyśla. Rozpakowujemy nasze bagaże i rozgaszczamy się na wynajętej kwaterze mieszczącej się w kamienicy przy samiutkim Rynku Starego Miasta (Nowy Rynek 14 tel. 604273116 lub 531995550 cena za nocleg wyniosła 105 zł/os.). Po rozpakowaniu jedziemy na szybkie zakupy i parkujemy motocykle na parkingu miejskim pod monitoringiem. Następnie lecimy na spotkanie z Wielkim Żeglarzem – Henrykiem Jaskułą, a dokładnie z jego pamiątkowym pomnikiem, przy którym robimy sobie obowiązkowo zdjęcie. Wieczór spędzamy w lokalnym pubie, ale klimat nie zachwycił nas i nie zagościliśmy tam długo, spędzając resztę wieczoru w swoim towarzystwie na kwaterze.
Dzień 3 – Medyka i Forty Twierdzy Przemyśl (wtorek 29-IV-2025)
Wstajemy bardzo rano, bo o godzinie 7:00. Spowodowane jest to pozostawieniem naszych motocykli na miejskim parkingu, a nie do końca jasne są zasady opłat za motocykle. Sylwia zadzwoniła, aby upewnić się niż płacić mandat za parkowanie bez opłaty. Finalnie okazuje się, że motocykle są zwolnione z opłat za postój. Odzywamy się do Stanisława w sprawie wymiany olejów i filtrów w motocyklach oraz oczekiwanej przez nas wycieczki do Lwowa, do którego ma nas zawieźć. Niestety czujemy się fatalnie i musimy odespać troszkę, co zajmuje nam 2 godzinki. Właśnie kiedy mamy się zbierać do Stanisława dowiadujemy się, że ma coś do pozałatwiania i nie może nam poświęcić czasu. Na nasze nieszczęście, nie mamy już połączenia kolejowego, aby zwiedzić Lwów w 1 dzień, kolejne pociągi są już wieczorne. No cóż … pech, sprawdza się stare przysłowie – umiesz liczyć licz na siebie. Gdybyśmy od początku nie nastawiali się na wsparcie to mielibyśmy to już ogarnięte. Ruszamy w kierunku przejścia granicznego – Medyki, po drodze jednak podjeżdżamy do sklepu motocyklowego w nadziei, że uda dostać się części do naprawy mojego pinlooka. Niestety nie ma elementów do mojego modelu i dostaję od jakiegoś innego, których nie jestem w stanie na miejscu przerobić, więc ruszamy dalej. Niestety po drodze dostaję telefon z pracy i muszę kilka rzeczy na pilnie załatwić, dlatego wracamy na naszą kwaterę na około 4 godziny. Po tym czasie jedziemy na przejście graniczne w Medyce. Samo przejście sprawia bardzo kiepskie wrażenie, brud i wszechobecny bałagan. Skutecznie nas to zniechęca do spacerowania lub ewentualnego przejścia na stronę ukraińską, zwłaszcza, że do najbliższego miasta – Mościska po drugiej stronie jest około 20 km, a więc bez dodatkowego transportu po przekroczeniu granicy nie możemy myśleć. Wobec powyższego skręcamy w stronę centrum miasteczka Medyki, gdzie zwiedzamy piękne dwa kościoły, jeden stary, drewniany oraz nowo wybudowany, nowoczesny. Następnie postanowiliśmy objechać umocnienia militarne zarówno z II WŚ – Linia Mołotowa jak i z I WŚ – Forty Twierdzy Przemyśl. W pierwsze miejsce, które odwiedziliśmy to był ziszczony Schron do ognia bocznego wchodzący w skład Linii Mołotowa. W chwili obecnej znajduje się on na terenie prywatnym, ale dzięki uprzejmości właścicieli mogliśmy go dokładnie obejrzeć, a do tego poznać jeszcze troszkę historii i ciekawych opowieści. To również z ich polecenia nie pojechaliśmy już na kolejne elementy Linii Mołotowa, które znajduję się w kiepskim stanie tylko do Fortu I Salis-Soglio wchodzącego w skład Twierdzy Przemyśl. Pomimo upływu czasu i zniszczeń fort nadal robi ogromne wrażenie zarówno pod względem militarnym jak i architektonicznym. Posiada kilka poziomów, które z fascynacją zwiedzaliśmy. Znajdujący się również w okolicy Fort XV „Borek” zwiedziliśmy już przy poprzednich wizytach w Przemyślu dlatego teraz postanowiliśmy już nie jechać do niego ponownie. Udaliśmy się za to do Fortu II Jaksmanice, gdzie odwiedziliśmy już mniej okazały i mocniej zniszczony fort. W związku ze zbliżaniem się godziny 19:00 postanowiliśmy wrócić do miejsca naszego noclegu robiąc po drodze zakupy w Action i Biedronce. Właśnie podczas dojeżdżania na zakupy o mało nie doszło wypadku, ponieważ jadąc parkingiem z prędkością około 20 km/h tuż przed Sylwią facet otworzył drzwi auta zaparkowanego wzdłuż ulicy. Sylwia w ostatniej chwili zdążyła je ominąć, a mnie zrobiło się bardzo gorąco. Po minie faceta również widziałem, że się mocno spocił i przeraził, a nawet zaczął przepraszać. Po szybkich zakupach udaliśmy się do naszego pokoiku na kolację.
Dzień 4 – Przemyśl – Wetlina (środa 30-IV-2025)
Wstajemy niespiesznie, ale ochoczo, głownie ze względu na czekającą nas dzisiejszą przygodę – czyli kolejne szwendanie się motocyklami po naszych ukochanych Bieszczadach. Przestawiamy motocykle pod kamienicę, w której nocujemy i wówczas okazuje się, że Sylwia przy swoim motocyklu nie ma tablicy rejestracyjnej. Cała radość prysnęła na myśl o długich godzinach zgłaszania zdarzenia i ratowania dalszej części wyjazdu. Na całe szczęście kiedy szedłem po mój motocykl zobaczyłem na bruku tablicę Sylwii i przy wsparciu właściciela pensjonatu zamocowałem na tyle trwale na ile się dało. Mogliśmy ruszać dalej w naszą pełną przygód podróż. Pierwszym miejscem planowanego postoju był oddalony około 10 km Zamek w Krasiczynie. Sylwia już wcześniej wspominała o jego uroku i konieczności zwiedzenia ale dodatkowego smaczku dodał nam koleś na Royal Enfildzie spotkany przy Szumach nad Tanwią. Zatrzymujemy się na parkingu w okolicy bramy wejściowej i pierwsze rozczarowanie, gdyż wstąp nawet do parku przy zamkowego jest płatny (8 zł od osoby). Szybko kupuję bilety i wchodzimy w aleję drzew, która prowadzi nas do zapierającego dech w piersiach wejścia do zamku. W tym momencie już wiemy, że bardzo dobrze zrobiliśmy zatrzymując się w tym bajkowym miejscu. Obchodzimy zamek niemal z każdej strony i jesteśmy pod coraz większym wrażeniem. Oczywiście wszystko uwieczniamy na zdjęciach i filmikach. Ciężko jest nam się zebrać, ale i droga jeszcze długa, a my niewiele mamy przejechane, więc z wielkim bólem wskakujemy na motorki i jedziemy dalej. Naszym kolejnym miejscem jest lokalny Browar Ursa Maior w Uherce Mineralne. Co prawda jesteśmy oboje kierowcami i nie może być mowy nawet o połowie piwka, a wypchane bagi nie dają możliwości zrobienia nawet najmniejszych zapasów. Odwiedzamy za to sklepik z wszelakimi rękodziełami, przeglądamy nowości książkowe i zasiadamy na pyszne drugie śniadanko przygotowane przez Sylwunię w ogródku przed budynkiem. Kolejnym naszym przystankiem jest stacja paliw ORLEN w Ustrzykach Dolnych, gdzie tankujemy paliwo do naszych rumaków oraz rozmawiamy z innymi motocyklistami, którzy zatrzymali się na stacji. Postanawiamy również skorzystać i zjeść coś ciepłego wpadającego już w porę obiadową. W odległości około 50 m od stacji dostrzegamy coś na kształt muzeum może skansenu. Naszą uwagę przykuwają w pierwszej kolejności 3 retory (charakterystyczny obraz związany z Bieszczadami i wypalaniem węgla drzewnego), starego Ziła do transportu drzewa oraz ogromnego biesa wykonanego z metalu. Dlatego postanawiamy zatrzymać się i chwilę porozmawiać z człowiek prowadzącym to miejsce a noszącym nazwę Bieszczadów Kraina i będących prywatną inicjatywą. Oprócz biesa są jeszcze dwa czady oraz budka z możliwością zakupu różnych pamiątek od ręcznie wykonanych elementów po zegary i drewniane płaskorzeźby. Mnie spodobało się bardzo serduszko-breloczek wykonane z dwóch zakrzywionych ohnali (gwoździ do przymocowywania podków), które kupuję w tajemnicy przed Sylwią, gdyż chcę jej wręczyć jako prezent i pamiątkę za naszego tegorocznego wyjazdu. Chwilę rozmawiamy ze sprzedawcą, który opowiada nam o metaloplastyce i pokazuje zdjęcia innych prac. Oczywiście zainteresowani tematem ruszamy do Ustrzyk Dolnych na ul. Nadgórną 1C gdzie są ustawione dwie inne prace: biesa i husara (zakupione przez właściciela ośrodka pod tym adresem). Kolejnym naszym przystankiem na naszej Wielkiej Bieszczadzkiej Pętli jest prywatne Muzeum Historii Bieszczad w Czarnej Górnej, które jest prowadzone przez sympatyczne małżeństwo. Muzeum posiada bardzo dużą ciekawych zbiorów wystawionych w kilku izbach, a związanych z historią zarówno ludzi jak i okolicznych miejscowości. Imponujący zasób wiedzy przewodników zrobił na nas ogromne wrażenie, ale również doprowadził do ciekawych dyskusji, mocno poszerzając naszą wiedzę o regionie. W muzeum czas płynie dużo wolniej niż na zewnątrz i niestety musimy zweryfikować nasze plany. Zamiast jechać dalej w dół postanawiamy skręcić na Małą Bieszczadzką Pętlę i udajemy się w kierunku Chrewtu. Pomimo, że mieści się tam siedziba Przemyskiego OZŻ to nie mamy już czasu odwiedzić znajomych i udajemy się na położone nad samą wodą dzikie pole namiotowe znane nam z filmików motocyklowego youtubera z Przemyśla – Gregora w drodze. Co prawda nie spotykamy go na miejscu, ale mamy możliwość porozmawiania z innym motocyklistą mieszkającym gdzie niedaleko. W przepięknych okolicznościach przyrody jemy podwieczorek (ryż z musem jabłkowym), nacieszamy się wspaniałymi widokami i ruszamy dalej w kierunku Wetliny ale przez Smerek, a nie przez Ustrzyki Górne. Do naszej kwatery „U Rumcajsa” docieramy późnym wieczorem i troszkę przemarznięci. Niska temperatura w pokoju i wątpliwa uprzejmość właścicieli przez chwilę wzbudza w nas chęć przeniesienia się gdzie indziej. Jednak zmęczenie już nam na to nie pozwala i rozpakowujemy się w pokoju a następnie udajemy się na zakupy i kolację z regionalnym piwem do zajazdu motocyklowej braci – Bazy Ludzi z Mgły. Zawsze jak przejeżdżaliśmy przez Wetlinę to nas intrygowało to miejsce. Nie zawiodło nas nasze przeczucie i klimat w środku jeszcze ciekawszy i przyjemniejszy. Zamawiamy jedną porcję na dwoje Fuczi z gulaszem i zapijamy to pysznym regionalnym piwem Wojkówka. Ukontentowani na duszy i ciele wracamy do pokoiku na zasłużony odpoczynek i kładziemy się spać.
Dzień 5 – Zatwarnica (czwartek 1-V-2025)
Na ten dzień mamy zaplanowane dwie aktywności: pierwsza pokręcenie się po Bieszczadach na motocyklach a druga to piesza wędrówka w celu zdobycia ostatniego brakującego nam szczytu z Korony Bieszczadów (Rabia Skała). Obieramy kierunek Zatwarnica i ruszamy. Po dojechaniu na miejsce ruszamy na krótki spacer nad Wodospad Szept na potoku Hylatym gdzie zasiadamy na dłuższą chwilę w celu wsłuchania się w dźwięki natury. Następnie jedziemy do Kina Końkret, gdzie zamawiamy owocową herbatę i najpierw jeden kawałek ciasta a za chwilę drugi. Sylwia również nabywa książkę o Bieszczadach. Ukońtentowani 🙂 ruszamy dalej w kierunku Czarnej Górnej. Zatrzymujemy się w Motocyklowej Strefie Bieszczady na kawkę i chwilowy chillout’cik. Następnie ruszamy w kierunku Wołosatego zatrzymując się po drodze na zdjęcie w punkcie widokowym w Parku Gwiezdnego Nieba Bieszczady oraz w Bacówce przed Lutowiskami, gdzie kupujemy pyszne sery (bryndzę, podpuszczkowy, oscypki i warkocze) oczywiście w pierwszej kolejności degustacja i prezentacja produkcji. Po raz pierwszy mamy okazję spróbować pełnowartościowych i nie kombinowanych wyrobów z serów owczych. Po dojechaniu do Wołosatego oglądamy pomnik poświęcony Ludziom Wolności i Solidarności z Bieszczadami, ale tylko z daleka ponieważ powstrzymuje nas tłum ludzi i samochodów a do tego wszechobecny wynikający z tego harmider. Dlatego szybko zawracamy i jedziemy na naszą kwaterkę, robiąc po drodze zakupy w sklepiku w Wołosatym. Na miejscu zmęczeni wrażeniami ucinamy około półgodzinną drzemeczkę, jemy na szybko obiad i lecimy w góry. Mamy do zdobycia Rabią Skałę, która uwieńczy nam Koronę Bieszczadów. Planowany czas na wejście i zejście to około 5h a my ruszmy o 16:00, więc jest wyścig z czasem, bo o 21:00 może już być ciemno. Na szczęście udało się szybciej.
Po zejściu ze szlaku, robimy jeszcze małe zakupy w okolicznym sklepiku i udajemy się do Bazy ludzi z mgły na obiadokolację w postaci Tarciucha z gulaszem i obowiązkowo do tego piwo Wojkówka. Przy okazji dowiadujemy się, że w dniu dzisiejszym o 21:00 ma się odbyć koncert zespołu Yellow Horse (koszt 25 zł od osoby). Bez chwili zastanowienia zostajemy i cały wieczór bawimy się fantastycznie na koncercie popijając kolejnymi pysznymi piwami. Wracamy spacerkiem po 23:00 podziwiając niebo zalane pięknie widocznymi gwiazdami.
Dzień 6 – przejazd Wetlina-Konina (piątek 2-V-2025)
Wysypiamy się po wczorajszym koncercie, jemy śniadanko i pakujemy nasz mandżur na motocykle. Ruszamy już po godzinie 11:00 ciesząc się ładną pogodą i ostatnimi kilometrami bieszczadzkich asfaltów. Jedziemy przez Smerek z tłumem klientów w naszym ulubionym Przystanku Smerek. Właśnie dlatego nie robimy tutaj postoju. Dalej dojeżdżamy do Cisnej, gdzie zjeżdżamy przed głównym rondem obok Karczmy Łemkowyna (gdzie już kilkakrotnie się stołowaliśmy i jest lepsza obsługa niż w przereklamowanej obok Siekierazadzie) w stronę pola namiotowego i naszego noclegu w domku obok podczas GSB. Nacieszamy się widokami, ale na obiad za wcześnie, robi się późno, a my mały zbyt mało przejechane kilometrów, więc nawet nie zsiadamy z motocykli tylko po zrobieniu pętelki ruszamy dalej. Krótki postój dopiero robimy za miejscowością Żubracze, przy wieży widokowej „Szczerbanówka” (podczas pandemii spaliśmy przy niej w aucie). Ludzi nie ma za dużo, rozstawiły się dwa kramiki z rękodziełami. Pierwsze stoisko to szkło artystyczne, bardzo ładne same prace dla mnie mało interesujące, natomiast drugie stoisko zawierało przepiękne bieszczadzkie anioły, na które nie mogliśmy się napatrzeć. Same cudeńka były wykonane mieszaną techniką, mianowicie na pięknej desce anioł, którego głowa i ręce były gipsowe natomiast cały urok był w różnokolorowych bawełnianych sukniach finezyjnie rozwianych i utrwalonych specjalnym klejem. Z informacji od sprzedawcy wszystko było zabezpieczone lakierem odpornym na UV i wodę. Coś czuję, że gdybyśmy nie przyjechali motocyklami to już byśmy wracali z jednym na tylnim siedzeniu. No ale cóż, co się odwlecze to nie uciecze, będzie okazja wrócić i wówczas kupić. Wzięliśmy numer do sprzedawcy i będziemy się odzywali przy następnej okazji. Zjedliśmy drugie śniadanie i ruszyliśmy w dalszą drogę. Następny przystanek wypadł w Komańczy pod mostem, którego murale informują, że opuszczamy Karpaty Wschodnie (mural wilka) i wjeżdżamy w Karpaty Zachodnie (mural sowy). Następny przystanek to już Dukla, w centrum której zatrzymujemy się w cukierni na lody i chwilę odpoczynku. Hmmm smakują wybornie zwłaszcza w tak piękną i słoneczną pogodę. Podjeżdżamy na stację ORLEN, gdzie znamy prowadzącego i akurat spotykamy go wychodzącego, więc chwilę rozmawiamy, a następnie wypijamy kawkę i lecimy dalej. Kolejny przystanek w Gorlicach, gdzie podjeżdżamy do sklepu Action po kilka drobiazgów i obowiązkowe żelki Haribo. Ruszamy dalej, ale i rozglądamy się za jakimś dłuższym postojem, odpoczynkiem na łonie natury i obiadem, ale jak na złość nie ma odpowiedniego miejsca. W końcu zatrzymuję się i korzystam z aplikacji „GrupaBiwakowa” gdzie znajduję miejsce mogące spełnić nasze wygórowane oczekiwania. Musimy trochę zjechać z głównej drogi i skończył się asfalt, ale Sysia jest przeszczęśliwa. Po ciężkim i stromym podjeździe, na końcu szutrową drogą po kamieniach osiągamy nasz cel – wiatkę ze stołami biwakowymi na obrzeżach Rezerwatu Cisów w Mogilnie z przepiękną panoramą na Tatry. Dzięki aplikacji „PeakFinder” dowiadujemy się, że górujący jeden ze szczytów nad innymi to słowacka Łomnica (Sylwia kiedyś na niej była). Po pysznym jedzonku przygotowanym przez Sylwię, chwilkę odpoczywamy i ruszamy dalej. Nawigacja Garmin kieruje nas dużym skrótem przez drogę terenową i początkowo postanawiamy podjąć wyzwanie, ale w końcu teren jest zbyt wymagający, a nasze motocykle i umięjętności zbyt małe do tego bagaże powodujące zmianę obciążenia i balastu, dlatego jednomyślnie zarządzamy odwrót i objazd 17 km dookoła. Na miejsce naszego noclegu dojeżdżamy do Gorczańskiego Wzgórza 498 Konina około godz. 20:00 (tel. 886 964 003). Pokoik już na nas czeka, a my jeszcze zmęczenie i trochę przechłodzeni musimy wyskoczyć jeszcze po drobne zakupy. Na szczęście właściciele są w drodze na ośrodek i proponują nam zrobienie zakupów, na co szybko ochoczo przystajemy. Warunki są bardzo dobre, mały, ale czysty i przytulny pokoik z funkcjonalną łazienką. Dzisiaj nic nam już więcej nie potrzeba, idziemy spać.
Dzień 7 – przyjazd do Kryspinowa (sobota 3-V-2025)
Wstajemy bez zrywania się gdyż mamy dzisiaj nieduży dystans do przejechania. Na spokojnie jemy śniadanko z serkami jeszcze z Bacówki spod Lutowisk, pijemy kawkę przygotowaną w naszym ekspresiku. Następnie niespiesznie się pakujemy i mocujemy wszystko na motocyklach. Ruszamy. Po kilkunastu minutach docieramy do Mszany Dolnej, gdzie odżywają nam wspomnienia z Małego Szlaku Beskidzkiego. Również wspomnienia kulinarne, dlatego postanawiamy podjechać na naszego ulubionego w okolicy kebaba, którego znajduję bez problemu, przy dużym zaskoczeniu Sylwii. Po posileniu się ruszamy dalej. Zaczyna się chmurzyć i ściemniać oraz zwiększa się siła wiatru. Wygląda jak deszcz miałby przejść bokiem ale wolimy nie ryzykować i zakładamy nasze stroje wodoodporne. Zdążyliśmy je założyć i zaczęło kropić, co nie trwało jednak długo i na szczęście główna chmura deszczowa poszła bokiem. Nie zdejmujemy jednak naszych stroi bo ulice są mokre i przejeżdżające auta strasznie chlapią. W Lubieniu wjeżdżamy na S7, którą dojeżdżamy do samej obwodnicy Krakowa. Nie jedziemy jednak za szybko bo cały czas jest mokry asfalt, a my od domu jednak wciąż daleko i nie chcemy mieć niemiłych przygód. Po za tym w Głogoczowie na chwilę zatrzymuje nas potężny korek, jednak po chwili podejmujemy szybką decyzję i jedziemy między pasami mijając wszystkie auta stojące w korku. Po chwili dołączają do nas inni motocykliści na większych maszynach wracający również S7 i tak mijamy cały korek. Sytuacja powtarza się przy zjeździe z A4 na Kryspinów, gdzie już bez zastanowienia wskakujemy pomiędzy auta i pokonujemy cały korek szybko i sprawnie. Do Cholerzyna koło Kryspinowa docieramy przed czasem, jest więc czas na uroczyste podniesienie bandery, poznanie kursantów na Nauczyciela Żeglowania. Mateusz zaskakuje nas, bo wynajął dla nas domek obok ośrodka, w którym mamy bardzo komfortowe warunki i po szybkich zakupach jemy w nim kolację a następnie wracamy na imprezę na ośrodek. Niestety pogoda sprzyja siedzeniu przy ognisku (zimno i deszczowo) dlatego siedzimy w jednej z przyczep i imprezujemy. Zmęczenie i pogoda jednak daje nam wszystkim się mocno we znaki i korzystając z Sylwią z okazji wychodzimy po angielsku do naszego domku, gdzie idziemy spać.
Dzień 8 – dzień powrotu do Płocka (niedziela 4-V-2025)
Wstajemy jak zwykle nieśpiesznie i jemy śniadanko oraz pijemy kawkę z widokiem na jeziorko. Pomimo słabej pogody (deszcz wisi w powietrzu i jest pochmurno i zimno) nie chcemy wyjeżdżać i ociągamy się możliwie jak najdłużej z ruszeniem w drogę powrotną. Jak zwykle cały okres naszego urlopu miną za szybko a nasza moto-przygoda pomimo, że trwała 8 dni to czujemy ogromny niedosyt. Po śniadaniu idziemy pożegnać się z ekipą Navigare i pakujemy się na motocykle w drogę powrotną. Pierwsze kilometry są najgorsze, bo mży deszcz i jest zimno. Mając w świadomości, że może być jeszcze gorzej, zaciskamy zęby i próbujemy przejechać jak najwięcej kilometrów. Po 100 km, 2 godzinach jazdy czyli ok. 1/3 dzisiejszego dystansu zatrzymujemy się na odpoczynek, tankowanie i jedzenie na stacji ORLEN w miejscowości Koniecpol. Zmawiamy najpierw jedną pizzę a później drugą, pijemy gorąca herbatę i po około 40 min ruszamy w dalszą drogę. Pogoda się przeciera, zrobiło się jakby cieplej, od czasu do czasu pojawia się słoneczko i od razu poprawiają się nam humory i jedzie się przyjemniej. Z każdą minutą kilometry nam uciekają a do domu coraz bliżej. Po niecałych 200km i kolejnych 2 godzinach robimy kolejną przerwę, również na stacji ORLEN w Piotrkowie Trybunalskim. Po niespełna pół godzinie ruszamy dalej a przed nami chyba najgorszy odcinek bo ponad 60 km autostrady, na której męczymy się ponad 40 min. Zatrzymujemy się na MOP Wiśniowa Góra bo od postoju w Piotrkowie szwankuje nam łączność interkomów i przechodzimy na połączenie telefoniczne. Po zjeździe z autostrady robimy jeszcze jedną krótką przerwę dla rozprostowania nóg i po 7,5h łącznie z przerwami dojeżdżamy cało i szczęśliwie do Płocka i domku. Podjeżdżamy najpierw pod blok i rozpakowujemy bagaże a następnie odstawiamy motocykle do garażu i idziemy do domu na zasłużony odpoczynek. Oczywiście jak każdego dnia meldujemy mamie o szczęśliwym dojechaniu do celu. Wieczór spędzamy na wspominkach z wyjazdu i oglądaniu zdjęć.
Długo oczekiwany moment wreszcie nadszedł! 1 maja 2025 roku sfinalizowaliśmy nasz bieszczadzki projekt – na naszym celowniku stanął ostatni brakujący szczyt do Korony Bieszczadów: Rabia Skała (1199 m n.p.m.). Cała wyprawa odbyła się w ramach naszej „motomajówki”, co tylko dodało jej pikanterii. Sylwii, mimo ogromnego obłożenia w regionie, udało się rzutem na taśmę znaleźć świetną bazę wypadową w Wetlinie (Noclegi u Rumcajsa tel. 692208777 kwota 55 zł/os./dobę).
Dzień zaczęliśmy typowo po „harpaganiarsku” – do południa zwiedzaliśmy bieszczadzkie trasy na motocyklach, a po solidnym obiedzie i krótkiej regeneracji, punkt 16:00, ruszyliśmy prosto z kwatery na szlak. Początkowo asfaltowa droga prowadziła nas zielonym szlakiem w stronę granicy Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Przy wejściu do parku, mimo braku obsługi w budce, sprawnie kupiliśmy bilety przez internet, korzystając z kodu QR – technologia w służbie turystyki!
Choć wiele osób w internecie straszyło nas „morderczym” podejściem, dla nas trasa okazała się jedynie solidnym treningiem. Szliśmy „na lekko”, bez plecaków, co pozwoliło nam utrzymać świetne tempo. Kluczowym momentem był Jawornik, gdzie zmieniliśmy kolor szlaku na żółty. To tutaj zaczęła się najbardziej malownicza część wędrówki.
Prawdziwy spektakl zaczął się na odcinku od Paportnej. Dzięki genialnej przejrzystości powietrza podziwialiśmy Połoninę Wetlińską z górującym nad nią Smerkiem. Coś niesamowitego – wzrok sięgał aż po Hyrlatą, Wołosań, a nawet odległą Lackową w Beskidzie Niskim i Radziejową w Beskidzie Sądeckim! Takie dni w Bieszczadach to rzadkość.
Na szczycie Rabiej Skały zameldowaliśmy się po zaledwie 2 godzinach, bijąc tabliczkowy czas o ponad godzinę. Szybkie fotki, pamiątkowy film i łyk wody – czas nas gonił, bo choć mieliśmy czołówki, chcieliśmy zejść przed zmrokiem. Powrót był równie ekspresowy. Całe 15 km i ponad 800 metrów przewyższenia zamknęliśmy w 3 godziny. Satysfakcja z domknięcia Korony Bieszczadów? Bezcenna. W końcu nie ma dla nas rzeczy niemożliwych – jesteśmy Harpagany!
Informacje o trasie
Szczyt: Rabia Skała (1199 m n.p.m.).
Trasa: Wetlina -> Jawornik (szlak zielony) -> Paportna -> Rabia Skała (szlak żółty) -> powrót tą samą drogą.
Dystans: ok. 15 km (w obie strony).
Czas przejścia: 3 godziny (nasz czas) / ok. 5 godzin (czas standardowy).
Suma podejść: powyżej 800 m.
Porady i Informacje praktyczne
Nocleg w Wetlinie:
Gorąco polecamy Noclegi u Rumcajsa (tel. 692-208-777). Sylwia znalazła to miejsce w samym szczycie majówki. Cena bardzo przystępna: 55 zł za osobę/dobę. To świetna baza, z której możecie ruszyć na szlak prosto z progu kwatery.
Bilety do BPN:
Jeśli budka przy wejściu na szlak jest zamknięta, nie rezygnujcie z zakupu biletu. Przy wejściach znajdują się tabliczki z kodami QR – wystarczy smartfon i minuta, by legalnie wejść na teren parku.
Późne wyjście w góry:
Wychodząc o 16:00, nawet przy szybkim tempie, zawsze miejcie w kieszeni latarkę czołową. Majowe wieczory w lesie potrafią być bardzo ciemne, a bezpieczeństwo na szlaku to podstawa, nawet dla Harpaganów.
Ciekawostki przyrodnicze i turystyczne:
Skalny klif: Rabia Skała słynie z urwiska skalnego na południowym zboczu (po stronie słowackiej). To jedno z nielicznych miejsc w Bieszczadach o takim charakterze skalnym.
Punkt widokowy Paportna: Nie spieszcie się na tym odcinku! To właśnie stąd rozpościera się jedna z najpiękniejszych panoram na Pasmo Graniczne oraz Połoniny. Przy dobrej pogodzie można stąd dostrzec nawet Tatry!
Korona Bieszczadów: Rabia Skała to jeden z trudniej dostępnych szczytów tej odznaki ze względu na sporą odległość od głównych dróg, co sprawia, że szlak jest mniej zatłoczony nawet w majówkę.
To nasz ostatni akcent podczas tego intensywnego, czterodniowego wypadu. Bukovec był drugim celem zaplanowanym na dzisiaj – czas gonił, bo przed nami jeszcze pakowanie dzieciaków i długa droga powrotna do Płocka. Choć nogi czuły już przebyte kilometry, pogoda była po prostu wymarzona: słonecznie, rześko i typowo wiosennie. Aż żal było myśleć o powrocie do codzienności!
Zostawiliśmy auto na parkingu w osadzie Jizerka. Miła niespodzianka – za postój (100 CZK) można zapłacić kartą, co w czeskich górach nie zawsze jest standardem. Po krótkiej analizie mapy postawiliśmy na pętlę. Ruszyliśmy czerwonym szlakiem, by po chwili odbić na zielony, prowadzący prosto na szczyt Bukovca.
Zielony szlak od razu pokazał pazur – podejście wymagało trochę wysiłku i złapania głębszego oddechu, ale nagroda przyszła szybko. Gdy tylko osiągnęliśmy graniowy odcinek, widoki otworzyły się na wszystkie strony świata. Jest tu tak uroczo, że co chwilę przystawaliśmy, by nacieszyć oczy. Wiosna obudziła też tutejszych mieszkańców – w ostatniej chwili spod nóg śmignął nam wąż, który korzystał z pierwszych ciepłych promieni słońca, wygrzewając się na kamieniach.
Na szczycie obowiązkowa sesja zdjęciowa i zasłużona chwila relaksu. Chłopcy świętowali zdobycie góry energetykiem, a my chłonęliśmy panoramę, wiedząc, że to ostatnie takie spojrzenie na góry podczas tego wyjazdu. Droga powrotna upłynęła nam niezwykle szybko, bo całą uwagę poświęciliśmy na… planowanie kolejnych urlopów. Pomysłów mamy mnóstwo, więc Harpagany na pewno szybko wrócą na szlak!
Informacje o trasie
Szczyt: Bukovec (1005 m n.p.m.) – najwyższy bazaltowy szczyt w tej części Europy.
Dystans: ok. 2 km (pętla).
Czas przejścia: ok. 1h (z postojami).
Suma podejść: ok. 100 m.
Trasa: Jizerka (parking) -> szlak czerwony -> szlak zielony (szczyt) -> powrót szlakiem czerwonym (ścieżka przyrodnicza).
Porady i Informacje praktyczne
Parking i opłaty:
Parking w osadzie Jizerka (pod Bukovcem) kosztuje 100 CZK za dzień (ok. 17 zł). Bardzo dużym atutem jest możliwość płatności kartą w automacie.
Ciekawostka geologiczna:
Bukovec to wygasły wulkan! Jest on jedną z największych w Europie Środkowej formacji bazaltowych wystających ponad granitowe podłoże. Dzięki temu występuje tu zupełnie inna roślinność niż w pozostałej części Gór Izerskich.
Przyroda na szlaku:
Uważajcie pod nogi! My spotkaliśmy węża (prawdopodobnie zaskrońca), co wiosną jest tu bardzo częste. Kamieniste, południowe zbocza Bukovca to ich ulubione miejsca do wygrzewania się.
Widoki:
Ze szczytu oraz ścieżki graniowej rozpościera się fenomenalny widok na osadę Jizerka (uznawaną za jedną z najpiękniejszych w całych Czechach), a przy dobrej widoczności gołym okiem widać zachodnią część Karkonoszy.
Dla kogo?
Idealna trasa na „szybki strzał” przed powrotem do domu lub jako uzupełnienie spaceru po torfowiskach Izery. Podejście zielonym szlakiem jest dość strome, ale krótkie – poradzi sobie z nim każde sprawne dziecko.